Ludzie i style

Czytaj mnie

Virginie Despentes: o jej powieściach mówi cała Francja

Kadr z filmu „Baise-Moi” w reż. Regie Coralie Trinh Thi i Virginie Despentes. Kadr z filmu „Baise-Moi” w reż. Regie Coralie Trinh Thi i Virginie Despentes. Anthony Picore/MaxPPP / Forum
Ma za sobą brutalne kino, epizod prostytucji, gwałt i punk rocka. Dziś Virginie Despentes podbija francuskie salony jako członkini elitarnej Akademii Goncourtów i autorka nagradzanej prozy.
Virginie DespentesFayAlexandre/PixPlanete/insight media/Forum Virginie Despentes
„Po czterdziestce możesz być kimś innym. Ale widok ludzi, których pamiętam z punkowych koncertów, dziś manifestujących skrajnie prawicowe przekonania, niezmiennie budzi moje zdumienie”.Forum „Po czterdziestce możesz być kimś innym. Ale widok ludzi, których pamiętam z punkowych koncertów, dziś manifestujących skrajnie prawicowe przekonania, niezmiennie budzi moje zdumienie”.

Do polskich księgarni trafił właśnie pierwszy tom trylogii „Vernon Subutex”, powieści, o której mówi cała Francja. Jej autorka Virginie Despentes twardo stąpa po ziemi, uważnie obserwuje swoje otoczenie i bez ogródek opisuje. Surowo ocenia każdego ze swoich bohaterów z osobna i ludzi jako gatunek. A powiedzieć, że seks nie jest dla niej tematem tabu, to duży eufemizm.

Łatwo więc pomyśleć, że mamy do czynienia z Houellebecqiem w spódnicy. Tyle że to nieprawda. Nie tylko dlatego, że Despentes woli spodnie. – Houellebecq eksperymentuje, jego spojrzenie na literaturę jest bardzo nowoczesne, tymczasem moje powieści mają klasyczną, wręcz XIX-wieczną formę – zauważa Despentes. Zgadza się, że z Houellebecqiem łączy ją sięganie po podobne tematy oraz stosunek do postaci zaludniających ich książki: mieszanina pogardy ze współczuciem. Uważa jednak, że absolutny brak złudzeń to nie cecha osobnicza dwojga, zaprzyjaźnionych zresztą, pisarzy, ale stan ducha właściwy całemu współczesnemu francuskiemu społeczeństwu. – Na pewno większości z nas. Jesteśmy rozczarowani innymi ludźmi, polityką, naszym krajem. Od co najmniej dekady Francja cierpi na depresję.

Rewolucja trzydziestoletnia

Klucza do „Vernon Subutex” należy jednak szukać nie tyle w tym, co dziś pisze się i czyta we Francji, ile raczej w kultowej dla fanów rocka, pełnej ciepła i optymizmu powieści „High Fidelity” Nicka Hornby’ego (w Polsce opublikowanej jako „Wierność w stereo”, choć lepiej znanej z adaptacji filmowej „Przeboje i podboje”, z Johnem Cusackiem w roli głównej). Jej akcja dzieje się w sklepie płytowym, bezpiecznym azylu dla wszelkiej maści ekscentryków, którzy dzięki muzyce znajdują przyjaźń, miłość i sens życia. Vernon Subutex, tytułowy bohater nowej powieści Despentes, również miał sklep płytowy, gdzie przeżywał najlepsze chwile swojego życia, niekoniecznie je zresztą doceniając. Poznajemy go jednak 20 lat późnej. Zabawa się skończyła, pozostał kac. Branża fonograficzna przeżywa kryzys, sklep padł, płyty poszły pod młotek. Minęła beztroska młodość, a ci, którzy dorastali w rytmie rock’n’rolla, nie do końca gotowi są na dorosłe życie.

Bardzo się cieszę z porównania do Nicka Hornby’ego. Rzeczywiście, od tamtej pory minęło 20 lat i bohaterowie mojej książki muszą skonfrontować się z rzeczywistością, a nie potrafią zapanować nad swoim życiem. Niektórzy próbują stawić czoła rzeczywistości, nie unikają odpowiedzialności, ale wszyscy ponoszą klęskę – mówi Despentes. Jej książka wpisuje się w coraz bogatszy, ilościowo i jakościowo, nurt literatury karmiącej się szeroko rozumianą muzyką popularną lub przynajmniej z nią flirtującej. Od „Norwegian Wood” Harukiego Murakamiego, przez „Buddę z przedmieścia” Hanifa Kureishiego, po „Ziemię pod jej stopami” Salmana Rushdiego, a u nas powieści Krzysztofa Vargi (z „Tequilą” na czele) czy niedawnego laureata Paszportu POLITYKI Łukasza Orbitowskiego – okazuje się, że doświadczeniem formacyjnym, piętnem na całe życie, może być nie tylko granie w zespole rockowym, ale też słuchanie płyt czy w ogóle uczestniczenie w kulturze muzycznej. Nie tylko dlatego, że urodzeni w latach 60. i później nie załapali się na traumę wojny, więc ich najbardziej intensywnym przeżyciem z młodości był za głośny koncert, skręt z marihuaną i seks w toalecie.

To była wielka, wspólna, międzynarodowa przygoda. Dopiero dzisiaj dociera do nas, jak ważne było to, co wydarzyło się wokół rock’n’rolla w latach 60., 70. i 80. To trwało 30 lat! Nie było wcześniej w kulturze popularnej zjawiska o podobnej mocy i nie wiadomo, czy jeszcze kiedykolwiek będzie. Zmienił się sposób, w jaki postrzegaliśmy rzeczywistość, zmieniła się nasza seksualność i nasze poglądy polityczne. To właśnie była nasza rewolucja! – uważa Virginie Despentes. Przyznaje przy tym, że ci, co znaleźli się w oku cyklonu, nie zdawali sobie sprawy z jego mocy i znaczenia. A przynajmniej inaczej interpretowali to, czego częścią się stali. – Myśleliśmy, że ta niesamowita energia odmieni nas na zawsze, że będziemy mieli inne życie. Okazało się jednak, że jesteśmy zwykłymi ludźmi.

Nie gwałt

Zwykłe życie Virginie Despentes zaczęło się w Nancy, w północnej Francji, 46 lat temu. I długo nie trwało, bo jako nastolatka źle się czuła w skórze grzecznej córki listonosza i gospodyni domowej, więc wyprowadziła się z domu, by dać się ponieść fali rockowej i obyczajowej rewolty. Śpiewała w zespole punkowym, pracowała w sklepie płytowym, pisała o muzyce, ale też recenzowała filmy porno. Była dziewczyną w męskim świecie, kimś mile widzianym, ale niekoniecznie szanowanym. – Nie narzekam, bawiłam się dobrze, poznałam mnóstwo fajnych facetów, ale faktem jest, że mizoginia była na porządku dziennym – wspomina.

Twierdzi, że wtedy, w latach 80. i jeszcze dekadę później, feminizm nikogo nie interesował, był po prostu nudny. Nie pasował do barwnego świata muzyki. – Chłopcy szukali w rock’n’rollu potwierdzenia swojej męskości. Przyznaję zresztą, że również dlatego rock’n’roll był taki fajny. Faceci mieli łatwiej. Chłopakom łatwiej szło zakładanie zespołów i organizowanie koncertów, chłopaków traktowało się poważnie. Zazdrościłam im, że mają więcej możliwości, ale jak każda dziewczyna nauczyłam się korzystać z tego, co miałam.

A miała młode ciało, budziła więc pożądanie i postanowiła dorobić do kiepskiej pensji jako prostytutka. Rozmawia o tym otwarcie, twierdząc, że wycofała się z branży wystarczająco wcześnie, by ułożyć sobie życie takie, jakiego pragnęła – i nie traktuje tego doświadczenia w kategoriach ciążącej nad całym życiem traumy. A już na pewno nie większej niż epizody depresyjne czy – przede wszystkim – gwałt, który przeżyła w wieku 17 lat. Podróżowała wraz z przyjaciółką autostopem i obie padły ofiarą trzech zwykłych białych chłopaków, takich, jakich było pełno w sąsiedztwie. „Udawali, że nie wiedzą, co dokładnie się dzieje. Ubrane byłyśmy w minispódniczki, jedna z nas miała zielone włosy, druga pomarańczowe, więc uznali, że musimy »rżnąć się jak króliki«, a w takim wypadku gwałt nie jest właściwie gwałtem. Podobnie jest, jak przypuszczam, z większością gwałtów. Sądzę, że żaden z tych kolesiów nie myśli dziś o sobie jako o gwałcicielu. Przecież oni zrobili coś innego. Trzech facetów z pistoletem i dwie dziewczyny, które pobili do krwi: nie gwałt” – pisała wiele lat później w zbiorze autobiograficznych esejów „King Kong Théorie”.

Wtedy, w samochodzie, miała w torebce nóż, ale nie sięgnęła po niego. Bała się. Pozwoliła go wyciągnąć w 1993 r. bohaterkom swojego głośnego debiutu powieściowego „Baise-Moi” (czyli „Pieprz mnie”), sfilmowanego kilka lat później przez samą Despentes i Coralie Trinh Thi, byłą aktorkę filmów dla dorosłych. To, jak chcą krytycy, „porno-punkowa” opowieść drogi o dwóch dziewczynach, które padły ofiarami grupowego gwałtu, więc mszczą się nie tyle na sprawcach, co na społeczeństwie, które przymyka oko na przemoc wobec kobiet. Główne bohaterki książki podróżują przez Francję niczym Mickey i Mallory z „Urodzonych morderców” Stone’a, mordując wszystkich, którzy stają im na drodze. Film, zrealizowany w 2000 r. (w Polsce znany jako „Gwałt”), zawiera nie tylko sceny brutalnej przemocy, ale i pokazanego bez hollywoodzkiej umowności seksu, więc w ojczyźnie autorki doczekał się pierwszej od 28 lat interwencji cenzury i został wycofany z dystrybucji kinowej. To rzeczywiście brutalny i wulgarny film, ale nie łamie żadnego tabu, którego nie zdeptano by już wcześniej na dużym i małym ekranie. No, może jedno – nakręciły go kobiety.

Ludzie się zmieniają

Nie tylko publikacja i ekranizacja „Baise-Moi” odmieniła życie Virginie Despentes. W wieku 35 lat pisarka zakochała się w kobiecie i – jak twierdzi – „porzuciła heteroseksualizm”. Z ulgą. „Zdałam sobie sprawę z tego, że te wszystkie artykuły w »Cosmopolitan«, »Elle« i »Grazii« już mnie nie dotyczą” – mówiła w jednym z wywiadów. Za swoją wybranką, hiszpańską pisarką i badaczką gender Béatriz Preciado, Despentes przeprowadziła się do Barcelony, ale nie przestała być obecna we Francji. Pisała chętnie czytane i nagradzane powieści oraz teksty prasowe, kręciła filmy.

Jakiś czas temu wróciła do Paryża i bez wstrętu pełni funkcję nieformalnej rzeczniczki francuskich feministek i środowisk LGBT, wdając się chociażby w publiczne polemiki z konserwatystami. Niektórych z nich zresztą dobrze zna, przecież widywali się pod sceną. – Ludzie się zmieniają. Po czterdziestce możesz być zupełnie innym człowiekiem, różnić się we wszystkim od samego siebie w wieku 20 lat. Poza tym wielu z nich w muzyce pociągała energia, doświadczenie wspólnotowe. Nie zastanawiali się nad przesłaniem. Kariery w polityce nie muszą przecież mieć nic wspólnego z twoimi przekonaniami. Zapisujesz się do partii konserwatywnej, bo tam możesz zrealizować swoje ambicje, bo wiesz, że sięgniesz po władzę – mówi Despentes o – obserwowanym również w Polsce – przejściu wielu ludzi związanych kiedyś z kontrkulturą na pozycje konserwatywne czy wręcz skrajnie prawicowe. – Zdaję sobie z tego wszystkiego sprawę, ale jednak widok ludzi, których pamiętam z punkowych koncertów, dziś manifestujących skrajnie prawicowe przekonania, niezmiennie budzi moje zdumienie.

Na szczęście Despentes nie jest tylko, ani nawet nie przede wszystkim, popularnym i barwnym młotem na konserwatystów. Jest znakomitą pisarką. Zdaniem recenzentów coraz lepszą, bo „Vernon Subutex” wyprowadził ją z ciasnej szufladki dla prowokatorów i skandalistów, odebrał koronę królowej literatury trash, przynosząc w zamian porównania do wspomnianego już na wstępie Houellebecqa, ale też do… Balzaca. Sama autorka twierdzi, że napisała powieść o znikaniu pewnego świata, ale wiele wskazuje na to, że dzięki trylogii „Vernon Subutex” nazwisko Despentes nigdy nie zniknie z list lektur tych, którzy będą chcieli dowiedzieć się czegoś prawdziwego o życiu w stolicy Francji na początku XXI w.

Polityka 11.2016 (3050) z dnia 08.03.2016; Ludzie i style; s. 96
Oryginalny tytuł tekstu: "Czytaj mnie"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ja My Oni

Jak komunikować swoje potrzeby

Jak wyrazić swoje potrzeby, aby inni je uwzględniali.

Anna Dąbrowska, Anna Dobrowolska
06.02.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną