Ludzie i style

Na bomby i na zombie

Preppersi gotowi na wszystko

Krzysztof z Warszawy – w swoim mieszkaniu oprócz żywności gromadzi kuchenki, a także butelki z wodą. Krzysztof z Warszawy – w swoim mieszkaniu oprócz żywności gromadzi kuchenki, a także butelki z wodą. Tadeusz Późniak / Polityka
Niektórzy Polacy są już przygotowani na wojnę hybrydową. A nawet na atak zombie. Nazywa się ich z angielska preppersi, ale twierdzą, że to z gruntu polska postawa.
Kasia z Makowa – prowadzi kursy m.in. z pozyskiwania roślinności i przetrwania w lesie.Tadeusz Późniak/Polityka Kasia z Makowa – prowadzi kursy m.in. z pozyskiwania roślinności i przetrwania w lesie.

Zimna wojna obudziła w Amerykanach nowe lęki. W latach 50. i 60. obywatele zaczęli budować bunkry, wyposażać je w jedzenie, wodę i narzędzia potrzebne do przetrwania. Bali się nie tylko wojny, ale też ataku zombie i apokalipsy. Polscy preppersi (od ang. to prepare – przygotowywać się) korzeni tej idei szukają głębiej, bo w czasach drugiej wojny światowej.

Pierwszymi preppersami były nasze babcie i prababcie. Doświadczone wojną, zawsze w piwnicy miały zapasy kapusty kiszonej, a w szufladzie świeczki i zapałki. W czasach PRL preppersem był praktycznie każdy Polak. Dodatkowy kilogram cukru, mąki, kaszy był marzeniem niemalże każdego obywatela – mówi Łukasz, instruktor szkoleń dla preppersów, bushcraftowców (zdobywających umiejętności i wiedzę o tym, jak przetrwać w lesie) i survivalowców (pragnących nauczyć się przetrwania w ekstremalnych warunkach). – Uczę, jak rozpalać ognisko w lesie za pomocą krzesiwa, jak zbudować szałas. Zainteresowanie jest duże, a od czasu konfliktu na Ukrainie ciągle rośnie.

Robimy próbną ewakuację

Podstawą przygotowania jest posiadanie plecaka ucieczkowego, w którym znajdą się niezbędne rzeczy. Wyliczmy je od razu: kurtka przeciwdeszczowa, czapka, rękawiczki, skarpetki, apteczka, podgrzewacze chemiczne, nóż, multitool (narzędzie wielofunkcyjne), krzesiwo, zapałki, zapalniczka, taśma izolacyjna, woda, worek do filtrowania wody, tabletki do jej oczyszczania, sznurek, busola, GPS, mapa, lusterko sygnalizacyjne, notes, długopis. Do tego tarp (płachta biwakowa), koc termiczny, śpiwór, trójkątna chusta, radio, latarka, latarka czołówka, baterie, łyżka, nauszniki chroniące przed dużą głośnością, wreszcie pendrive z zeskanowanymi najważniejszymi dokumentami, gotówka i spisane numery telefonu do bliskich.

Zostaliśmy uśpieni przez panujący dobrobyt. Żyjemy tak, jakby już nic złego nie miało nam się przytrafić – mówi Agnieszka, 50-letnia główna księgowa w dużej firmie. Z jej czerwonej, eleganckiej, skórzanej torby wystaje mały nóż: – To fiński, tnie wszystko. Dostałam od córki. Weszłam z nim nawet do sądu i nikt z ochrony go nie wyłapał.

Po chwili wyjmuje z torby koc termiczny, latarkę na korbkę i składany kubek. To nie wszystko. W samochodzie w bagażniku wozi plecak ucieczkowy.

Kiedy Agnieszka dowiedziała się o konflikcie na Ukrainie, postanowiła wzmocnić zapasy. – Wojna odżyła. Niewykluczone, że Putin zatrzymał się tylko na chwilę. Być może następni w kolejce jesteśmy my. Rosja to stan umysłu – tłumaczy.

W swoim domu pod Warszawą ma wszystko, co potrzebne, żeby przeżyć. – Moim dążeniem jest dom autonomiczny, czyli uniezależniony od dostaw z zewnątrz. Założenie jest takie, że jeśli nie będę miała prądu i wody z kranu przez sześć miesięcy, to moja rodzina i ja przetrwamy.

W piwnicy Agnieszka ma więc 150 litrów wody oraz zapasy, z których korzysta na bieżąco, zgodnie z datą ważności. Wszystko, czego potrzebuje. – Dom jest też miejscem potencjalnej ewakuacji całej rodziny mieszkającej w Warszawie – mówi. Jej ojciec tuż przed śmiercią przekazał jej stery. Od kilku lat to ona opiekuje się kilkunastoosobową rodziną i wszyscy znajdą w jej domu schronienie. Na strychu leżą przygotowane śpiwory i materace, na ścianie wiszą wędki. Niedaleko domu jest kilka zarybionych stawów. Agnieszka umie łowić, nauczyła tego też swoje dwie dorosłe córki. Zapas drewna starczy na ogrzanie domu na ponad dwa sezony zimowe. A w razie gdyby nie było prądu, są dwie tary do prania, lampy naftowe, zapas świec. Zapasy chemii gospodarczej, a nawet jedzenia dla psów i kotów na ponad pół roku Do tego żeliwne gary i grill, który może pełnić funkcję kuchni. Są wreszcie siekiery, piły, młoty, obcęgi, nożyce, liny i cały zestaw narzędzi.

Przed domem stoi samochód terenowy: – W czasie wojny wojsko z pewnością zabrałoby mi ten samochód. Ale ja jestem na to przygotowana, w garażu są przygotowane cztery w pełni sprawne rowery. Jeśli musielibyśmy uciec z domu, to kilkanaście kilometrów dalej są rodzinne działki, a na nich ziemianki.

Wiosną Agnieszka planuje przeprowadzić próbną ewakuację rodziny z Warszawy. Młodzi będą szli na piechotę, a starsi dojadą.

Odkąd gmina, w której mieszka Agnieszka, zezwoliła na stworzenie ośrodka dla uchodźców, Agnieszka zaczęła też planować naukę samoobrony. – Kiedy na Ukrainie ucichło, pojawiły się niepokoje związane z ruchami migracyjnymi – tłumaczy. – Islam powoli zalewa Europę, trzecia wojna światowa jest już faktem. My możemy być samowystarczalne i samodzielne, będziemy się bronić, mamy siekiery, ja umiem strzelać. Niedługo nauczę też córki. Wierzę w Boga i że koniec końców jest tak, jak on zaplanuje. Ale wiem też, że trzeba mu pomóc i działać.

A gdyby panował głód?

Kiedy skończył się komunizm, miałem sześć lat, więc niewiele pamiętam. Ale tradycja kupowania dużej ilości papieru toaletowego i upychanie go w małym pawlaczu była w moim domu żywa. Mogę więc powiedzieć, że już moi rodzice byli preppersami – mówi Krzysztof, 33-letni specjalista od reklamy. Od pięciu lat prowadzi blog o prepperingu.

Do robienia zapasów zainspirowała go gra komputerowa, w której musiał zorganizować sobie bunkier przed zbliżającą się apokalipsą zombie. Preppering nazywa domowym survivalem. Przeciętny preppers to dla niego trochę wystraszony, racjonalny i starający się przewidywać zagrożenie mieszczanin. – Warto pamiętać, że chodzi tu nie tylko o gotowość do ucieczki. To również gotowość na sytuacje takie, jak utrata pracy albo śmierć kogoś bliskiego. Zdarza się, że po śmierci członka rodziny najbliżsi nie mogą wyciągnąć pieniędzy z jego konta. Preppering to też posiadanie gotówki, kopii dokumentów, brak kredytów. Według mnie najważniejsze jest jednak pożywienie i gotówka.

Ta nowoczesna forma survivalu zakłada ciągłą korzyść z przygotowania na co dzień. Prepperingiem można więc nazwać posiadanie działki i hodowanie tam warzyw oraz owoców, z których potem można robić przetwory. – Na moją wyobraźnię podziałał słynny rok bez lata, kiedy wystąpił szereg anomalii klimatycznych. W efekcie nie było zbiorów. To było w 1816 r., ale daje do myślenia – tłumaczy Krzysztof.

W swoim dwupokojowym mieszkaniu na warszawskiej Ochocie gromadzi przede wszystkim różnego rodzaju kuchenki. Ma stalowy samowar, garnek, który dzięki przetwarzaniu energii wyzwalanej przy gotowaniu wytwarza prąd, kuchenkę benzynową, dwie stare kuchenki radzieckie i ociekacz, który może być kuchenką na drewno. – Brak pożywienia mnie przeraża. Kiedy patrzę, jak zachowują się ludzie w kolejce po karpia przed Wigilią, zastanawiam się, co by było, gdyby panował głód. Pozabijaliby się – komentuje Krzysztof. – Mam 8-letniego synka, gdyby on był głodny, tobym walczył o pożywienie. Lepiej więc być przygotowanym na klęskę żywieniową. Mieć przetwory, ryż, no i wodę.

Pod łóżkiem Krzysztof trzyma zatem cztery pięciolitrowe butle z wodą. Za łóżkiem kilkadziesiąt butelek wypełnionych kranówką. Co jakiś czas zjada wszystkie zapasy, ale tylko po to, żeby zobaczyć, co kończy się najszybciej. To dla niego informacja, czego kupić więcej. Ostatnio kupił 12 kg ryżu, bo to łatwe do przygotowania, wysokokaloryczne pożywienie. Przy sobie nosi przede wszystkim scyzoryk. W samochodzie ma w bagażniku plecak ucieczkowy. Taki sam stoi w mieszkaniu.

Poradzić sobie bez niczego

Ludzie szukają komfortu. Chcą mieć wygodne łóżko, dobre jedzenie, chcą przenieść dom do lasu, i to w czasie zagrożenia. Stąd te wszystkie gadżety, namioty, kuchenki, broń – mówi Kasia, 33-letnia prepperka, która razem z partnerem, bushcraftowcem Arturem Boklą, prowadzi kursy m.in. z pozyskiwania roślinności i przetrwania w lesie. – Prawdopodobieństwo, że w czasie zagrożenia będę miała ze sobą plecak ucieczkowy, jest minimalne. Ja uczę, jak poradzić sobie bez niczego. Przyzwyczajam się do niewygody, bo takie okoliczności mogą mnie kiedyś zastać.

Mieszka w Makowie, wsi na trasie Warszawa–Łódź. Tu się urodziła, wychowała i wróciła po studiach bibliotecznych. Jej dom stoi na końcu miejscowości, tuż pod lasem. Znajomość ziół i domowej medycyny zdobyła od sąsiadek, cioć i babć, które to jej zostawiły całą swoją spuściznę ziołolecznictwa. – Dopiero kiedy pojechałam na studia, zdałam sobie sprawę, że pasta z bluszczykiem kurdybankiem nie jest znanym daniem, dżem z pokrzywą też. Okazało się, że ludzie leczą się głównie antybiotykami, a ja po raz pierwszy zażyłam antybiotyk rok temu. Na wsi leczono mnie ziołami.

Boli cię głowa? Przegryź goździk. Masz kamienie w woreczku żółciowym? Pij nieosoloną wodę po gotowanych ziemniakach. Kasia ma odpowiedź na wszystko. Uważa, że w lesie, na łące i w ogrodzie można znaleźć lekarstwo na każdą chorobę. Przez kilka lat była słuchaczem na Akademii Medycznej. Tam też dowiedziała się, że lekarzy nie interesują rośliny i ich leczniczy potencjał.

Oprócz pozyskiwania roślinności uczę, jak zorganizować w lesie posłanie, jak radzić sobie, kiedy ma się miesiączkę, co jeść, jak złapać żabę, a nawet jak nie zwabiać kleszczy – wymienia Kasia. Jako jedyna ze środowiska preppersów organizuje szkolenia dla samych kobiet. – Kiedy robię warsztaty mieszane, mężczyźni zawsze przejmują stery, a kobiety przyjmują postawę bierną, stają się obserwatorkami. Pomyślałam, że kobieta potrzebuje zupełnie innych sposobów przetrwania przez to, że fizycznie może być słabsza. Ma też inne potrzeby, jeśli chodzi o pożywienie, inne problemy na przykład związane z zachowaniem higieny.

W swojej torbie dla bezpieczeństwa nosi gwizdek – po to, żeby odstraszać psy, kiedy idzie wieczorem przez wieś. Zapasy gromadzi od zawsze, bo na wsi tak się żyje – sklepy są daleko i szkoda nie wykorzystać tego, co rośnie dookoła. Kiedy prowadzi „kuchnię preppersów” albo „apteczkę”, miastowi dziwią się, że można pić napar z igieł sosny, opatrzyć ranę babką. Najbardziej lubi spacery botaniczne, tłumaczy wtedy, że to, co przeciętny człowiek na co dzień depcze, idąc przez las, w czasie zagrożenia będzie mógł zjeść.

Portal prepperingnews.com opublikował post, w którym autorzy strony dokumentują próby obliczenia, ilu jest preppersów w samych tylko Stanach Zjednoczonych. Nie jest to łatwe. Sumują liczbę lajków na facebookowych fanpage’ach, liczby odwiedzających strony o tematyce survivalowej i liczbę wyszukanych stron o tej tematyce w wyszukiwarce Google. Opierając się na ich obliczeniach, można stwierdzić, że preppersów jest w USA już ponad 5 mln.

W ciągu ostatnich trzech lat zainteresowanie prepperingiem wzrosło o ponad 50 proc. – mówi Łukasz, organizator szkoleń survivalowych. – Nikt nie prowadzi statystyk, nie każdy też się przyznaje, że jest preppersem – dodaje. Blog Krzysztofa w 2013 r. miał 36 tys. czytelników, dziś jest ich ponad trzy razy tyle. Na warsztaty Katarzyny trzy lata temu zgłaszało się sześć osób, dziś chętnych bywa nawet 50.

Polityka 12.2016 (3051) z dnia 15.03.2016; Ludzie i style; s. 104
Oryginalny tytuł tekstu: "Na bomby i na zombie"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rzeź ptaków

Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.

Joanna Podgórska
05.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną