Ludzie i style

Pod znakiem krzyżyka

# obchodzi dziesięciolecie powstania

Europosłanka Terry Reintke z hasztagiem „#Ja też” w Parlamencie Europejskim Europosłanka Terry Reintke z hasztagiem „#Ja też” w Parlamencie Europejskim Christian Hartmann/Reuters / Forum
Jeśli na świecie coś się wydarzy, będzie o tym głośno w internecie – uważa twórca hasztagu, świętującego ostatnio 10. rocznicę istnienia.
Berlińczycy z hasztagiem „#direngezi” solidaryzują się z protestującymi w obronie parku Gezi w Stambule, 2013 r.Florian Schuh/DPA/PAP Berlińczycy z hasztagiem „#direngezi” solidaryzują się z protestującymi w obronie parku Gezi w Stambule, 2013 r.
Chris Messina, specjalista od marketingu internetowego, pomysłodawca doklejania znaku # do poszczególnych słów czy fraz w internecie.materiały prasowe Chris Messina, specjalista od marketingu internetowego, pomysłodawca doklejania znaku # do poszczególnych słów czy fraz w internecie.

Ciągle głośna akcja #MeToo nie byłaby tak szeroko zakrojona, tak widoczna ani wreszcie tak głośna, gdyby nie kratka doklejona do tej zbitki słów. Kilkanaście milionów historii o nadużyciach seksualnych, które opatrzono w internecie tym poręcznym hasłem, mogłoby utonąć w morzu innych treści. W końcu w strumieniu Facebooka każdego miesiąca pływa 30 mld materiałów (postów, linków, zdjęć) różnej wagi, od prywatnych zwierzeń po wesołe filmy, rysunki i komiksy. Trochę jak w telewizji śniadaniowej – powiadomienie o czyjejś śmierci czy tragedii wpada w sieci między link do „Last Christmas” i mem.

Wirtualna kratka (lub krzyżyk – bo i tak się ją określa w polszczyźnie) i towarzyszące jej słowo albo słowa – czyli razem hasztag – pomagają jakoś ten chaos uporządkować. Jednym kliknięciem wyłowić to, co nas interesuje, włączyć się w dyskusję albo ją przejrzeć, nie natykając się po drodze na niechciane treści. Szybko się rozeznać, czym obecnie żyje świat. Dlatego przy okazji akcji #MeToo mówi się nie tylko o powszechności nadużyć i granicach nietykalności cielesnej, ale też o pewnym fenomenie internetowym: hasztag, który z początku wskazywał na główne wątki dyskusji, stał się narzędziem do przeprowadzania różnych akcji, dowodem solidarności, wezwaniem do działania, postulatem, hasłem i manifestem.

Tłum za kratkami

Hasztag ewoluował więc i dojrzał. Ten sporo młodszy krewny małpy (@) i skrótu klawiszowego Ctrl+Alt+Del – też uznawanych za symbole internetu – skończył w tym roku 10 lat. Pierwszy wpis opatrzony wirtualną kratką pojawił się na Twitterze 23 sierpnia 2007 r. Autorem notki był zarazem pomysłodawca doklejania znaku # do poszczególnych słów czy fraz w internecie. Chris Messina okazał się prorokiem, bo choć wirtualne dyskusje były przed laty ożywione, to platformy społecznościowe (w tym roczny Twitter i trzyletni Facebook) jeszcze raczkowały. Potrzeba, żeby grupować w jednym miejscu wpisy poświęcone tej samej tematyce, nie wydawała się aż tak paląca. Użytkownicy sieci nie prowadzili jeszcze tak szerokich rozmów z całym światem. Biz Stone, współzałożyciel Twittera, wspomina w okolicznościowej notce: „Latem 2007 r. Chris Messina, specjalista od marketingu internetowego i zapalony użytkownik Twittera, wszedł do naszego obskurnego biura przy 164 South Park (tak jest, każdy mógł sobie ot tak wejść do biura i wyjść) i rzucił swój pomysł mnie i paru moim kolegom. Pracowaliśmy akurat jak szaleni, usiłując naprawić jakiś problem techniczny”. Młody Twitter regularnie się wtedy wieszał.

Mimo to – i na szczęście – Messina został wysłuchany, a jego pomysł wdrożony. Ale nie od razu. W niedawnym wywiadzie dla amerykańskiej telewizji CNBC ojciec chrzestny hasztagu opowiadał, że do siedziby Twittera fatygował się dwukrotnie, a za pierwszym razem usłyszał, że jego kratka jest nerdy, czyli wprawdzie sympatyczna, ale trochę głupkowata i zarezerwowana dla takich zapaleńców jak on. Po wielu zawirowaniach hasztag jednak doceniono i nadano mu odpowiednią moc. I tak kratka połączona ze słowem (albo zbitką słów) jest dziś aktywnym hiperłączem, odsyłającym do miejsc, w których porusza się konkretne tematy – w dyskusjach, ale i na zdjęciach, bo znaczek trafił też do platform i aplikacji fotograficznych, z Instagramem na czele.

Pierwszy wpis z hasztagiem dotyczył właśnie hasztagów. Messina zapytał zaznajomionych użytkowników Twittera, czy jego koncept z wirtualną kratką ma w ogóle przyszłość i sens. Tłum przyklasnął. „Świetny pomysł – ktoś odpisał. – Chyba go opatentuję”. Obok dał hasztag #hindsightsawonderfulthing, w wolnym tłumaczeniu: #rychłowczas.

Messina wcale hasztagu nie opatentował. Chciał, żeby narzędzie zadziałało natychmiast i było ogólnodostępne, a proces prawny tylko by to skomplikował i opóźnił. Messina nie liczył też na żadne profity. Gdyby dostawał centa za każdym razem, gdy hasztag jest w użyciu, dawno temu zostałby bogaczem. Tymczasem satysfakcję – jak wyznał w 2015 r. – czerpie z tego, że niepozorna sztuczka z kratką ułatwiła ludziom życie, a on sam wykazał się dalekowzrocznością. „Hasztag jest dziś tak wszechobecny – podsumował w sierpniu tego roku na portalu Medium – że mało kto już pamięta, jak to było bez niego”.

Krata dla świata

Hasztag od początku miał być użyteczny na dwa sposoby. Załoga Twittera w krótkim instruktażu z 2011 r. wyjaśniała: z pomocą hasztagów można szukać interesujących nas informacji (ówczesny przykład: newsy związane z mistrzostwami świata w piłce nożnej kobiet zbierał hasztag #WWC) albo nieść realną pomoc (#here2help gromadził wytyczne, jak wesprzeć ofiary serii ataków w Mumbaju).

Dziś pole działania jest bez porównania większe. Hasztagi tworzy się już nie tylko po to, żeby na coś zareagować, ale też po to, żeby tę reakcję wywołać, coś światu zakomunikować, a w efekcie uświadomić. Wirtualny aktywizm wspierany właśnie hasztagami ma już nawet swoją nazwę – hashtag activism, w skrócie hashtivism. Określenie wywodzi się rzecz jasna od hasztagu, ale pod wieloma względami przypomina dużo starszy haktywizm, odnoszący się głównie do hakerów, którzy dla dobra jakiejś sprawy – zwykle w obronie praw człowieka – majstrują przy sieci, przeprowadzają ataki cybernetyczne itp.

Hasztagowy aktywizm nie jest tak inwazyjny i nie wymaga znajomości skomplikowanych kodów programowania. Cały trud zainicjowania działania w internecie sprowadza się do tego, by wymyślić chwytliwe hasło, łatwe do odtworzenia, zapadające w pamięć, wpisane w ogólny klimat społeczny i polityczny. I tak afera Harveya Weinsteina mogłaby się rozegrać tylko w Hollywood i na łamach prasy. Akcja #MeToo, zapoczątkowana przez aktorkę Alyssę Milano, to nie jej skutek, lecz pokłosie. „Być może uda się nam pokazać, jak wielka jest skala problemu” – zachęcała Milano. Efekt przerósł jej wyobrażenia. „Hasztag #MeToo jest jak okrzyk przeciw molestowaniu seksualnemu” – stwierdziła Nadia Khomami w „Guardianie”, dodając, że do niedawna kobiety nie śmiały między sobą nawet na ten temat dyskutować. Teraz dyskutują żywo, licznie, publicznie i pod nazwiskiem.

„Era internetu jest wyposażona w lepsze narzędzia, żeby radzić sobie z podobnymi problemami. W mediach społecznościowych feminizm się zdemokratyzował” – zauważa Khomami. Hasztag stał się takim narzędziem, a przed #MeToo były inne pokrewne akcje: #YesAllWomen (zainicjowana po masowym morderstwie dokonanym przez Elliota Rodgera, który gardził kobietami i winił je za to, że pozostaje prawiczkiem), #BringBackOurGirls (po uprowadzeniu 300 uczennic ze szkoły w Chibok w Nigerii) czy #HeForShe (akcja ONZ Kobiety, nakłaniająca mężczyzn, żeby włączyli się w walkę na rzecz równości płci). Bezpośrednio z #MeToo wyewoluowały z kolei dwie inne: #IDidThat (Zrobiłem to/zachowałem się tak) i #HowIWillChange (Co w sobie zmienię). Pod hasztagami wpisywali się mężczyźni, którzy poczuli się wywołani do tablicy i współodpowiedzialni za to, co spotyka kobiety. Choć kaliber takich wyznań był znacznie mniejszy niż kaliber wyznań pań. Mężczyźni przyznawali zazwyczaj, że nie raz zachowali się nietaktownie, niestosownie i bezmyślnie – i jest im za to wstyd.

Hasztagami zwraca się uwagę i na inne sprawy. #CzarnyProtest towarzyszył – jak nietrudno zgadnąć – czarnym marszom w całym kraju. Solidaryzujące się z polskimi kobietami celebrytki ze świata, jak Charlotte Gainsbourg czy Juliette Binoche, pozowały do zdjęć z kartkami z napisem: #PopieramDziewuchy, czyli grupę Dziewuchy Dziewuchom, która powstała spontanicznie jako ruch oporu przeciw zmianom w prawie aborcyjnym. Po akcie samopodpalenia przed Pałacem Kultury w Warszawie przesłanie Piotra Szczęsnego przemieszczało się po sieci w najkrótszej z możliwych form: z hasztagiem #ObudźcieSię. Obrońcy Puszczy Białowieskiej pisali: #KochamPuszczę, przeciwnicy gwałtownych zmian w sądownictwie pośpiech reform ochrzcili „zamachem lipcowym” (oczywiście z kratką, w mianowniku i bez spacji między wyrazami). Z pomocą kratki Marian Kowalski, dawniej kandydat na prezydenta RP, a dziś głośny przeciwnik teorii ewolucji, chce zaś sprawdzić, ilu ma naśladowców. „Dołączajcie do akcji #NiePochodzęOdMałpy. Niech lewaki wyją!” – zapraszał na Facebooku.

Hasztagi nie zawsze układa się po to, żeby się przyjęły i funkcjonowały długi czas, tak jak #MeToo albo choćby #Resist („Nie godzę się” – popularne po wyborczym zwycięstwie Donalda Trumpa i nadal używane). Czasem to tylko i aż zręczne puenty, mniej lub bardziej błyskotliwe komentarze do aktualnych wydarzeń, wpadek, poważnych przewinień osób publicznych itd. Portal ASZdziennik, słynący z prześmiewczych, zwykle zmyślonych newsów, opublikował niedawno krótki tekst złożony dla odmiany z autentycznych cytatów. Były to reakcje na incydent z udziałem pisarza Janusza Rudnickiego, który zakrzyknął do kolegi: „Chodź, kurwy już są!”, mając na myśli siedzącą naprzeciw siebie dziennikarkę. W sieci zawrzało. W obronie pisarza stanęły m.in. kobiety widywane na pierwszych frontach walki o równość płci, aktywistki, feministki. ASZdziennik ich wypowiedzi wieńczy wszystko mówiącym hasztagiem: #NaszJanusz. Bo „naszym” rzekomo wolno więcej.

W kratkę

Wirtualny aktywizm ma rzecz jasna wielu przeciwników. No bo co to za aktywizm, skoro siedzi się w domu i rozdaje lajki gdzie popadnie? Do wydarzeń na Facebooku ludzie przyłączają się licznie, a dociera na nie tylko część. W zależności od tego, co akurat „trenduje” – czyli zyskuje w sieci coraz większą popularność – podają dalej hasztag #TrzyRazyWeto, #CzarnyProtest albo #JeSuisCharlie (po ataku terrorystycznym na redakcję pisma satyrycznego „Charlie Hebdo”). Wspierają ofiary zamachu we Francji, w Belgii czy Londynie, doczepiając do hasztagu #PrayFor dowolną nazwę miasta czy kraju. „OK, w Brukseli wybuchła jakaś bomba. To jaki jest dzisiaj oficjalny hasztag?” – pokpiwają niektórzy.

Krytycy tej jeszcze młodej formy protestowania twierdzą, że internauci, popierając wirtualne akcje w sposób bardzo wygodny, sprzed ekranu komputera czy smartfona, de facto wymigują się od działania. „Rewolucji nie da się zaprowadzić na Twitterze” – pisał w 2010 r. w obszernym felietonie Malcolm Gladwell, publicysta „New Yorkera”. Argumentował: akcje w sieci są rozproszone, wymagają minimalnego wysiłku (bo kliknięcia), no i angażują ludzi, których łączą bardzo słabe więzi. Czyli obcych z internetu. Takie zaangażowanie – nie ma złudzeń Gladwell – musi być z gruntu powierzchowne, tymczasowe i chwiejne. Dlatego pomysł, żeby przyznać Twitterowi Pokojową Nagrodę Nobla (były takie postulaty), uznaje za niedorzeczny. „Dawniej aktywistów poznawano po ich czynach, a dziś już tylko po narzędziach, jakich używają” – stwierdza publicysta.

Tekst Gladwella w „New Yorkerze” nosi wymowny tytuł „Small change”, mała zmiana. David Carr w „New York Timesie” słusznie jednak zauważa, że „to lepsze niż nic”. Hasztagi – przekonuje Carr – czasem sprawiają, że „świat poza klawiaturą staje się lepszym miejscem”. I jest na to mnóstwo całkiem namacalnych dowodów. Dzięki akcji #IceBuckettChallenge (polewanie się lodowatą wodą przed kamerą), zwracającej uwagę na niedofinansowanie leczenia stwardnienia zanikowego bocznego, udało się zebrać 100 mln dol. na ten cel. Z badań prowadzonych przez University School of Communication’s Center for Media&Social Impact (CMSI) wynika, że 40 mln wpisów z hasztagiem #BlackLivesMatter, opublikowanych między 2014 i 2015 r., przeniosło dyskusję o rasizmie w USA ze sfery tabu do sfery publicznej. Szerzej nagłaśnia się przypadki policyjnych nadużyć. Głośniej jest też wreszcie o zmianach klimatu. Kiedy w 2014 r. przez Nowy Jork przeszedł People’s Climat March, mówiono o rekordowej frekwencji – wzięło w nim udział ponad 300 tys. osób. Tymczasem hasztag #PeoplesClimate wygenerował w tym samym czasie ponad miliard wirtualnych interakcji na świecie.

Z pomocą hasztagów wywiera się też naciski. W słusznych sprawach, rzecz jasna. Kiedy korespondent telewizji NBC Ayman Mohyeldin został wydalony z Gazy, bo ośmielił się opowiedzieć światu o grających w piłkę nastolatkach zabitych przez Siły Obronne Izraela na jednej z palestyńskich plaż, dzięki presji internautów i hasztagowi #LetAymanReport (Pozwólcie Aymanowi relacjonować) w ciągu doby wrócił na miejsce pracy. Presję wywiera się także na producentów programów i seriali. Za powielanie stereotypów na temat muzułmanów ABC zdjęła z anteny program „Alice in Arabia” (skutek akcji #AliceInArabia). Po ujawnieniu nadużyć seksualnych aktora i zdobywcy Oscara Kevina Spacey’ego – do czego atmosfera w Hollywood i akcja #MeToo walnie się przyczyniły – Netflix, też pod presją widzów, ogłosił, że zakończy emisję flagowego „House of Cards”.

Hashtivism zbiera więc spore żniwo, jeśli trafia w koniunkturę i trzyma temperaturę. Efekt wzmacnia się dodatkowo, kiedy kampania ma ambasadorów. – Siła takich akcji to nie tylko kwestia liczby użyć hasztagu, ale też tego, kto go używał – a używały go też osoby popularne, zasięgowe – tłumaczy powodzenie akcji #MeToo dr Jan Zając z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego, prezes firmy Sotrender badającej ruchy w sieci.

Obrońcy sieciowego aktywizmu przekonują tymczasem, że nie chodzi w nim o bardzo konkretne i natychmiastowe zmiany na świecie, bo te wymagają czasu, decyzji i zazwyczaj rozwiązań systemowych. Cel jest pozornie skromniejszy, ale fundamentalny: chodzi o zmianę własnego myślenia i refleksję. Zgodnie z banalną zasadą, że jeśli chce się zmieniać świat, to trzeba zacząć od siebie, spojrzeć w lustro. Albo w ekran.

Polityka 46.2017 (3136) z dnia 14.11.2017; Ludzie i style; s. 68
Oryginalny tytuł tekstu: "Pod znakiem krzyżyka"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Guru strategii i willa na Żoliborzu

Jacek Bartosiak to prawnik i popularny w PiS geopolityk amator. Głosi nieufność wobec Zachodu, twierdzi, że Polska bez pomocy NATO może wygrać z Rosją. Jego kancelaria adwokacka przez siedem lat działała w domu żony Rogera de Bazelaire. To były dyrektor finansowy kremlowskiego oligarchy Michaiła Fridmana.

Tomasz Piątek
17.01.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną