Ludzie i style

Przesyłki pod specjalnym nadzorem

Żywe paczki, a w nich gęsi, kury, gołębie i pszczoły

Każdy gatunek ma własny patent na podróżowanie. Każdy gatunek ma własny patent na podróżowanie. Maga Sokalska
Pocztowa usługa przesyłu żywych zwierząt rodzi wiele pytań i zastawia wiele pułapek.
Poczta polska stała się głównym pośrednikiem w detalicznym handlu drobiem.Maga Sokalska Poczta polska stała się głównym pośrednikiem w detalicznym handlu drobiem.
Głównym towarem handlowym są gołębie.Maga Sokalska Głównym towarem handlowym są gołębie.
Doświadczeni hodowcy w pudłach papug nie robią dziurek, tylko okienka z kratkami.Maga Sokalska Doświadczeni hodowcy w pudłach papug nie robią dziurek, tylko okienka z kratkami.
Różne rzeczy już na poczcie widziano. Raz paczka zaczęła szczekać.Maga Sokalska Różne rzeczy już na poczcie widziano. Raz paczka zaczęła szczekać.
Przepis jest taki, że pudełko ze zwierzętami powinno być opisane i zaopatrzone w dziurki oraz wodę i pokarm na czas podróży.Maga Sokalska Przepis jest taki, że pudełko ze zwierzętami powinno być opisane i zaopatrzone w dziurki oraz wodę i pokarm na czas podróży.

Pierwsze paczki z żywym towarem zjeżdżają do sortowni z urzędów w całej Warszawie i okolicy krótko przed godz. 20 w poniedziałek. Dwie godziny później jadą już w Polskę. Ostatni rzut ze zwierzętami sortownia dostaje w nocy z czwartku na piątek. W czasie weekendu zwierzęta nie podróżują, bo urzędy nie przyjmują żywych przesyłek. Średni czas podróży to 12–18 godzin. W tym czasie zwierzęta muszą radzić sobie same. Poczta nie ma prawa ingerować w zawartość przesyłki. Formalnie nie ma regulaminu postępowania z takimi paczkami, ale utarło się, że te z żywym towarem są odkładane na górę wózków sortowniczych. A do samochodów kurierskich ładowane na samym końcu. Jeśli kierowca ma gołębie serce, bierze zwierzęta do kabiny.

W typowy dzień w sortowni najtłoczniej na górze wózków sortowniczych robi się nad ranem. Koguty pieją, kury gdaczą. Gęsi udają, że wcale ich tam nie ma. Za to bażanty tłuką się po pudłach i łamią pióra, bo ogólnie są strachliwe, a w transporcie to już całkiem tracą rozum. Tylko gołębie, jako zaprawieni podróżnicy, chowają łby w pióra i byle do adresata. O pszczołach trudno coś powiedzieć, bo jadą na specjalnych warunkach. Królowa jest pakowana z dziesięcioma robotnicami, które karmią ją i dbają o nią w czasie podróży. Człowiek może czuć się zwolniony z tego obowiązku. Każdy gatunek ma własny patent na podróżowanie.

Poza instynktem

Dwie sztuki Branta canadensis, czyli bernikli kanadyjskiej (ptaka wodnego z podrodziny gęsi, rodziny kaczkowatych), podróż za pobraniem rozpoczęły pod Warszawą, a zakończyły koło Piły. Dojechały w stanie ogólnie dobrym, co pana Adama wcale nie dziwi, bo to gatunek wysoko ekspansywny. A nawet uważany za groźny. W Europie trafił na listę 100 najbardziej niepożądanych. Zaczęło się niewinnie od ściągnięcia kilku sztuk z Ameryki Północnej do ogrodów zoologicznych na Starym Kontynencie, a skończyło na całych koloniach krzyżujących się z rodzimymi gatunkami. W Polsce pierwszą zaobserwowano w 2008 r. nad Jeziorem Somińskim. Pan Adam kupił sobie dwie sztuki, żeby z bliska przyjrzeć się, jak taki ptasi terrorysta wygląda. Ale też dla zwykłej radości patrzenia na ładne stworzenie, bo bernikla ujęła go umaszczeniem i życiową siłą przetrwania.

Studium przypadku bernikli, po pierwszych obserwacjach pana Adama, jest takie, że tajemnica gatunku kryje się w zdolnościach adaptacyjnych. Rano dostał paczkę, a już po południu bernikle wyżerały wszystko innym ptakom, bo pan Adam eksperymentuje z różnymi gatunkami. Głównie skupia się na bażantach. Ma ich ponad 50. Ciągnie go do tego ptaka, choć ogólnie to pożytek z niego żaden. Tyle że ładny i nie zje dużo. Do myślenia jednak daje sporo, bo bażant wolierowy ma zagubiony instynkt. W niewoli znosi jaja, ale ich nie wysiaduje. Zostawia, jakby to były jakieś kamienie, i w ogóle się już nimi nie interesuje. Mocno to pana Adama poruszyło, bo taki ptak z zagubionym instynktem jest przecież skazany na wymarcie. Wkładał im różne krzaczki do woliery, żeby jakoś ten instynkt odbudować. W naturalnych warunkach bażant wysiaduje jajka w ukryciu, hodowca pomyślał, że to im pomoże. Nie pomogło. Dokonał więc ingerencji do świata swoich wychowanków i wprowadził do gry kurki liliputki. Małe, pstrokate, ale niezwykle dzielne. Z mocnym instynktem kwoczenia. Dasz takiej jajko, a zaraz siądzie do wysiadywania. Nieważne, czy swoje, czy obce.

W ten sposób pan Adam hodowlę bażantów postawił na nogi. Jednak jakiś smutek w nim pozostał, bo sam ma 34 lata i ani żony, ani dzieci. Może i u niego instynkt jest zagubiony, bo więcej czasu spędza z ptactwem niż z ludźmi? Ale też ptactwo jest ufne i wyrozumiałe. Nie ocenia swojego opiekuna i na swój sposób jest mu wierne i oddane. Wścibskie robi się tylko przy karmieniu.

Nie to, co ludzie ze wsi, którzy w oczy niemal mu się śmieją, że dziwak. Hoduje, a nie je. Jak tu zjeść, jak się tyle godzin z ptactwem spędziło? Tyle rozmów z nimi odbyło?

Ile puchu jest w gołębiu?

Przesyłanie zwierząt za pośrednictwem poczty to temat delikatny. Sama poczta chętnie wywinęłaby się z tej usługi, ale zarejestrowanych hodowców gołębi pocztowych jest w Polsce 45 tys. Plus drugie tyle niezarejestrowanych. Do tego jakieś 100 tys. pszczelarzy, kolejne tysiące hodowców i amatorów drobiu. Każda próba wykreślenia zwierząt z pocztowej usługi powszechnej kończy się gigantyczną awanturą i telefonami z Ministerstwa Rolnictwa. Ostatecznie wszyscy kolejni prezesi Poczty Polskiej dochodzili do wniosku, że nie ma sensu ginąć za pszczoły i gołębie. Mozolnie jednak wypierali z listy kolejne gatunki. Przed drugą wojną światową Poczta Polska była zobowiązana przesyłać jaja jedwabników, motyle i inne zwierzątka – sama przy tym sugerując, że chodzi o takie wielkości chrząszcza. W praktyce bywało różnie. Nie tylko w RP.

Kiedy w 1913 r. narodowy serwis pocztowy w Stanach Zjednoczonych wprowadził usługę paczki dostarczanej pod same drzwi adresata, wysyłać można było również drobne organizmy żywe. Co użytkownicy twórczo zaczęli rozciągać na dzieci. Pierwsze, odnotowane przez prasę, przesłanie potomka za pośrednictwem poczty miało miejsce w stanie Ohio. Zachowało się nawet nazwisko rodziców, którzy przeszli do historii, ekspediując swojego 5-kilogramowego syna na dystansie jednej mili do jego dziadków za 15 centów. Proceder trwał niespełna rok. I przysparzał szefom amerykańskiej poczty coraz więcej trosk, bo rodzice śmiało eksperymentowali z możliwościami ich instytucji. 6-letnia Edna Neff przebyła liczącą 1158 km pocztową podróż, od swojej matki do swego ojca, z 15-centowym znaczkiem przyklejonym na czole. Po tym wyczynie dyrekcja amerykańskiego serwisu pocztowego ostatecznie zakazała przyjmowania paczek z ludźmi.

W Polsce również tendencja była taka, żeby pozbywać się żywego towaru z usługi powszechnej. Po drugiej wojnie światowej listę zwierząt ograniczono do drobiu i pszczół. W kolejnych ordynacjach pocztowych ptactwo sprowadzono do piskląt. Jednak każda akcja musi liczyć się z reakcją. Hodowcy nadal przychodzili do urzędów i upierali się, że gołąb może wygląda na dojrzałego, ale nie dalej niż kilka dni temu był jeszcze w jajeczku. Na korzyść klientów przemawiało urzędnicze skrępowanie przepisami, które z jednej strony definiowały pisklę po wadze, a z drugiej nie zezwalały na otworzenie paczki i zważenie przesyłki. Kilka lat temu pocztowi urzędnicy poszli na wojnę z pewnym nadawcą gołębi. Sprawa trafiła do Naczelnego Sądu Administracyjnego, otarła się o unijne dyrektywy, odbiła od Głównego Urzędu Statystycznego i skończyła na tym, że – po konsultacjach z autorytetami – wprowadzono parametr puchu. Od prawie trzech lat wszystko, co ma puch, jest pisklęciem i jako takie musi być wysyłane w ramach usługi powszechnej. Wszystko, co ma pióra, musi być nadawane kurierskim Pocztexem.

Wydawało się, że znacznie wyższa cena odstraszy nadawców i problem sam się rozwiąże. Paradoksalnie, usługa rozkwitła. Poczta Polska stała się głównym pośrednikiem w detalicznym handlu drobiem.

Namiar na dom

Głównym towarem handlowym są gołębie. Raczej te ze średniej półki. Za najdroższe okazy można by wybudować sobie dom, takich się do paczek nie wkłada. Przeciętniaki kosztują czasem mniej niż przesyłka pocztowa, ale pasja hodowców nie ma raczej ceny, więc są wysyłane niemal hurtowo. Zdarza się, że po 10 w jednej paczce, bo hodowcy eksperymentują i ciągle liczą, że jak dobrze skrzyżują, to stworzą takiego czempiona, że i oni sobie dom z gołębi postawią.

Pan Tomasz śmieje się, że dom toby sobie postawił, gdyby pieniędzy nie przepuszczał na gołębie. Tym bardziej że z tą pasją jest jak z chorobą. Atakuje znienacka i zaraża do końca życia. Na pewno nie jest genetyczna, bo u niego w rodzinie żadnego hodowcy wcześniej nie było. Od dziecka marzyły mu się gołębie, ale rodzice na to krzywo patrzyli. Gdy tylko poszedł na swoje, kupił sobie pierwszą parkę. Dokładnie 30 lat temu, i już wie, że z gołębiami rozłączy go tylko śmierć. Inni o dzieci tak nie dbają, jak on o swoje gołąbki. Ale też dziecko nie potrafi się tak odwdzięczyć, bo gołąb jak mądry, to zawsze wróci do swojego gołębnika. Jak głupi, to szkoda karmić, więc na jedno wychodzi. Ogólnie to z gołębiami jest jak z ludźmi. Po jednych rodzicach – jeden będzie mądry, drugi głupi. Tych głupich chętnie się pozbywa. I interes poczty się kręci.

Doszło już do tego, że pan Tomasz zaczął jeździć do pracy z gołębiami. Z zawodu jest kierowcą tira. Długich tras nie bierze, bo nie lubi odjeżdżać za daleko od swych ptaków. Jeśli jedzie gdzieś dalej, to bierze klatkę z ulubionymi okazami i je wypuszcza. Zdarzało się, że on jeszcze nie dojechał do domu, a ptak już sobie dawno gruchał na dachu. Przelatywały 300 km, to jak mogłyby się zmęczyć w paczce, gdzie sobie siedzą i nic nie robią?

Zresztą, są i takie ptaki, które pokonują tysiące kilometrów i nic im się nie dzieje. Start jest w Hiszpanii. (Gołębie wysyła się do organizatora w Polsce, a ten już wiezie zawodników na Półwysep Iberyjski). Na jeden sygnał kilka tysięcy osobników wzbija się w niebo. Film by można o takim przelocie nakręcić, bo to jest walka na śmierć i życie. Zwłaszcza młode matki instynkt mają tak silny, że do swych młodych po trupach będą leciały. W dwa tygodnie pokonują 2 tys. km i nie ma takiego mądrego na świecie, kto potrafiłby dokładnie wytłumaczyć, jak to robią, że znajdują swój gołębnik na drugim końcu świata. W gołębniku są specjalne zegary i każdy gołąb po zbliżeniu się do urządzenia automatycznie się odbija.

I to się akurat panu Tadeuszowi podoba mniej, bo i jemu w samochodzie coraz więcej różnych urządzeń do śledzenia szef zamontował i tylko tego jeszcze brakuje, żeby mu na nogę założyli obrączkę z GPS, jak jakiemuś wielkiemu gołębiowi.

Co jest w pudle

Przepis jest taki, że pudełko ze zwierzęciem powinno być opisane i zaopatrzone w dziurki oraz wodę i pokarm na czas podróży. Praktyka to już zupełnie inna sprawa. Jedni wrzucą kawałek jabłka, inni nie dadzą nawet ziarenka. W niektórych paczkach widać przez dziurki specjalną gąbkę nasączoną wodą. W innych nie ma nawet źdźbła słomy. Z pudłami też jest różnie, bo nie ma standardów. Zdarza się, że ktoś napakuje tyle ptactwa, że przy podnoszeniu odleci spód. Wtedy trzeba ganiać za kurami po całej sortowni. I jeszcze pisać protokół z przepakowania towaru. Zdarzyło się, że papuga wydziobała w pudle dziurę i też było ganianie po magazynach. Doświadczeni hodowcy w pudłach papug nie robią dziurek, tylko okienka z kratkami.

Z pszczołami niby jest najmniejszy problem, ale zdarzało się, że ktoś zbyt dosłownie traktował usługę i do transportu szły całe ule. Z opakowaniami różne rzeczy się dzieją. Było i tak, że pudło upadło, a pszczoły rozleciały się po całej sortowni, i wtedy katastrofa. Załoga musi zejść ze stanowisk, robota staje w miejscu. Nic, że środek nocy. Trzeba dzwonić po pszczelarza. Teraz to już pracownicy sami wiedzą, że jeśli pszczoły wydostaną się z pudełka, ale nie latają, tylko pilnują królowej, to wystarczy wystawić delikatnie pudło na zimno, a same się do środka pochowają. Później trochę taśmy i można wstawić je do transportu.

Różne rzeczy już na poczcie widziano. Raz paczka zaczęła szczekać. Okazało się, że szczeniaka ktoś uśpił i wysłał w pudle, żeby było taniej. Niby nie wolno takich przesyłek otwierać, ale w tej konkretnej sytuacji szczęśliwie okazało się, że pudło z pewnością jest uszkodzone i wtedy to już zupełnie inna sytuacja. Pół litra wody wypił za jednym zamachem ten szczeniak. Do adresata dojechał na miejscu obok kierowcy.

Nie wszystkie historie kończą się dobrze. Pracownik schylił się po leżący na ziemi sznurek, a ten zaczął mu się wić w rękach. Herpetolog ustalił, że to mały wąż boa. Z pudełek uciekały już tarantule, bo z pocztowych paczek hodowcy zrobili sobie taniego pośrednika sprzedaży. Na portalach aukcyjnych można nawet znaleźć oferty, że w razie gdyby towar nie dojechał na miejsce żywy, to drugi egzemplarz zostanie wysłany bezpłatnie. I ludzie kupują.

Juliusz Ćwieluch, fotografie Maga Sokalska

***

Autorzy dziękują Poczcie Polskiej za możliwość zrealizowania materiału. Zdjęcia wykonano w sortowni w Warszawie. Kontakt z hodowcami nawiązaliśmy za pośrednictwem portali branżowych.

Polityka 51/52.2017 (3141) z dnia 17.12.2017; Na własne oczy; s. 148
Oryginalny tytuł tekstu: "Przesyłki pod specjalnym nadzorem"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Dzieła Fangora biją rekordy cen na aukcjach. Skąd ta moda?

W ostatni wtorek w domu aukcyjnym Polswiss Art odbyła się nietypowa aukcja – licytowano dzieła tylko jednego twórcy. Mogłoby się wydawać, że aukcja monograficzna to pomysł ryzykowny. Ale nie w przypadku Wojciecha Fangora.

Aleksander Świeszewski
22.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną