Ludzie i style

Plan, by mieć plan

Nowe hobby: planowanie

Trend, by efektywnie wykorzystywać każdą chwilę, nie jest zjawiskiem nowym, choć rzeczywiście kiedyś dotyczył głównie sfery życia zawodowego. Trend, by efektywnie wykorzystywać każdą chwilę, nie jest zjawiskiem nowym, choć rzeczywiście kiedyś dotyczył głównie sfery życia zawodowego. Getty Images
O tej porze roku siadamy zwykle nad czystym kalendarzem, by zastanowić się, co nas czeka w najbliższych miesiącach. Dla niektórych samo planowanie stało się nowym hobby.
Pani Swojego Czasu, czyli blogerka Ola Budzyńska, szkoli kobiety, jak się lepiej zorganizować, wydała też dwie edycje autorskich planerów.Julita Pająk Pani Swojego Czasu, czyli blogerka Ola Budzyńska, szkoli kobiety, jak się lepiej zorganizować, wydała też dwie edycje autorskich planerów.
Bloger i youtuber Andrzej Tucholski uczy „ogarniania fajnego życia”.Archiwum Bloger i youtuber Andrzej Tucholski uczy „ogarniania fajnego życia”.

Artykuł w wersji audio

„Tak czekałam na swój planer. Wreszcie jest. Już od miesiąca jest. I leży sobie na stercie książek do przeczytania. I czeka... a ja nie wiem, od czego zacząć. Tak, wiem, plany, cele itp., ale patrząc na pokazane już planery Wasze, to ja nie mam czasu na takie ich przyozdabianie, »muskanie«, choć chciałabym graficznie poszaleć” – to jeden z wpisów w facebookowej grupie poświęconej kobietom, które chcą „wziąć czas w swoje ręce i zarządzać nim po swojemu – na kobiecy sposób”. Liczy ona już prawie 29 tys. członkiń, mimo że akces każdej z nich musi być zatwierdzony przez administratorki (grupa ma charakter zamknięty). Jedną z nich jest Ola Budzyńska, znana jako Pani Swojego Czasu.

Przydomek ten stał się już jej znakiem rozpoznawczym, głównie w sieci, w której od kilku lat rozwija swoją działalność. Prowadzi bloga, wydała książkę oraz dwie edycje autorskich planerów, nagrywa podcasty i webinary (rodzaj seminarium internetowego – red.), a także prowadzi kursy online, na których szkoli kobiety m.in. z tego, „jak się zorganizować w 21 dni” czy „raz na zawsze przestać odkładać sprawy na później”. Swój przekaz kieruje do pań, bo choć nie uważa, by mężczyźni byli lepiej zorganizowani, to nie zauważyła, by byli tym jakoś szczególnie zafrapowani. Co innego kobiety. – Zwracają się do mnie najczęściej po pomoc we wciśnięciu jeszcze większej ilości zadań w ich dzień. Choć mają ich mnóstwo, to jeszcze by chciały coś dorzucić. A ja uważam, że sztuka zarządzania sobą w czasie to nie jest sztuka dokładania sobie jeszcze więcej, tylko odpuszczania i ujmowania sobie zadań – mówi.

Efekty efektywności

Trend, by efektywnie wykorzystywać każdą chwilę, nie jest zjawiskiem nowym, choć rzeczywiście kiedyś dotyczył głównie sfery życia zawodowego. Jego początki wiążą się z rozwojem rewolucji przemysłowej, a za jednego z głównych prekursorów uznaje się Fredericka Winslowa Taylora, amerykańskiego inżyniera żyjącego na przełomie XIX i XX w. Pracując w drugim co do wielkości amerykańskim przedsiębiorstwie produkującym stal (Betlehem Steel), przygotowywał eksperymenty, które miały doprowadzić do tego, by pracownicy byli w stanie zrobić więcej w krótszym czasie.

I tak na przykład dzięki szczegółowej analizie procesu ładowania przez robotników surówki żelaza na wagony (m.in. kształt szufli, długość trzonka czy nawet ustawienie stóp pracownika przy wykonywaniu konkretnych ruchów) Taylorowi udało się prawie czterokrotnie zwiększyć wydajność pracy ładowaczy. Mimo że dość kontrowersyjny, taki system organizacji pracy (nazywany od nazwiska twórcy tayloryzmem) znalazł zastosowanie w wielu przedsiębiorstwach, a następnie korporacjach, i stał się zmorą tamtejszych pracowników.

Co musiało się stać, byśmy kilkadziesiąt lat później zaczęli przekładać te pomysły także na sferę życia prywatnego i czas, który nie bez przyczyny nazywamy czasem wolnym? Oliver Burkeman, nowojorski korespondent „Guardiana”, w zeszłym roku próbował zmierzyć się z tą kwestią na łamach pisma, pytając wprost: „Dlaczego zarządzanie czasem rujnuje nasze życie?”. W swych rozważaniach odwoływał się do wydanej w 1962 r. książki Waltera Kerra („The Decline of Pleasure”). Jej autor już w połowie ubiegłego stulecia zauważył bowiem, że nastąpiła zmiana w doświadczaniu przez ludzi upływających chwil. Zaobserwował m.in., że przestaliśmy czytać dla przyjemności, a zaczęliśmy dla konkretnych profitów, na spotkania nie chodzimy już po to, by miło spędzić czas, ale by poznać konkretnych ludzi bądź załatwić jakieś interesy, a gdy zdecydujemy się zostać w domu na weekend, to zapewne nie po to, by poleniuchować, tylko by posprzątać lub zrobić przemeblowanie. Kerr uważał, że nawet odpoczynek czy rekreacja przestają być przyjemnością samą w sobie, bo o ich wartości stanowi głównie to, że są niezbędne dla podratowania fizycznej formy, która z kolei umożliwi nam efektywniejsze wykonywanie obowiązków. Do tego doszedł fakt, że tzw. nicnierobienie zaczęło być kojarzone z lenistwem i marnotrawieniem czasu.

Najpierw powstawały więc poradniki pomagające nam „lepiej się zorganizować”. A wraz z rozwojem komputerów i smartfonów – dziesiątki służących temu samemu celowi aplikacji. Mało kogo już dziwią możliwości, jakie daje nam na przykład zsynchronizowanie znajdującego się w smartfonie kalendarza z GPS. Dzięki temu, przechodząc obok sklepu spożywczego, dostaniemy komunikat, że powinniśmy kupić mleko, a będąc w okolicy fryzjera, że już czas podciąć włosy, bo ostatni raz robiliśmy to dwa miesiące temu.

Jak się ogarnąć?

Efektywne zarządzanie czasem bądź zarządzanie sobą w czasie (co wydaje się znacznie bardziej trafionym sformułowaniem) dotarło i do nas. Doskonale widać to choćby w sieci, gdzie z miesiąca na miesiąc pojawia się coraz więcej blogów, których nazwy nie pozostawiają złudzeń, na jakie potrzeby odbiorców mają odpowiadać. A właściwie, jakie potrzeby mają kreować, by móc na nie odpowiadać. Miss Planner, Design Your Life, Król Czasu, Projektant Czasu, produktywnie.pl – to tylko niektóre z nich. Tworzą je głównie ludzie młodzi, bo przeważnie młodzi je też czytają.

Andrzej Tucholski swojego bloga prowadzi już od ośmiu lat. Początkowo zajmował się głównie kulturą, jednak od kilku lat ukierunkował się na pisanie i mówienie (bo prowadzi także swój kanał na YouTube) o – jak to sam określa – „ogarnianiu fajnego życia”. Jest absolwentem studiów menedżerskich i psychologii biznesu, i to głównie wiedzę zdobytą na tych dwóch kierunkach chce wykorzystywać w swoich przekazach. – Ekonomia jest nauką o tym, jak dysponować ograniczonymi zasobami. A nie ma bardziej ograniczonego zasobu niż czas – przyznaje. Swoich czytelników dzieli na dwie grupy. Pierwsza to ludzie, którzy wkraczają w dorosłość, zakładają rodziny i siłą rzeczy muszą sprawić, by w ich życiu pojawił się porządek, a plany – jak choćby wizyta u lekarza czy rozliczenie zeznania podatkowego – znalazły się w kalendarzu (oni poszukują konkretnych narzędzi ułatwiających planowanie). Druga to ci młodsi, którzy mają nieco inne dylematy.

Tucholski każdego dnia dostaje od nich po kilkanaście maili z pytaniami: co robić w życiu, jak odnaleźć sens swoich działań, jak wybrać spośród wielu opcji, które w sieci wydają się równie atrakcyjne i wszystkie są jakby na wyciągnięcie ręki? On sam doszedł do tego, że zanim zacznie się jakiekolwiek planowanie, najważniejsze jest ustalenie, w jakim miejscu życia jesteśmy. Przedyskutowanie ze sobą własnych priorytetów. Dopiero potem można przejść do poznawania konkretnych narzędzi zarządzania sobą w czasie oraz dostosowywania ich do własnego charakteru i trybu życia.

Analogowo w czasach cyfrowych

No tak, tylko jak to zrobić, skoro z każdej strony bombardują nas coraz to nowe teorie, nierzadko ze sobą sprzeczne? Raz słyszymy, że warto się koncentrować tylko na jednej czynności, bo niedokończone obowiązki będą nas dekoncentrować przy realizacji kolejnych zadań, innym razem – że warto w tym samym czasie zajmować się kilkoma sprawami i sprawnie między nimi przeskakiwać, bo to wzmaga naszą kreatywność i prowadzi do nietuzinkowych rozwiązań.

Australijczyk Ryder Carroll doszedł do wniosku, że siła tkwi w prostocie. Zaproponował powrót do kartki i długopisu i stworzył system planowania, który nazwał Bullet Journal. Jego definicja jest krótka: „analogowy system na cyfrowe czasy”. Nazwa została ustanowiona znakiem towarowym. Założenia, które sformułował Carroll, to definiowanie zadań w ramach kilku grup i nadawanie im charakterystycznych dla nich znaczników (od ang. słowa bullet oznaczającego pocisk lub właśnie znacznik). I tak m.in. zadania wykonane oznaczamy krzyżykiem, wydarzenia oznaczamy kółeczkiem, notatki wypisujemy od myślników, priorytet nadajemy za pomocą gwiazdki, a inspirujące wpisy możemy dodatkowo opatrzyć wykrzyknikiem. Jest jeszcze kilka innych zasad, choć nie są szczególnie trudne do opanowania.

Sam Carroll prawdopodobnie nie zdawał sobie sprawy, że pod koniec 2017 r. na Instagramie znajdzie ponad milion trzysta postów opatrzonych hasztagiem #bulletjournal (ponad połowa z tych wpisów pojawiła się tam w ciągu ostatnich kilku miesięcy). To, co znajduje się na zdjęciach, najpewniej też przerosło jego oczekiwania. Setki tysięcy zdjęć pełnych kolorów, rysunków, cyfr, napisów. Ich autorom na pewno nie można zarzucić braku kreatywności. O skuteczność prezentowanych w ten sposób planów i deklaracji nikt nie pyta.

Co więcej, gdy okazało się, że młodzi ludzie (bo to oni są głównie „journalistami”) tak uwielbiają tworzyć własne planery, rynek natychmiast na to zapotrzebowanie odpowiedział. Już dziś bez trudu kupimy w Polsce takie pozycje książkowe, jak „Twój rok z Bullet Bookiem. Jak dzień po dniu kreatywnie zorganizować sobie życie” czy „Bullet Book. Bądź pięknie zorganizowana”. Wydawnictwa te w założeniu są połączeniem książki z poradami, jak zarządzać czasem i w jaki sposób stosować wypunktowania zaplanowanych zadań („bądź bardziej efektywna dzięki migracji zadań”, „zadbaj o umysł”), notatnikiem – posiadają puste strony, na których można tworzyć zapiski, „uzupełniankami” (typu: napisz, co sprawia, że twoje życie jest piękne, lub wynotuj, jakie cechy charakteru cenisz u innych), czy wreszcie zbiorem aforyzmów („Cokolwiek cieszy duszę jest prawdą” albo „Myśli stają się rzeczywistością”). Nie zabrakło też w nich miejsca na kalendarzyk miesiączkowy czy mapy, na których możemy pokolorować państwa, jakie zdołaliśmy już odwiedzić.

Czy w tym wszystkim chodzi jeszcze o planowanie, czy już tylko o (dobrą) zabawę? Ola Budzyńska zauważa, że choć planowanie nie dla wszystkich jest czynnością łatwą – bo narzucamy sobie pewne zadania, które mają nas doprowadzić w jak najkrótszym czasie do z góry zdefiniowanego celu – to wiele kobiet się w tym lubuje. – Jest teraz taki trend, żeby planowanie było przyjemne, kreatywne, żeby samo w sobie było fajnym spędzaniem czasu. Znam kobiety, które godzinami siedzą nad swoimi planami, szlifują je, czasem sobie rysują, kolorują, zakreślają, robią „mapy marzeń” i „mapy celów”. I całe domy mają nimi wyplakatowane. Tylko gdy przychodzi czas na zrealizowanie tych celów, okazuje się, że jest go za mało.

Przyznaje, że swoje czytelniczki i słuchaczki stara się uczyć, by podczas planowania wykorzystywały tylko to, co jest im rzeczywiście niezbędne, i ani grama więcej. Bo owo „więcej” to już nic innego jak strata czasu, która oddala nas od realizacji naszych pierwotnych zamierzeń. Długie i kreatywne planowanie może być formą ucieczki przed wzięciem odpowiedzialności za te plany, próbą rozładowania stresu przed podjęciem pierwszego kroku. A może wręcz przeciwnie – wybór odpowiednich pisaków i kolorowanie odległych lądów ma być przyjemnością samą w sobie, zwyczajną rozrywką?

Najważniejsze pewnie, by nie zapominać, że największą przyjemnością w planowaniu jest wykreślanie z listy kolejnych wykonanych zadań. Chyba że pierwszym na niej punktem jest planowanie.

Polityka 1.2018 (3142) z dnia 26.12.2017; Ludzie i style; s. 108
Oryginalny tytuł tekstu: "Plan, by mieć plan"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Patti Yang kończy karierę. Debiutuje Patricia Vernhes

Współpracowała ze światowej sławy kompozytorami, nagrała muzykę do hollywoodzkich superprodukcji i wydała pięć płyt. Artystka z Wrocławia kończy działalność pod pseudonimem Patti Yang. Czy jeszcze ją usłyszymy?

Dawid Iwaniec
21.02.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną