Ucieczka z escape roomów

Pokoje od kuchni
Po tragedii w Koszalinie wszystkie polskie escape roomy są badane przez strażaków. Choć pokoje ucieczek działają według niepisanych reguł, to do tej pory nikt się tym nie martwił.
Sypialnia Nosferatu w częstochowskim Domu Tajemnic.
Daniel Dmitriew/Forum

Sypialnia Nosferatu w częstochowskim Domu Tajemnic.

Escape room Break The Brain w Bydgoszczy.
Arkadiusz Wojtasiewicz/Agencja Gazeta

Escape room Break The Brain w Bydgoszczy.

audio

AudioPolityka Aleksandra Żelazińska - Pokoje od kuchni

Dopóki nie zdarzyła się tragedia, escape roomy funkcjonowały poza szerokim zainteresowaniem mediów, a już na pewno władz. Samą ideę pokoi zagadek albo – zamiennie – pokoi ucieczek przyjęto przed laty raczej z entuzjazmem. Wreszcie pojawiła się niewirtualna forma rozrywki, przenosząca scenerie popularnych gier wideo do realu, wymagająca logicznego myślenia, czujności i dobrej pracy zespołowej.

Zamysł jest banalny: niewielka grupa uczestników spędza w pokoju kilkadziesiąt minut i rozwiązuje zagadki, żeby w nagrodę się z niego wydostać. Drzwi od środka zwykle nie da się otworzyć inaczej, niż dochodząc do rozwiązania, które zwolni tę ostatnią blokadę. Czasem to kod, czasem ukryta gdzieś klamka albo klucz. Uczestnicy zabawy muszą zmieścić się w czasie, w przeciwnym razie wypuszcza ich – co oznacza de facto porażkę – tzw. mistrz gry, który śledzi przebieg spraw na monitorze w pomieszczeniu obok i reaguje, gdy trzeba. Tylko on otwiera drzwi – od zewnątrz. I to się nie udało w Koszalinie 4 stycznia.

Amelia, Gosia, Julia, Karolina i Wiktoria świętowały w escape roomie urodziny jednej z nich. W przedpokoju stała butla z gazem, nieszczelna. Wybuchła, odcinając drogę do uwięzionej grupy. Okno było okratowane, w budynku wybuchł pożar, 15-latki zatruły się tlenkiem węgla, zmarły.

To bardzo tragiczne zdarzenie nie ma precedensu w tym jeszcze młodym segmencie rynku rozrywki. Stąd zdecydowana reakcja rządu, zapowiedź kontroli wszystkich escape roomów (jest ich w Polsce koło tysiąca) i zaostrzenia przepisów ochrony przeciwpożarowej. Odwołano też, słusznie, polską premierę horroru „Escape Room”. W filmie – jak łatwo się domyślić – pokój udaje miejsce gry, gdy w istocie jest pułapką z prawdziwymi narzędziami tortur i bijącym licznikiem.

Zdarzenia z Koszalina i ich następstwa uderzają w branżę w rozkwicie. Jeszcze w 2014 r., gdy odnotowywaliśmy w POLITYCE ich istnienie, escape roomy były w Polsce egzotycznym marginesem. Dziś konkurują o nasz wolny czas na równi z kinami i restauracjami. Z niszowej formy rozrywki dla wtajemniczonych entuzjastów szybko wyewoluowały w towarzyski standard. Są stałym punktem programu urodzin, wieczorów panieńskich i kawalerskich, imprez integracyjnych, a nawet szkolnych wycieczek. Bywają osobną atrakcją turystyczną. Na portalu TripAdvisor, który zbiera recenzje z podróży w różne miejsca kraju i świata, pod kategorią „Gry i zabawy” trudno dziś znaleźć coś innego niż pokoje zagadek.

Gra wyszła z garażu

Pierwsze powstały na świecie, najpierw na Dalekim Wschodzie, już w pierwszej dekadzie XXI w. i naśladowały popularne gry wideo typu „escape the room”, czyli: wydostań się z pokoju. Gracze rozwiązywali w nich zagadki, żeby wejść na wyższy poziom. Escape roomy w świecie rzeczywistym opierają się na tym samym scenariuszu, ale rozwijanym. Prócz standardowych łamigłówek (równań matematycznych, mniej i bardziej skomplikowanych rebusów) uczestnicy zabawy wykonują zadania zręcznościowe w określonej sekwencji, wygrywają dźwięki na starych instrumentach (bo i to może czemuś służyć), wertują papiery i zaglądają wszędzie, gdzie się da, włączając muszlę klozetową i niepozorne dziury w ścianie. Zmienia się wreszcie sceneria – escape roomy są tematyczne, więc adekwatnie wyposażone. Nawiązują do książek i filmów, popkulturowych klisz, scen z horrorów, baśni i wprost z nocnych koszmarów. Sama atrakcyjność zagadek nie wystarczy; ma być realistycznie, bo i klient jest coraz bardziej wymagający. Pokoje chętnie reklamują się hasłami: „najstraszniejszy”, „najtrudniejszy”, „wychodzi co dziesiąta grupa”.

To nie jest garażowa zabawa – uważa Bartosz Idzikowski, współzałożyciel serwisu Lockme.pl, który zbiera informacje o polskich escape roomach, a zarazem pełni funkcję największego w kraju systemu rezerwacyjnego pokoi. – Escape roomy stają się na świecie narzędziem marketingowym, duże marki coraz częściej doceniają ich potencjał. Pokoje wykorzystuje się np. do promocji filmów (jak „Jumanji: Przygoda w dżungli”) czy seriali (jak „Sherlock Holmes”). A bywa, że są i narzędziem rekrutacyjnym. Gra z udziałem ewentualnych pracowników już na etapie castingu do posady pozwala ocenić, kto ma talenty przywódcze, kto się trzyma z boku, kto i jak reaguje na stres itd.

To też zwykle sprawdzian dla dowolnej grupy przyjaciół, krewnych i znajomych, test zgrania i umiejętności współpracy. – Do Polski escape roomy dotarły w idealnym momencie: gdy stawał się popularny nurt rozrywek offline – mówi Idzikowski. – Przeżywamy coś razem, obserwujemy kolegów czy współpracowników w nietypowych sytuacjach. Na przykład musimy zdobyć kielich w tajemniczej świątyni gdzieś w dolinie Amazonki. Nieczęsto to się zdarza na co dzień.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną