Wystartowali zgodnie z planem. Niewielka grupa walcząca o medal, kilku zawodników wynajętych po to, by dyktować tempo. A parę kroków za nimi – pulsująca fala tysięcy amatorów.
Od początku chodziło o rekord. „Zające”, czyli pacemakerzy, ruszyli tak, by doprowadzić mistrzów do połowy dystansu w czasie 60 minut 30 sekund. Prowadzenie było dobre, ale nieidealne – poszczególne kilometry różniły się między sobą czasem o kilkanaście sekund, a tętno biegacza mocno reaguje nawet na takie niewielkie zmiany tempa. Kilka takich szarpnięć i zawodnik może się „zagotować”.
Pół godziny później – po 30. kilometrze – nastąpiło przełamanie. Na czoło wysunął się Sabastian Sawe z Kenii, zaraz za nim był Etiopczyk Yomif Kejelcha. Są tacy, którzy oglądają maratony ze stoperem w ręce – oni pierwsi zauważyli, że tym razem schemat różni się od typowego maratonu. Zwykle pojawia się „kometa”, która gubi ogon kawałek po kawałku. I do mety dobiega jako pierwszy ten, który najmniej zwolni. Tutaj było inaczej. Stoper pokazywał, że jądro komety (sześciu zawodników) trzyma stałe tempo, ale to Sawe i Kejelcha stopniowo przyspieszają. Tempo z mocnego zmieniło się w piekielne: końcówka pokonana w tempie 2 minut 40 sekund na kilometr to już strefa znana raczej z krótkich biegów na stadionie.
Ostatnią piątkę Sawe pokonał jakby dopiero co wystartował. Po jego ciele w ogóle nie było widać zmęczenia. Zupełnie inaczej Kejelcha – jego sylwetka mocno się chwiała, ale mimo to trzymał się cały czas kilka metrów za Kenijczykiem. Dopiero po minięciu 40. kilometra niewidzialna nitka łącząca zawodników się zerwała. Wtedy już było jasne, że bariera pęknie. Stoper zatrzymał się, wskazując czas 1:59:30.
„Łamanie dwójki” zaczęło się jeszcze w 2017 r.