Ateizm w książkach

Głosy z tego świata
Kilkudziesięciu ateistów, z Polski i ze świata, zapytano niedawno o przyczyny ich niedowierzania. Potwierdziło się, że można nie wierzyć na wiele sposobów.

Agnostycy, niewierzący, sceptycy, wolnomyśliciele, świeccy humaniści stanowią rosnącą (kilka, kilkanaście procent populacji) i coraz śmielej występującą publicznie grupę. Ich swoisty coming out dokumentują dwie wydane właśnie książki. Filozof i redaktor kwartalnika „Bez Dogmatu” Piotr Szumlewicz porozmawiał z polskimi ateistami – zapis tych spotkań stanowi wydany przez Czarną Owcę (dawniej Jacek Santorski&Co) „Niezbędnik ateisty”. Resztę świata wzięli na siebie pisarz i filozof australijski Russell Blackford i bioetyk niemiecki ze Szwecji Udo Schuklenk. 50 intelektualistom Blackford i Schuklenk zadali pytanie o powody ich niewiary w Boga. Odpowiedzi zebrali w wydanej przez Wiley-Blackwell (wydawnictwo akademickie z tradycjami) książce „50 Voices of Disbelief. Why We Are Atheists” (50 głosów niedowierzania. Dlaczego jesteśmy ateistami).

Jak wszystkie ideologie, tak i te religijne powinny być przedmiotem rzetelnej krytycznej analizy i współzawodniczyć na wolnym rynku idei, piszą Blackford i Schuklenk we wstępie zredagowanej przez nich antologii. Mniej więcej te same intencje ma – jak można przypuszczać – Szumlewicz. Ale mniej więcej robi wielką różnicę.

Niezbędnik ateisty

„Niezbędnik ateisty” i „50 Voices of Disbelief” to nie pierwsze książki traktujące o niedowierzaniu w kwestii zasadniczej. Szlak przecierali ostatnio Richard Dawkins, Christopher Hitchens, Sam Harris, Daniel C. Dennett (rozmowa z tym filozofem umysłu ukaże się w najbliższym wydaniu „Niezbędnika Inteligenta Plus” – red.) i Victor J. Stenger, autorzy wydanych niedawno książek o akademickim zacięciu (może z wyjątkiem Hitchensa). Eseje zebrane przez Blackforda i Schuklenka różnią się jednak od nich bardziej miękkim, osobistym tonem i większym zróżnicowaniem gatunkowym. We wszystkich pobrzmiewa echo anegdoty o matematyku i filozofie Bertrandzie Russellu, który stawiwszy się przed obliczem Boga, tak miał odpowiedzieć na zarzut o ateizm: Boże, dałeś mi mózg, a zarazem żadnych dowodów na swoje istnienie, więc czego się spodziewałeś?

Obok argumentów natury psychologicznej, nieobcym prawdopodobnie całej ludzkości („Nikt nie kupiłby pomysłu idealnego, kochającego, dbającego rodzica, który nieustannie chowa się przed swoimi dziećmi” – pisze Ophelia Benson, wicenaczelna „The Philosopher’s Magazine”), logicznej („Dlaczego ktoś musi mi strzelić w nogę, bym, przebaczając mu winy, mógł ujawnić zalety swojego charakteru” – tak rozważania nad teodyceą otwiera Nicolas Everitt, filozof brytyjski z Open University) oraz filozoficznej (nie sposób je tu streścić) pojawiają się te, które są bezpośrednią konsekwencją osiągnięć współczesnej nauki – ze względu na swoją oryginalność zasługujące na szczególną uwagę.

Pytanie o wszechświat

Oczywiście, nauka, teologia, język wiary operują na praktycznie rozłącznych zbiorach argumentów. Rozszyfrowując tę naturę, nie pytajmy więc, dlaczego Wszechświat jest taki, a nie inny, postuluje Sean M. Carroll, fizyk z California Institute of Technology. Zadawajmy pytania, na które można dać odpowiedź. Pytajmy po prostu, jaki ten Wszechświat jest, pisze Carroll. Współczesne, fizyczno-matematyczne modele rzeczywistości są wewnętrznie spójne. Nie ma najmniejszej potrzeby, by umieszczać w nich Boga. Nauka stała się samowystarczalna. „To może być frustrujące nawet dla ateistów – stawiać pytania, dlaczego istnieje ten świat, a nie inny, i słyszeć w odpowiedzi: A dlaczego nie?” – pisze Carroll. „Ale na bardzo głębokim poziomie ta odpowiedź jest właściwa”. Nowe teorie, opisujące początek naszego Wszechświata, pozwalają sądzić, że do jego powstania nie był konieczny żaden czynnik zewnętrzny – pisze Victor Stenger, fizyk cząstek elementarnych z University of Colorado. Próżnia jest bardzo niestabilna, Wszechświat może więc powstać, dosłownie, z niczego, w wyniku kwantowych fluktuacji.

Wtóruje mu Michael Shermer, historyk nauki i wydawca miesięcznika „Skeptic”. Psychologia, kognitywistyka, antropologia, historia i socjologia dowodzą zgodnie, że idea Boga i religie są konstrukcjami pochodzenia gatunkowego i społecznego, więc zamiast o Bogu, powinniśmy więcej myśleć o naszym myśleniu o Bogu – pisze Shermer. Michael R. Rose oraz John P. Phelan, biolodzy z University of California w Irwine, prezentują w „50 głosach niedowierzania” pogląd, że wiara z religią stanowią cenę, jaką płacimy za wejście w posiadanie wolnej woli. Ich zdaniem, źródłem odczuć natury mistycznej i religijnej jest specyficzna funkcja mózgu, chroniąca jego właściciela przed niewłaściwymi, z darwinowskiego punktu widzenia, decyzjami: odmową reprodukcji, samobójstwem, wyborem niewłaściwego partnera itd.

Świadomy umysł – piszą Rose i Phelan – jest jak pilot na pokładzie okrętu wchodzącego do portu. Niby kieruje statkiem, ale i tak dowodzi kapitan, czyli ukryta w podświadomości „funkcja Boga”. Natomiast religia, produkt kultury, „godzi ze sobą nasze doświadczenie Boga z racjonalnym przeczuciem, że jest ono absurdalne”. I nie ma w niej ani nic dobrego, ani nic złego. „Religia bierze z tych swędzących miejsc, które drapiemy podczas praktyk religijnych – podobnie jak popęd płciowy generuje szereg zachowań i praktyk kulturowych mających związek z seksem, ale niewiele z samym rozmnażaniem” – piszą Rose i Phelan, dodając też, że nasi neurobiologiczni bogowie, choć nie do zlekceważenia, nie zasługują na więcej czci niż każde inne dzieło ewolucji, na przykład wątroba.

Badania Rose’a i Phelana wpisują się w szerszy nurt badań inspirowanych pracami m.in. filozofa umysłu Daniela C. Dennetta z Tufts University. W książce „Odczarowanie” naszkicował on teorię, w której religię określa wprost jako rodzaj pasożyta umysłu, skłaniającego nosiciela do działań nie zawsze dla niego najbardziej korzystnych. Religia u Dennetta, mówiąc w największym skrócie, to wynik trwającego tysiące lat zinstytucjonalizowanego procesu pielęgnacji wrodzonej gatunkowi ludzkiemu wiary w zjawiska nadprzyrodzone. Wiary będącej naturalną skłonnością zwiększającą ewolucyjne, darwinowskie przystosowanie do warunków środowiska – niegdyś, bo dziś, zdaniem Dennetta, już niekoniecznie.

Filozof Barbara Stanosz nawiązuje do tego wątku w „Niezbędniku ateisty”: „Skoro zburzyliśmy swoisty »mur berliński« odgradzający nas od świata zwierząt, uprawnione jest potraktowanie ludzkiej natury, w tym religii, jako zjawiska naturalnego, które wymaga »odczarowania« za pomocą narzędzi poznawczych stosowanych w naukach przyrodniczych”.

Uczestnicy projektu Blackforda i Schuklenka zauważają zgodnie, że oferowane przez naukę możliwości manipulacji materią ożywioną, służące poprawie ludzkiej kondycji (terapie genetyczne, sztuczne zapłodnienia, wszelkie zaawansowane badania biomedyczne wykorzystujące komórki macierzyste itd.) stawiają doktrynalnie zamrożone religie w niezręcznej sytuacji. Z pomocą może przyjść tylko myśl uwolniona od zapisów w świętych księgach – etyka świecka.

Czytaj także

Co nowego w nauce?

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną