Małpy, czyli skąd się wzięła moralność

Małpa na biegunach
Rozmowa z prof. Fransem de Waalem, biologiem, prymatologiem, o zwierzęcej moralności
Frans de Waal/Emory University Wikipedia

Marcin Rotkiewicz: – Od dawna wykracza pan dość daleko poza swoją naukową dziedzinę. Świadczą o tym choćby tytuły dwóch ostatnich pańskich książek: „Primates and Philosophers. How Morality Evolved” (Naczelne i filozofowie. Jak wyewoluowała moralność) i „The Age of Empathy” (Era empatii).

Frans de Waal: – Rzeczywiście, trochę to tak wygląda, jakbym ostatnio sporo filozofował. To przypadek. Po prostu w ostatnich latach coraz częściej uczestniczę w dyskusjach, w których biorą też udział ekonomiści, antropolodzy i właśnie filozofowie, więc siłą rzeczy muszę wkraczać na ich pola.

Czego dotyczą te dysputy?

Źródeł ludzkiej moralności.

Co ma z tym wspólnego pańska profesja?

Badając zachowania m.in. szympansów, można dowiedzieć się wiele np. o korzeniach naszej życzliwości dla innych.

Bada pan, czy małpy są w jakimś stopniu moralne?

Z grubsza można by to również tak określić. Zjawisko agresji wśród naczelnych było pierwszym obiektem moich studiów. Później zainteresowałem się również rozwiązywaniem konfliktów i współpracą wśród małp. Na dodatek w 1980 r. wydarzyło się coś, co mną wstrząsnęło i ostatecznie popchnęło w tym kierunku. Kończyłem właśnie badania nad szympansami w ogrodzie zoologicznym w Arnhem i miałem niedługo przenieść się do USA. Pewnego ranka zatelefonowano do mnie z zoo, że coś niedobrego stało się z jedną z małp. Kiedy dotarłem na miejsce, okazało się, że mój ulubiony szympans o imieniu Luit leży w klatce w kałuży krwi. Natychmiast zabraliśmy go do sali operacyjnej, gdzie weterynarz założył kilkaset szwów. Luit był jednak tak ciężko poraniony – m.in. pozbawiono go jąder – że nie wybudził się już z narkozy.

Kto i dlaczego go zabił?

Do tragicznego finału doprowadził cały ciąg zdarzeń, wiele mówiących o społecznej naturze szympansów. Opisałem to zresztą w pierwszej książce „Chimpanzee Politics: Power and Sex Among Apes” (Polityka szympansów. Władza i seks wśród małp człekokształtnych). Otóż Luit był bardzo inteligentnym i potężnie zbudowanym samcem. Bezdyskusyjnym kandydatem na przywódcę stada, tzw. samca alfa. Trzeba jednak pamiętać, że wśród szympansów naga siła nie wystarcza do wspinania się w hierarchii społecznej – najwyższy rangą samiec może utrzymać swoją pozycję tylko dzięki poparciu innych osobników. Jednym z samców w zoo w Arnhem był starszy, wpływowy i przebiegły – bo potrafił sprytnie przerzucać swoje wsparcie – osobnik o imieniu Yeroen. Szczerze nienawidził Luita, który zdetronizował go kilka lat wcześniej. I Yeroen zmontował koalicję. Dogadał się z młodym, dość silnym osobnikiem o imieniu Nikkie, który również miał spore aspiracje przywódcze. W pojedynkę żaden z nich nie dałby rady Luitowi, ale we dwóch dość szybko go obalili. Samcem alfa stał się młody Nikkie, wspierany przez szarą eminencję Yeroena.

Na czym opierał się ich układ?

Bycie przywódcą stada oznacza przede wszystkim wyjątkowe przywileje seksualne. Nikkie odganiał inne samce od najlepszych samic, z którymi chętnie kopulował, ale dla Yeroena robił wyjątek. To była zapłata za wsparcie. Władza jednak deprawuje i Nikkie w ciągu czterech lat swoich rządów stawał się coraz bardziej pewny siebie i w którymś momencie postanowił renegocjować warunki umowy, czyli ograniczyć przywileje seksualne poplecznika. Wewnętrzne walki trwały miesiącami i zakończyły obrażeniem się Yeroena. Luit szybko to wykorzystał i wrócił do władzy. Radził sobie świetnie – był popularny wśród samic i władał zgodnie z zasadą dziel i rządź, wspierając raz jednych, raz drugich, by nie dopuścić do powstania zagrażającej mu koalicji.

Nikkie i Yeroen wyglądali na pogrążonych w depresji. Dlatego odnowienie sojuszu i bunt wydawały się kwestią czasu. Spodziewałem się detronizacji Luita, ale nie przypuszczałem, że będzie miała tak krwawy finał. Na noc szympansy zamykaliśmy w specjalnych pomieszczeniach – samce i samice osobno. I to była jedna z przyczyn tragedii. Samice potrafią bowiem rozdzielić walczące samce.

Czyli Nikkie i Yeroen pogodzili się i zatłukli rywala na śmierć?

Tak. To musiał być perfekcyjnie skoordynowany atak. Nikkie miał tylko kilka powierzchownych zadrapań, a szczwany lis Yeroen wyszedł z walki bez jednego draśnięcia. Nigdy nie dowiemy się, co dokładnie działo się w klatce. Można przypuszczać, że Yeroen obezwładnił i przygniótł do ziemi Luita, a Nikkie skakał po nim i gryzł.

Czy takie zbrodnie to coś wyjątkowego wśród szympansów?

Raczej rzadkiego, zwłaszcza u tych żyjących na wolności. Szympansy znane są z tego, że w kilka napadają na pojedynczych samców, należących do obcej grupy zamieszkującej sąsiednie terytorium. Tego typu akcje często kończą się śmiercią ofiary ataku. Natomiast walki wewnątrz grupy nie są tak krwawe.

To ciekawe, że historia Luita nie popchnęła pana do zgłębiania wyłącznie ciemnej strony małp i ludzi. Pan zrobił wręcz coś przeciwnego – zaczął bronić naszej wrodzonej dobroci.

Nigdy nie łudziłem się, że szympansy czy inne naczelne, w tym ludzie, to anioły. Małpy bywają brutalne, ale mają też dobre, empatyczne oblicze. Dlatego irytuje mnie, gdy szukamy w ich zachowaniach wyłącznie źródeł ludzkiej agresji i wojen. Dlaczego nie widzimy w naszych najbliższych kuzynach protoplastów altruizmu, współczucia i wszystkich tych dobrych cech, którymi się tak chlubimy?

Bo to, co zwierzęce, od wieków uznawane jest za bezrozumne, prymitywne i groźne.

Niestety, tak. Sporo złego w tej sprawie zrobił Thomas Huxley, biolog, przyjaciel Darwina i żarliwy obrońca jego teorii, stąd też nazywany buldogiem Darwina. Głosił on, że przyroda jest pełna śmierci, bezwzględności i cierpienia. Sposób patrzenia Huxleya na nasz gatunek znalazł odzwierciedlenie np. we freudowskiej psychoanalizie, m.in. w postaci konfliktu pomiędzy tym, co nieuświadomione, a tym, co świadome. Do tego należałoby również dodać popularność poglądów Thomasa Hobbesa – jego słynne zdanie, że „człowiek człowiekowi wilkiem”. Na to wszystko nakłada się jeszcze cała tradycja filozoficzna – nazwijmy ją kantowską – podkreślająca prymat rozumu, a nie uczuć podczas podejmowania decyzji moralnych. Na tej glebie wyrosły w ostatnich dziesięcioleciach teorie biologów, których sztandarowym przykładem jest słynny „samolubny gen” Richarda Dawkinsa. W ten sposób mamy cały nurt myślenia, który nazywam teorią cienkiej warstwy. Głosi ona, że człowiek do szpiku kości jest zły i jedynie owa cienka warstwa racjonalności pozwala nam być cywilizowanymi, moralnymi istotami, z trudem panującymi nad własną zwierzęcą naturą.

Czy jednak w ewolucji biologicznej nie chodzi wyłącznie o powielenie własnych genów, często kosztem innych? Trudno wyobrazić sobie bardziej egoistyczny i bezwzględny proces.

Ależ oczywiście, że liczy się tylko sukces jednostki. Jednak okazuje się, że nawet tak skrajnie egoistyczny proces może prowadzić do współpracy, bo to się po prostu opłaca. W latach 60. i 70. ubiegłego wieku dokonała się pewnego rodzaju rewolucja w biologii. Kilku naukowców wykazało, że po pierwsze, chętnie poświęcamy się dla członków własnej rodziny, bo oni są nosicielami naszych genów. A po drugie, że altruizm odwzajemniony – czyli ja pomogę dziś tobie, a ty jutro mnie, nawet jeśli nie jesteśmy połączeni więzami krwi – się opłaca.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną