Nauka

Naukowcy Pana Boga

Jak połączyć religię z nauką?

Skład Papieskiej Akademii Nauk jest imponujacy - należy do niej światowa czołówka genetyków, fizyków, lekarzy, biologów i astronomów. Skład Papieskiej Akademii Nauk jest imponujacy - należy do niej światowa czołówka genetyków, fizyków, lekarzy, biologów i astronomów. Mirosław Gryń / Polityka
Papieskie uniwersytety, obserwatorium astronomiczne i grupa 80 najwybitniejszych uczonych z całego świata – w tym całkiem spora grupa ateistów, muzułmanów i buddystów. Nikt nie może zarzucić, że Watykan boi się nauki.
Członek Papieskiej Akademii Nauk, profesor Michał Heller, jest jedynym Polakiem uhonorowanym Nagrodą Tempeltona przyznawaną za pokonywanie barier między nauką a religią.Anna KAczmarz/Dziennik Polski/Reporter/EAST NEWS Członek Papieskiej Akademii Nauk, profesor Michał Heller, jest jedynym Polakiem uhonorowanym Nagrodą Tempeltona przyznawaną za pokonywanie barier między nauką a religią.

Artykuł w wersji audio

Na pierwszy rzut oka wyglądają na słabo dobraną parę. Niezgodność charakterów, konflikt wartości, problem komunikacyjny. A jednak nauka i religia nie przekreślają swego związku i wciąż na nowo próbują budować relacje. „Nauka bez religii jest ułomna, religia bez nauki jest ślepa” – napisał w latach 30. Albert Einstein w jednym z esejów opublikowanych w „New York Timesie” (zebranych w książce „The world I see it”). Wygląda na to, że całkiem podobnie myśli sam papież. Pozwala bowiem naukowcom panoszyć się po Watykanie i mówić Jego Świątobliwości, co sądzą na temat ewolucji, genetyki, badania kosmosu, medycyny. Nie wymaga się przy tym od uczonych wyznania wiary nie tylko katolickiej, ale w ogóle żadnej. Choć może w cichości ducha Kościół liczy na jakieś nawrócenia. Bo w końcu – jak pisał dalej Einstein – „w tym materialistycznym wieku jedynymi głęboko wierzącymi są naukowcy”.

Nobel i cnotliwe życie

Papieska Akademia Nauk poparła żywność genetycznie modyfikowaną (GMO)! – ekscytują się media. Ogłoszono to w opublikowanym niedawno zapisie sesji z maja 2009 r., zorganizowanej z inicjatywy tej watykańskiej instytucji. Pod dokumentem podpisało się 40 naukowców – siedmiu członków Papieskiej Akademii i 33 ekspertów z zewnątrz. W środku – naprawdę rewolucyjne stwierdzenia: nie ma nic groźnego w stosowaniu inżynierii genetycznej w celu poprawy upraw. Produkty transgeniczne są tak bezpieczne jak otrzymane w wyniku naturalnej hodowli. Należy złagodzić obostrzenia dotyczące GMO, bo blokują dostęp do tej technologii krajom najbiedniejszym, więc najbardziej potrzebującym. Rozwój tej gałęzi rolnictwa hamują uprzedzenia, których nie brak w samym Kościele.

Trudno się dziwić, że takie słowa padające ze strony Stolicy Apostolskiej wywołały spore poruszenie. „Galileusz przeniósł się właśnie do Watykanu” – zażartował nawet włoski minister rolnictwa. Watykański rzecznik zareagował na to szybko, zwracając uprzejmie, acz stanowczo uwagę, że zdanie Papieskiej Akademii Nauk nie jest oficjalnym stanowiskiem Kościoła, ale tylko opinią przedstawioną przez jego niezależnych doradców. Nie pierwszy raz Watykan musi się nieco dystansować do poglądów swoich akademików. Podobnie było choćby w 1994 r., kiedy robocza grupa uczonych wydała dokument, w którym zwracała uwagę na konieczność ograniczenia przyrostu naturalnego na świecie. Papiescy urzędnicy długo musieli tłumaczyć mediom, że to, co mówią naukowcy, nie zawsze zgadza się z tym, co uważa Ojciec Święty. Po co więc papieżowi taki kłopot, jak brygada 80 wolnomyślicieli?

Skład Papieskiej Akademii Nauk jest naprawdę imponujący: światowa czołówka genetyków, fizyków, lekarzy, biologów, astronomów i kogo tam jeszcze – bez względu na pochodzenie czy wyznawaną wiarę (lub jej brak). Nobliści (w sumie było ich blisko 60) i inni badacze ze wszystkich stron świata zasiadają w tym gremium na osobiste zaproszenie papieża. Warunek, poza wybitnymi osiągnięciami naukowymi, jest w zasadzie jeden: moralne prowadzenie się (choć brak jasnej definicji tego wymogu), w sprawie którego watykańscy wysłannicy przeprowadzają małe dochodzenie. Plotka głosi, że właśnie romanse Einsteina i jego wypowiedzi w stylu: „Małżeństwo jest wbrew naturze – to niewolnictwo w kulturowym przebraniu” – skutecznie zablokowały uczonemu członkostwo w Akademii.

A to naprawdę niezwykły twór: dzięki niemu w Watykanie spotykali się naukowcy z wrogich krajów, a żydowscy uczeni mogli podczas wojny publikować wyniki swoich prac. Zasiadali tu Giuglielmo Marconi, Niels Bohr, Max Planck, Erwin Schrödinger czy odkrywca penicyliny Alexander Fleming. Dziś można tam spotkać między innymi Stevena Hawkinga, do którego nie zraził kościelnych dostojników nawet jego otwarty antyklerykalizm i ateizm. Wśród wybitnych postaci znajdziemy też trzech Polaków: wybitnego astrofizyka, księdza prof. Michała Hellera, matematyka prof. Czesława Olecha i lekarza prof. Andrzeja Szczeklika (patrz ramka na s. 94). Co tam robią wszyscy ci ludzie?

W największym skrócie: gotowce dla papieża. Lektura dokumentów przygotowanych przez akademików naprawdę zapiera dech w piersiach. Jest tam podsumowanie najnowszych badań niemal we wszystkich dziedzinach wiedzy – od karmienia piersią, przez trzęsienia ziemi, komórki macierzyste, zmiany klimatu, po ekspansję Wszechświata, o ewolucji nie wspominając. To trochę taka naukowa prasówka (polecamy stronę http://www.vatican.va/roman_curia/pontifical_academies/acdscien/). Ojciec Święty i jego kardynałowie, jeśli tylko chcą, mogą mieć naprawdę niezłą orientację w postępach nauki.

Św. Franciszek od UFO

Czy jednak Kościół katolicki jako taki prowadzi jakieś badania, czy tylko przygląda się nauce? Oczywiście pod jego patronatem działa spora liczba uczelni teologicznych i papieskich uniwersytetów. Jednak największej sławy na naukowej niwie przysparza mu... maleńki kawałek prawdziwego naukowego raju. Bo jak inaczej nazwać naukową instytucję, której członkowie nie muszą martwić się o finansowanie, pisać wniosków o granty, rozliczać się z funduszy unijnych? A do tego mogą godzinami gapić się w niebo. I to za pomocą bardzo nowoczesnych teleskopów. Mowa, oczywiście, o papieskim obserwatorium astronomicznym, które wszyscy kojarzą z letnią rezydencją papieża w Castel Gandolfo. Jego początki sięgają czasów, gdy papież Grzegorz XIII postanowił zreformować kalendarz i wybudował wieżę do obserwacji astronomicznych.

Dziś jednak, ze względu na duże „zanieczyszczenie” włoskiego nieba światłem, główną siedzibą watykańskich astronomów stało się Tucson w Arizonie. Tu w 1980 r. przy Uniwersytecie Arizony powstała grupa robocza VORG (Vatican Observatory Research Group). Ok. 160 km od Tucson wybudowano na Mount Graham nowoczesny teleskop VATT (Vatican Advanced Technology Telescope), którego pracę zainaugurowano w 1993 r. Pracujący tu astronomowie to kilkunastu jezuitów. Niech nas jednak nie zwiodą ich tradycyjne habity – są to wysokiej klasy specjaliści, którzy kończyli studia na najlepszych uczelniach. Znajdziemy tu absolwentów uniwersytetu Stanforda, Oxfordu, Cambridge, Harvarda czy MIT.

Do 2006 r. przez wiele lat tą naukową placówką kierował ojciec George Coyne (patrz POLITYKA 8/03), niedoszły astronauta (przeszedł pełny trening w programie Apollo), specjalista od obserwacji gwiazd zmiennych i poszukiwacz dysków protoplanetarnych. Kiedy papież Benedykt XVI zastąpił go Argentyńczykiem José Funesem (jego specjalność to badanie galaktyk), w amerykańskiej prasie zaszumiało. Dziennikarze łączyli tę decyzję z krytyką, jakiej Coyne poddał opublikowany na łamach „New York Timesa” artykuł kard. Christopha Schönborna, w którym ten ostatni pokazał się jako zwolennik tzw. inteligentnego projektu – koncepcji filozoficznej stojącej w opozycji wobec teorii ewolucji. W jezuicie się zagotowało. „Inteligentny projekt nie jest teorią naukową – wyjaśniał na konferencjach i w mediach. – Nie opiera się na procedurach metody naukowej. Myślę też, że powinniśmy wreszcie skończyć z wizją newtonowskiego Boga, który, według wyobrażeń niektórych, stworzył Wszechświat niczym zegarek tykający od tamtej pory wciąż z tą samą regularnością”.

Następca Coyne’a szybko zyskał zainteresowanie mediów, mówiąc w wywiadzie dla „L’Osservatore Romano”, że można jednocześnie wierzyć w Boga i istnienie istot pozaziemskich. „Tak jak istnieje mnogość stworzeń na Ziemi, tak gdzieś mogą być inne istoty, także inteligentne, stworzone przez Boga” – stwierdził astronom, wyrażając przekonanie, że nie stoi to w sprzeczności z wiarą. „Jeśli za świętym Franciszkiem uważamy ziemskie stworzenia za braci i siostry, czemu nie moglibyśmy mówić także o bracie pozaziemskim?” – pytał retorycznie. Prasa zareagowała błyskawicznie: „Można wierzyć w Boga i istoty pozaziemskie” – głosiły tytuły tekstów. „Watykan nie wyklucza istnienia UFO!”. Nie była to może specjalnie dojrzała reakcja, ale trudno zdobyć się na wyrozumiałość wobec przedstawiciela instytucji, która zupełnie niedawno (i nie całkiem do końca) zrehabilitowała Galileusza.

Dlaczego Kościół wykłada pieniądze na funkcjonowanie takiej instytucji jak watykańskie obserwatorium? – dociekają niejednokrotnie dziennikarze. Wyjaśnienie wydaje się proste. Bo astronomia nie budzi etycznych wątpliwości jak medycyna czy biologia. „Jest w tym także zamysł polityczny” – wyjaśnia w wywiadzie udzielonym pismu „Astrobiology Magazine” brat Guy Consolmagno, rzecznik obserwatorium (specjalista od meteorytów). „Kościół chce pokazać światu, że nie boi się nauki. Że nie obawia się dialogu między nauką a wiarą. A astronomia jest do tego bardzo bezpiecznym terytorium. Śledząc spory na temat komórek macierzystych, definicji śmierci czy badań nad in vitro, naprawdę cieszę się, że jestem astronomem. Inwestycja w planetarium to próba zmiany wizerunku Kościoła, postrzeganego jako hamulcowy nauki”. Zresztą wizerunku zawinionego przez to, że większość ludzi Kościoła nie ma o nauce i jej metodach żadnego pojęcia. Kształcenie w tym zakresie w seminariach duchownych pozostawia wiele do życzenia.

Mimo więc starań Kościoła, by poprawić ten wizerunek, jest mało prawdopodobne, że ze statystycznym proboszczem porozmawiamy o fizyce kwantowej (choć gotowiec na ten temat wisi na stronach Papieskiej Akademii Nauk zupełnie za darmo, napisany prostym językiem i sygnowany największymi nazwiskami tej dziedziny). Przykład idący z góry niewiele tu zmienia – mało kto wie na przykład, że częstymi towarzyszami wypraw narciarskich biskupa, a następnie arcybiskupa Karola Wojtyły byli fizycy. Prowadzone w czasie tych wypraw rozmowy dały początek systematycznym spotkaniom filozofów z naukowcami, które odbywały się w Pałacu Arcybiskupim przy ul. Franciszkańskiej w Krakowie, a po wyborze Karola Wojtyły na papieża – w Castel Gandolfo.

Obraza ludzkiej godności

Tyle o uczuciach religii do nauki. A jak wyglądają odwrotne relacje? Wśród uczonych są tacy, dla których to światy nie do pogodzenia – jak brytyjski etolog i ewolucjonista Richard Dawkins czy amerykański fizyk, noblista Steven Weinberg z University of Texas. Ten ostatni nie waha się używać mocnych słów. „Religia to obraza ludzkiej godności – mawia. – Jest tylko pospolitym produktem procesów fizykochemicznych zachodzących w naszym mózgu, które pewnego dnia zostaną wyjaśnione przez prawa fizyki, tak samo jak potrafimy dziś wyjaśnić zmiany pogody”.

Sporo jest jednak i takich, którzy wyznają tzw. zasadę NOMA. Sformułował ją słynny, nieżyjący już amerykański antropolog, ewolucjonista Stephen Jay Gould. Oto jego teza: „Nauka i religia stanowią całkowicie odrębne dziedziny umysłowej aktywności, pomiędzy którymi nie ma ani logicznego konfliktu, ani relacji wzajemnego podporządkowania. Nauka próbuje udokumentować faktyczny charakter naturalnego świata oraz stworzyć teorie wyjaśniające fakty. Religia natomiast operuje w równie ważnej, choć całkowicie odmiennej domenie ludzkich dążeń, znaczeń i wartości, na które nauka rzucić może pewne światło, lecz nigdy nie zdoła zaproponować jednoznacznych rozstrzygnięć”. Obie te dziedziny powinny zachować wobec siebie pełną respektu nieingerencję, są bowiem NOMA (z angielskiego: Non-Overlapping Magisteria – niezachodzącymi na siebie obszarami dociekań).

Takie dyplomatyczne ujęcie zdaje się bliskie oficjalnej nauce Kościoła katolickiego. Już papież Pius XII w 1950 r., w encyklice „Humani generis”, stwierdzał, że badania ewolucji człowieka (z zastrzeżeniem, że zasada ta nie dotyczy duszy) pozostają poza zakresem kompetencji Kościoła. Kilkadziesiąt lat później Jan Paweł II w encyklice „Fides et ratio” porównał nawet rozum (a więc także naukę) i wiarę do dwóch skrzydeł, za pomocą których wznosimy się do Boga.

Bóg jest logiką

Tymczasem przeprowadzona w 1997 r. wśród amerykańskich badaczy ankieta (jej autorami było dwóch psychologów – Edward Larson i Larry Whiteman) pokazała jasno: spośród 40 proc. naukowców, którzy określili się jako wierzący, największa grupa to przedstawiciele nauk ścisłych. Dziwne? Już dawno Galileusz powiedział, że matematyka jest alfabetem, za pomocą którego Bóg opisał Wszechświat.

Anegdota głosi, że najwięcej religijnych nawróceń notuje się wśród fizyków kwantowych. Wszak teoria Wielkiego Wybuchu została stworzona w 1927 r. przez katolickiego księdza, belgijskiego astrofizyka Georges’a Lemaitre’a. Wśród nawróconych znalazł się m.in. Charles Townes, który w 1964 r. dostał Nagrodę Nobla za wynalezienie lasera. Pobożny sir John Houghton, fizyk zajmujący się zmianami klimatu, z równym zacięciem badał efekt cieplarniany, jak i efektywność modlitw. Nauka doprowadziła do religii także Rusella Stannarda z brytyjskiego Open University. „Jeśli elektron może być jednocześnie cząstką i falą – rzekł on podobno – to Chrystus może być jednocześnie istotą ludzką i boską”.

Teolodzy jednak z niechęcią odnoszą się do takiego wiązania Boga ze zjawiskami czy konkretnymi zdarzeniami w fizyce. To zapychanie dziur Bogiem – mówią – wyjaśnianie ingerencją siły nadprzyrodzonej tych elementów, których nie rozumiemy. – Stwierdzenie, że Bóg kieruje elektronami lub stwarza świat w Wielkim Wybuchu, niebezpiecznie zbliża się do zabobonów – mówi ks. prof. Michał Heller. – Na początku nauki nowożytnej był nawet okres tzw. fizykoteologii. Twórcy nowej nauki, z Newtonem na czele, uważali, że odgrywają bardzo ważną rolę teologiczną. Błąd fizykoteologii polegał na tym, że tam, gdzie nauka nie dawała odpowiedzi, wpychano Pana Boga. Gdy nauka z czasem wypełniała jakiś obszar, Bóg już przestawał być potrzebny.

Nie znaczy to jednak wcale, że śladów Pana Boga nie można szukać uprawiając naukę. Obecność Boga w świecie przejawia się w jego niezwykłej racjonalności, tłumaczy zapytany o to ks. Heller. Zastrzega przy tym od razu, że przyroda nie jest racjonalna w takim sensie, w jakim racjonalny może być człowiek. Ale można ją racjonalnie badać. Ta racjonalność jest typu matematycznego. To przekonanie leży u podstaw każdej nauki. Dlatego można z nią prowadzić dialog, zadawać jej pytania i oczekiwać odpowiedzi. Odpowiada na pytania, gdy zadamy je w języku matematyki. – Leibnitz powiedział, że Bóg jest logiką – tłumaczy ksiądz profesor. – Według niego, matematyka to są myśli Pana Boga. Świat jest wynikiem Jego rachunków. Podobnie sądził św. Augustyn. W tym kierunku należy szukać śladów Boga w świecie. Cała rzeczywistość jest wielkim śladem Boga i to przejawia się w racjonalności Wszechświata.

Religijność naukowców

Czy zatem mariaż nauki i religii jest możliwy? Obie strony naprawdę się starają. Od połowy XX w. religia podejmuje dialog z nauką. Od końca lat 60. XX w., kiedy sposób postrzegania świata zmienił się z pozytywistycznego w bardziej nowoczesny, wzrasta zainteresowanie naukowców teologią. Powstaje wiele towarzystw teologiczno-naukowych, fundowane są nagrody, jak choćby ustanowiona w 1972 r. nagroda Templetona, przyznawana corocznie człowiekowi, który wykazał się działaniem na rzecz pokonywania barier pomiędzy nauką a religią. Jej laureatem jest m.in. ks. prof. Michał Heller.

Warto też pamiętać, że Kościół – przy rozmaitych porażkach na tej niwie, kojarzonych głównie z wielką inkwizycją – ma też spore zasługi dla rozwoju nauk. Pierwszymi geologami byli jezuici – zasłużyli się tu do tego stopnia, że sejsmologię nazywano potem długo jezuicką nauką. Botanik i chemik (w owych czasach właściwie alchemik) Albert Wielki był dominikaninem, Roger Bacon – jeden z najwcześniejszych europejskich zwolenników nowoczesnej metody naukowej – to franciszkanin. Człowiek, który pierwszy udowodnił, że Słońce jest gwiazdą i zapoczątkował badania widm gwiazd – Angelo Secchi – należał do zakonu jezuitów, a prekursor genetyki Gregor Mendel był augustianinem.

Czy zatem nauce naprawdę tak daleko do religii? – Obie są wytworem ludzkiej kultury – mówił niedawno podczas debaty przyrodników z humanistami neurobiolog prof. Jerzy Vetulani. Trudno się zatem dziwić, że u podstaw obu leży w zasadzie to samo pragnienie człowieka: kontakt z tajemnicą świata, zachłyśnięcie się procesem badawczym i dialog ze Wszechświatem. Na tym polega religijność naukowców, o której mówił Albert Einstein. Religijność – trzeba przyznać – zwykle bezkonfesyjna.

Nauka tłumaczy świat, religia mówi, jak w nim żyć. I jeśli każda z tych dziedzin zostawi drugiej jej własną przestrzeń i szacunek dla odmienności – ich małżeństwo jest do uratowania. Nawet pomimo poważnej niezgodności charakterów.

Okiem akademika

Prof. dr Andrzej Szczeklik jest od 1994 r. członkiem Papieskiej Akademii Nauk. Pracuje w II Katedrze Chorób Wewnętrznych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prowadzi badania z zakresu kardiologii i pulmonologii. W 1975 r. przedstawił teorię rozwoju częstej postaci astmy oskrzelowej, tzw. astmy aspirynowej, która została powszechnie przyjęta. W latach 70. zajmował się prostacykliną (hormonem obniżającym ciśnienie krwi) i przyczynił się do wprowadzenia jej analogów do terapii. W 1997 r. za odkrycia z zakresu genetyki otrzymał nagrodę czasopisma „Lancet”, a rok później Nagrodę Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, zwaną popularnie polskim Noblem. Jest pisarzem, eseistą.

– Papieska Akademia Nauk daje mi sposobność do niezwykłych spotkań. Wyznanie czy pochodzenie akademików nie ma znaczenia. Liczy się ocena ich dokonań. Raz na dwa lata zbieramy się na sesjach ogólnych. Na przełomie października i listopada właśnie zakończyła się kolejna, jej tematem były przełomowe odkrycia końca XX i początku XXI w. Sesja taka trwa 3–4 dni, w czasie których mieszkamy i rozmawiamy w ogrodach watykańskich. W tym czasie odbywa się także spotkanie z papieżem, podczas którego Ojciec Święty wygłasza niedługi wykład do akademików. Ja opowiadałem w tym roku o odkryciach związanych z funkcjonowaniem naczyń krwionośnych, o przełomowych badaniach w tej dziedzinie (np. odkryciu prostacykliny, w czym wiodącą rolę odegrał prof. Ryszard Gryglewski). Efektem takiego spotkania jest zawsze publikacja książkowa.

Jako jedną z bardziej burzliwych wspominam sesję poświęconą teorii ewolucji – jeszcze za pontyfikatu Jana Pawła II. Dość stanowczo zachowywała się wtedy wobec papieża grupa uczonych, domagająca się kategorycznego uznania teorii Darwina przez Kościół. Manifestowali w tej sprawie także rzymscy studenci. Papież ogłosił wtedy podczas audiencji generalnej, że teoria ewolucji nie stoi w sprzeczności z wiarą katolicką.

Poza sesją ogólną, na którą zjeżdżają się wszyscy akademicy, odbywają się także spotkania w podgrupach roboczych. Ich częstotliwości nikt nie wyznacza, zależy ona od zaangażowania samych zainteresowanych. Niezwykle aktywną grupę stanowią np. uczeni zajmujący się neurobiologicznymi podstawami rozwoju dziecka oraz astrofizycy. Bywa, że spotykają się nawet dwa razy do roku.

Członkostwo w Papieskiej Akademii jest dożywotnie. Kiedy rozważa się przyjęcie nowych akademików, wyszukuje ich międzynarodowy komitet naukowy. Potem przechodzą wielostopniową weryfikację, aż wreszcie każdy z członków dostaje pełne dossier takich kandydatów. Następnie głosujemy w sposób tajny. Decyduje większość głosów. Ostatnią instancją zatwierdzającą wybór jest papież.

Polityka 52.2010 (2788) z dnia 25.12.2010; Nauka; s. 92
Oryginalny tytuł tekstu: "Naukowcy Pana Boga"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rzeź ptaków

Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.

Joanna Podgórska
05.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną