Bliski kosmos bez tajemnic

Łazikiem i sondą
Rozpoczyna się wzmożony atak na tajemnice planet, planetoid i komet. Czeka nas wysyp nowych odkryć?
Model Układu Słonecznego.
Corbis

Model Układu Słonecznego.

W marcu tego reoku sonda Messenger wejdzie na orbitę Merkurego.
IPL/NASA

W marcu tego reoku sonda Messenger wejdzie na orbitę Merkurego.

Sonda Juno pokazana na tle Jowisza.
IPL/NASA

Sonda Juno pokazana na tle Jowisza.

W pierwszych dniach jesieni dyrektor badań planetarnych NASA James Green proklamował okres od minionego października do sierpnia 2012 r. Rokiem Układu Słonecznego (RUS). Nie, nie ma tu żadnej pomyłki: chodzi o prawie dwukrotnie dłuższy od ziemskiego rok marsjański! Oficjalnym powodem tej inicjatywy jest czekające nas rekordowe nagromadzenie startów, przelotów, wejść na orbitę i lądowań – jednym słowem wszystkiego, co robią sondy planetarne. Tych kosmicznych atrakcji ma być w RUS aż trzykrotnie więcej niż w jakimkolwiek minionym okresie podobnej długości.

Co kometa ma w środku?

Odwołując się do roku marsjańskiego, NASA dyskretnie sugeruje, że czuje się w Układzie Słonecznym jak w domu. Trudno mieć jej to za złe – wśród kilkunastu wyliczonych przez Greena misji tylko jedna nie została zaplanowana w USA. Ale trudno też oprzeć się wrażeniu, że RUS ma podtekst wyraźnie piarowski: poprawia wizerunek agencji, mocno nadszarpnięty wskutek wycofania promów kosmicznych ze służby i jednoczesnej rezygnacji z programu Constellation (obejmującego m.in. załogowe loty na Księżyc, a w dalszej perspektywie na Marsa). W następstwie tych decyzji NASA przez dobrych kilka lat nie będzie dysponowała własnymi statkami załogowymi, co oznacza, że amerykańscy astronauci latający na Międzynarodową Stację Kosmiczną będą całkowicie uzależnieni od rosyjskich Sojuzów. Nie wgłębiając się w motywy ogłoszenia RUS, trzeba przyznać, że program zapowiedziany przez Greena wygląda naprawdę interesująco i nie zmienia tego fakt, że pierwsze wydarzenia mamy już za sobą.

4 listopada sonda Deep Impact przeleciała w odległości 700 km od jądra komety Hartley 2, fotografując jego powierzchnię i badając wyrzucane z niego gazy. Jeśli nazwa Deep Impact wydaje się komuś znajoma, to słusznie: 4 lipca 2005 r. ta sama sonda „zbombardowała” jądro komety Tempel 1, zrzucając na nie pocisk o masie prawie 400 kg. Przekonaliśmy się dzięki temu, że powierzchniowe warstwy tego obiektu mają gęstość i konsystencję świeżo nawianej zaspy. Dodajmy, brudnej zaspy, w której drobniutkie płatki śniegu są wymieszane z równie drobnymi pyłami, składającymi się głównie z węglanów, krzemianów i minerałów ilastych. Jądra komet to swego rodzaju skamieniałości z epoki formowania się planet, dające planetologom praktycznie jedyną szansę odtworzenia najwcześniejszych etapów ewolucji Układu Słonecznego. Ponieważ okazało się, że są to obiekty niezwykle różnorodne, zainteresowanie nimi nie słabnie i Hartley 2 jest już piątą kometą obejrzaną z bliska przez sondy kosmiczne. Od poprzednio zbadanych (oprócz Tempel 1, były to Halley, Borrelly oraz Wild 2) odróżnia ją silnie wydłużone jądro i bardzo szybka utrata materii. Jeśli obecne tempo wypływu gazów się utrzyma, za niespełna tysiąc lat Hartley 2 po prostu zniknie.

Wenus - wielkie wyzwanie

Kolejną misję zaplanowali astrobiologowie z ośrodka w sercu Doliny Krzemowej – NASA Ames Research Center. Główną rolę w tym przedsięwzięciu gra ważący zaledwie 5,5 kg nanosatelita O/Oreos. 19 listopada wyniósł on na orbitę wokółziemską zarodniki bakterii oraz próbki różnych związków organicznych, by przez kilka miesięcy badać ich odporność na naświetlanie krótkofalowym promieniowaniem słonecznym i bombardowanie cząstkami o wysokiej energii. Jego głównym zadaniem jest nie tyle dostarczenie nowych danych, ile wykazanie możliwości prowadzenia skomplikowanych badań za pomocą taniej aparatury, w znacznej części lub nawet w całości skonstruowanej ze standardowych elementów dostępnych na rynku. Jeśli O/Oreos odniesie sukces, astrobiologowie użyją podobnych nanosatelitów do zbierania danych w dalszych rejonach kosmosu.

7 grudnia, po trwającej nieco ponad pół roku podróży, miała wejść na orbitę wokół Wenus japońska sonda Akatsuki (Jutrzenka). Niestety, manewr się nie udał: w krytycznej chwili zawiódł mechanizm dostarczający paliwo do silnika. Wielka szkoda, bo zaniedbaną przez naukowców Wenus znamy nieporównanie słabiej niż Marsa. Oddając im sprawiedliwość, trzeba powiedzieć, że jest ona obiektem wyjątkowo niewdzięcznym do badań. Bardzo gruba i całkowicie nieprzezroczysta atmosfera tej planety wywołuje silny efekt cieplarniany, przez co temperatura wenusjańskiego gruntu przekracza 450° C. Topi się tam zatem nie tylko cyna, ale i cynk. Przy ciśnieniu prawie 10 megapaskali (na Ziemi mamy z takim do czynienia kilometr pod powierzchnią oceanu) warunki stawiane sondom są do tego stopnia wyśrubowane, że od 1985 r. nie podjęto ani jednej próby lądowania. Jedynymi sondami, które miękko osiadły na powierzchni planety, były radzieckie próbniki z serii Wenus i Wega. Najdłużej działający z nich wytrzymał w tym piekielnym środowisku tylko nieco ponad dwie godziny.

Pod względem masy i rozmiarów Wenus jest bliźniaczką Ziemi; jest też naszą najbliższą kosmiczną sąsiadką. Wprawdzie znajduje się poza słoneczną ekosferą, czyli obszarem, w którym na powierzchniach planet mogą panować warunki umożliwiające rozwój życia, ale nikt nie wie, dlaczego jej losy potoczyły się aż tak dramatycznie. Akatsuki miała obfotografować w podczerwieni powierzchnię planety i poszukać na niej śladów aktywności wulkanicznej, uzupełniając w ten sposób informacje zbierane przez europejską sondę Wenus Express, która od kwietnia 2006 r. bada atmosferę i tektonikę tego tajemniczego globu. Być może nie wszystko jeszcze stracone – kierownictwo misji spodziewa się, że za sześć lat pechowa sonda uzyska szansę powtórzenia manewru.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną