Kosmos pełen niebezpieczeństw

Trudne życie na orbicie
„Chciałem się powiesić. Dobrze, że było to niemożliwe z powodu nieważkości” – zwierzył się Aleksandr Ławiejkin, który pół roku spędził w stacji kosmicznej Mir. W kosmosie najprostsze czynności stają się niesłychanie kłopotliwe.
Nieważkość stwarza mnóstwo problemów, których jeszcze nie potrafimy rozwiązać.
NASA

Nieważkość stwarza mnóstwo problemów, których jeszcze nie potrafimy rozwiązać.

Aleksandr Ławiejkin w stacji Mir. 1987 r.
Forum

Aleksandr Ławiejkin w stacji Mir. 1987 r.

Kosmonauta nie tylko musi być odporny na stres i cieszyć się ponadprzeciętnym zdrowiem, mieć mocne kości i nerki bez kamieni, ale również powinien nie chrapać, nie wydzielać nieprzyjemnego potu, nie mieć nieświeżego oddechu. Przydatny może okazać się upośledzony węch oraz pewne cechy charakteru, które japońscy specjaliści zajmujący się rekrutacją astronautów nazywają umiejętnością zachowania balansu. W praktyce oznacza to znalezienie osoby, która z jednej strony będzie podczas podróży kosmicznej udawać posłuszne dziecko, a z drugiej wykaże się samodzielnością i pomysłowością, aby w nieprzewidzianych okolicznościach umieć podejmować niezależne decyzje i móc liczyć na siebie.

O wiele trudniejsze od zapanowania nad fizjologią są w kosmosie problemy natury psychologicznej – przekonuje prof. Jerzy Achimowicz, szef współpracującej z NASA Pracowni Psychofizjologii Wojskowego Instytutu Medycyny Lotniczej w Warszawie. – Chodzi o interakcje między ludźmi, którzy podróżują w niewielkiej grupie i żyją na małej przestrzeni.

Pod Moskwą trwa już symulowana wyprawa na Marsa z udziałem sześciu mężczyzn, którzy na 520 dni zamknęli się w odciętej od świata kapsule. Naukowcy sprawdzają ich reakcje w sytuacjach krytycznych, obserwują, jak walczą ze stresem lub zwykłą nudą. Uciążliwe skutki uwięzienia w sztucznym środowisku to codzienność nie tylko załogowych lotów na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Bogatsze doświadczenie zebrano przy okazji wypraw na bieguny Ziemi. Okazuje się, że największym wyzwaniem podczas rocznego pobytu w stacji arktycznej nie jest aklimatyzacja do surowej pogody, lecz to, jak nieliczna grupa towarzyszy, którzy sami się nie dobierali, radzi sobie w warunkach całkowitej izolacji od świata.

Polecieć i wrócić

Pierwszym testem na kosmonautę nie musi być wcale kosztowny wyjazd na Antarktydę. Wystarczy gruby brulion, sznurek oraz podręcznik origami, czyli japońskiej sztuki składania papieru. Zadanie polega na wykonaniu tysiąca papierowych żurawi i nawleczeniu ich na długą nitkę, aby stworzyły łańcuch obrazujący chronologicznie pracę rąk. Agencja Badań Kosmicznych w Tokio właśnie tak sprawdza, czy kandydaci do podróży na orbitę okołoziemską są sumienni i potrafią sobie radzić z presją czasu. Przy dzisiejszym stanie technologii droga na Marsa zajmie 6–9 miesięcy, zaś opóźnienie transmisji radiowej wyniesie 20 minut.

Nie sztuką będzie wylecieć, lecz wrócić z takiej podróży – podkreśla prof. Mieczysław Wojtkowiak, konsultant w Zakładzie Fizjologii Lotniczej WIML, który przygotowywał do lotu w kosmos Mirosława Hermaszewskiego (rozmowa z polskim kosmonautą – POLITYKA 10). Sprowadzenie do domu ludzi z Marsa może być trudne, bo na razie nie ma technologii potrzebnej do startu rakiety z obcej planety, położonej 200 razy dalej niż Księżyc, na który lot trwa raptem trzy dni. Czy ma to być więc podróż tylko w jedną stronę? Niekoniecznie. Lecz trzeba przygotować się na przynajmniej roczny pobyt na Marsie, bo tyle czasu potrzeba, zanim obie planety ponownie znajdą się w odpowiedniej konfiguracji. Dlatego musimy nauczyć się odzyskiwać wodę, tlen, uprawiać jadalne rośliny, produkować substytuty zwierzęcego białka. – To akurat już potrafimy robić – mówi prof. Achimowicz. – Gorzej z ludzką wytrzymałością na życie w warunkach dalekich od ziemskiej atmosfery.

Na szczęście można już sprawdzić, jak zachowują się organizmy w tak ekstremalnej rzeczywistości. Wystarczy wybrać się na kanadyjską wyspę Devon na dalekiej Północy, w którą ok. 39 mln lat temu uderzył meteoryt. Pozostawił po sobie potężny krater, który dla przyszłych eksploratorów marsjańskiej planety stanowi najlepsze dziś na Ziemi pole treningowe. Wyspę odwiedziła amerykańska dziennikarka Mary Roach (znana z książek „Sztywniak” i „Bzyk”, w których ujawniła fantastyczny talent do opisywania naukowych eksperymentów). Tym razem jej podróż do jednego z centrów badawczych NASA, zlokalizowanych właśnie na wyspie Devon, zaowocowała wydaną również w Polsce książką „Ale kosmos!”, w której znów lekko i przystępnie opisała trudy radzenia sobie człowieka z nieważkością.

Na Marsie grawitacja jest, co prawda, dwa razy większa niż na Księżycu i tylko trzy razy mniejsza niż na Ziemi. Ale i swobodne unoszenie się w eksperymentalnej kapsule bez siły ciążenia było dla autorki jak zażycie heroiny: „Raz spróbujesz, a kiedy jest już po wszystkim, jedyne, o czym jesteś w stanie myśleć, to jak bardzo chcesz spróbować jeszcze raz”. Co innego jednak kilkunastominutowa zabawa, podczas której nagle okazuje się, że nie można robić notatek, a co innego wielodniowe życie bez grawitacji: przywiązywanie się do łóżek podczas snu, praca, jedzenie, mycie, korzystanie z ubikacji.

Dlaczego Roach to interesuje, skoro w kosmos się nie wybiera, gdyż jej na to nie stać (150 mln dol. zapłacił w styczniu 2011 r. anonimowy nabywca za bilet na pierwszy komercyjny lot wokół Księżyca, który już w 2015 r. zamierza zorganizować firma Space Adventures)? Otóż same agencje kosmiczne nie chcą zdradzać, co dzieje się w izolowanych symulatorach, w których przeprowadzają doświadczenia. Zachowują dyskrecję, bo wolą nie przyznawać się do problemów, na jakie wciąż natrafiają – w obawie przed obcięciem dotacji na kontynuację badań.

Ciemne strony nieważkości

Wycofanie się USA z wykorzystywania promów kosmicznych nie oznacza rezygnacji z marzeń o podboju kosmosu. Przeciwnie, prezydent Obama wyznaczył nowe cele: powrót człowieka na Księżyc, a w 2030 r. – wyprawę na Marsa. Ile przeciwności trzeba pokonać, by obie misje urzeczywistnić, dowiadujemy się właśnie od Mary Roach, która postanowiła przebadać laboratoria NASA, Europejskiej Agencji Kosmicznej oraz rosyjskiego Instytutu Problemów Biomedycznych. „Dla naukowców zajmujących się rakietami problemem jesteś ty – konstatuje już na samym początku autorka. – Twój chimeryczny metabolizm, słaba pamięć, twoja budowa i zmienność”. Nie każdy da sobie radę w tym frustrującym i niewdzięcznym środowisku. Rosjanin Aleksandr Ławiejkin, który pół roku spędził w stacji kosmicznej Mir, o swoich trudnych chwilach mówi bez ogródek: „Chciałem się powiesić. Dobrze, że było to niemożliwe z powodu nieważkości”.

Oto jedna z nielicznych zalet braku grawitacji. Bez grawitacji jednak planety i księżyce nie utrzymałyby się na swoich miejscach, woda uleciałaby w przestrzeń, nie powstałoby życie na Ziemi. Na skutek nieważkości organy wewnętrzne przesuwają się w górę klatki piersiowej, zmniejszając obwód pasa w sposób, którego nie zapewni żadna dieta. Włosy stają się bardziej puszyste, piersi mniej obwisłe. Wewnętrzne płyny zaokrąglają twarz i wygładzają rysy, a przy okazji likwidują zmarszczki skuteczniej niż najdoskonalsze kremy. Kosmiczny salon piękności? Niestety, są też komplikacje.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną