Czy w ogóle istnieje sprawiedliwość społeczna?

Niemoralność narodów
Rozmowa z Martą Soniewicką, laureatką Nagrody Naukowej POLITYKI, filozofką prawa, o tym, czy świat może być sprawiedliwy
Dr Marta Soniewicka, filozof prawa, laureatka tegorocznej Nagrody Naukowej POLITYKI.
Tadeusz Późniak/Polityka

Dr Marta Soniewicka, filozof prawa, laureatka tegorocznej Nagrody Naukowej POLITYKI.

Marcin Rotkiewicz: – Chyba rozmawiamy w wyjątkowo złym momencie z punktu widzenia problematyki, którą pani się zajmuje – globalnej sprawiedliwości. Świat pogrąża się w kryzysie, a niektórzy twierdzą nawet, że dotychczasowy porządek wali się w gruzy.
Marta Soniewicka: – Rzeczywiście, sytuacja na świecie zrobiła się bardzo interesująca, a chińskie przekleństwo mówi: obyś żył w ciekawych czasach.

Jest naprawdę tak niedobrze?
To, co się dzieje, budzi we mnie zarówno nadzieję, jak i niepokój. Na pewno następuje zmiana układu sił na świecie. Jak ktoś to celnie napisał: byliśmy niedawno świadkami wiosny arabskiej, a teraz przeżywamy jesień świata zachodniego. Ale to właśnie kryzysy wielokrotnie zmuszały ludzi do działania.

I budowy sprawiedliwszego świata? Dotychczas zajmowali się tym filantropi albo rewolucjoniści. Co tu ma do rzeczy prawo czy też filozofia prawa?
Sprawiedliwość, w przeciwieństwie do dobroczynności, zakłada, że ktoś ma roszczenie do uzyskania pomocy. Na przykład – ludzie głodują w Afryce; jeżeli uznamy to za niesprawiedliwe, to osoby cierpiące głód mogą domagać się uzyskania pomocy i egzekwować prawo do niej. Pytanie tylko, od kogo? Kwestia ta nie odnosi się zresztą wyłącznie do sprawiedliwości globalnej: w amerykańskim systemie prawnym pomoc np. ofierze wypadku jest obowiązkiem tylko moralnym i nieudzielenie jej nie jest karane prawnie. Inaczej niż w większości krajów europejskich, m.in. w Polsce, gdzie istnieje prawny obowiązek udzielenia pomocy.

A jak, pani zdaniem, powinno to zostać rozwiązane na poziomie globalnym?
Uważam, że istnieje możliwość i konieczność powołania instytucji ponadnarodowych, nadzorujących redystrybucję dóbr w pewnym podstawowym zakresie. Mówienie o tym, że wolny rynek załatwi sprawę, jest demagogią. Choćby dlatego, że istnieją kraje żyjące w pułapce ubóstwa – nędza jest tam tak wielka, że o własnych siłach się nie podźwigną.

Ale słychać także zupełnie przeciwne głosy. Amerykański ekolog Garrett Hardin sprzeciwia się pomocy; udzielając jej – twierdzi – wszyscy zbiedniejemy. Przywołuje przykład łodzi ratunkowych na morzu (symbolizujących państwa), prawie szczelnie wypełnionych, wokół których pływa mnóstwo ludzi (uciekinierów ze źle funkcjonujących krajów). Czy kogoś z nich należy wcisnąć na swoją łódź, jeśli ma się kilka wolnych miejsc? Jakie kryterium zastosować? Zdaniem Hardina nikogo nie należy zabierać na pokład. A jeśli ktoś na łodzi myśli inaczej, to niech wyskoczy i odda swoje miejsce.

Nikt w Polsce dotychczas tematyką globalnej sprawiedliwości społecznej się nie zajmował, tymczasem od lat 90. na świecie, zwłaszcza wśród filozofów amerykańskich, toczy się gorąca dyskusja. Zainspirowała mnie także lektura książki „Prawo ludów”, napisana przez zmarłego w 2002 r. Johna Rawlsa. To najbardziej znaczący filozof polityki w XX w., przede wszystkim za sprawą fundamentalnego dzieła „Teoria sprawiedliwości” z początku lat 70. Wprawdzie nie jestem rawlsistką, ale zgadzam się, że wymyślony przez Rawlsa eksperyment myślowy z tzw. sytuacją pierwotną był rewolucyjny dla filozofii polityki.

Na czym polegał?
Wyobraźmy sobie, że układamy życie własnego społeczeństwa. Spróbujmy znaleźć się za zasłoną niewiedzy – oto nie mamy pojęcia o naszej płci, pochodzeniu, statusie społecznym, miejscu narodzin (np. wieś czy miasto), talentach, planach życiowych itp. Jesteśmy więc w sytuacji pierwotnej i właśnie ona powinna stać się punktem wyjścia do rozważań na temat zasad, według których ułożymy owo życie społeczne.

Dlaczego?
Ponieważ może okazać się równie dobrze, że urodziliśmy się biednymi, upośledzonymi, jak i pięknymi oraz bogatymi. Mając taką perspektywę, przyjmiemy zasady, które zapewnią tym gorzej sytuowanym nie z ich winy jakieś minimum dóbr – edukację, opiekę społeczną czy inną pomoc państwa. Rawls uważa, że to jest racjonalne, gdyż bez tej zasłony niewiedzy członkowie np. grupy uprzywilejowanej będą głosić, że do wszystkiego powinno się dochodzić własną pracą, podatki ustawiać na najniższym poziomie. W życiu realnym wiele zależy od ślepego losu. Zdaniem Rawlsa, nierówności same w sobie nie są złe. Szkopuł w tym, co zrobi z nimi społeczeństwo.

Domyślam się, że podobny eksperyment myślowy można odnieść do skali globalnej. Nie zależy bowiem od nas, czy urodzimy się w dostatniej i bezpiecznej Szwecji, czy biednym i targanym wojnami Sudanie.
Tak. Teraz szerokość geograficzna decyduje o jakości naszego życia. I to się wydaje niesprawiedliwe.

Co na to Rawls?
Książka „Prawo ludów” okazała się dla wielu filozofów rozczarowująca. Według Rawlsa, sprawiedliwy podział może się odnosić wyłącznie do tych dóbr, które są efektem współpracy w obrębie jednego państwa – np. dróg, szpitali, edukacji, pomocy społecznej. Natomiast jeśli patrzymy na świat jako całość, to na pewno istnieje współpraca, sieć powiązań, ale to coś zupełnie innego niż zinstytucjonalizowane państwo. I całe szczęście, powtarza Rawls za Kantem, gdyż takie globalne państwo byłoby albo globalną tyranią, albo globalną anarchią. Tytułowe „prawo ludów” powinno zatem ograniczyć się do minimalnego zbioru zasad regulujących stosunki między narodami, m.in. tolerancji.

Pani się z tym zgadza?
„Prawo ludów” rozbudziło moje zainteresowanie kwestią globalnej sprawiedliwości, ale jednocześnie rozczarowało. Choćby dlatego, że nie odpowiada na pytania: Dlaczego członkowie społeczeństwa mają być lojalni wobec własnego kraju, a nie np. sąsiedniego, który realizuje dokładnie takie same zasady? Odpowiada na te pytania brytyjski myśliciel David Miller, zwracając uwagę na tradycję, kulturę, ducha – powodujące, że dana grupa ludzi tworzy naród. Nurt ten został nazwany narodowym liberalizmem i wydaje mi się najlepiej opisywać rzeczywistość.

Czy jednak owe więzi łączące członków narodu nie prowadzą do ksenofobii, do narodowych egoizmów?
Narodowy liberalizm nie proponuje zamykania się na innych. Ja w swoich pracach koncentruję się na pozytywnych aspektach bycia w relacji z członkami własnej grupy narodowej. To jest naturalne – gromadzenie się we wspólnoty, spośród których najmniejszą jest rodzina. Te relacje są częścią naszego świata moralnego. One go porządkują. Gdy nie mogę udzielić pomocy każdemu (co jest po prostu niemożliwe), świat zostaje jakoś zhierarchizowany i pomagam najpierw tym, z którymi łączą mnie więzy.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną