Nauka

Chipoterapia

Czy to koniec ery zastrzyków?

Mirosław Gryń / Polityka
Wszczepione pod skórę mikrourządzenia uwolnią pacjentów od tabletek, zastrzyków i czopków. W leczeniu przewlekłych chorób będzie to prawdziwa rewolucja.
Najbardziej niezawodnym sposobem dostarczania substancji leczniczych jest wciąż zastrzyk dożylny.PantherMedia Najbardziej niezawodnym sposobem dostarczania substancji leczniczych jest wciąż zastrzyk dożylny.

Naukowcy z Massachusetts Institute of Technology w Bostonie pochwalili się światu, że ich 15-letnie badania nad zastosowaniem inteligentnego mikrochipa podającego leki zakończyły się sukcesem. Pacjentki, które przez rok żyły z wszczepionym pod skórę poniżej talii niewielkim urządzeniem przypominającym kartę telefonu komórkowego, nie odczuwały dyskomfortu. W zaprogramowanym czasie uwalniała się z niego odpowiednia dawka leku przeciwko osteoporozie, więc uczestniczki eksperymentu nie musiały pamiętać, kiedy przyjąć lekarstwo, a poza tym nowa metoda uwolniła je od codziennych zastrzyków.

Sam zabieg wszczepienia mikrochipa był bezbolesny i kobiety szybko zapomniały, że mają pod skórą elektroniczny dozownik. Najważniejsze, że efekty były porównywalne z leczeniem tradycyjnymi zastrzykami. A biorąc pod uwagę częste nieprzestrzeganie przez pacjentów reżimu kuracji w chorobach przewlekłych, podawanie leku bez angażowania w to chorego daje lepsze wyniki zgodnie z dewizą, że nie działają tylko te leki, o których pacjenci zapominają.

Lekarzom trudno przekonać pacjentki z osteoporozą do regularnego zażywania preparatów wzmacniających gęstość tkanki kostnej. Część nie widzi takiej potrzeby, bo jeśli nie mają złamań, nie kojarzą tego z efektem kuracji. – U innych, nawet przekonanych do leczenia, po kilku miesiącach, a czasem latach, pojawia się znużenie codziennymi zastrzykami lub koniecznością pamiętania o tabletkach – przyznaje prof. Edward Czerwiński, kierownik Zakładu Chorób Kości i Stawów Collegium Medicum w Krakowie. Po roku kuracji pastylkę raz w tygodniu przyjmuje tylko 40 proc. chorych, a jeśli trzeba ją łykać raz w miesiącu, pamięta o tym 60 proc. – Każdy sposób, by zminimalizować ryzyko odstawienia leków lub zmniejszyć kłopot związany z wykonywaniem zastrzyków, witam z radością – oświadcza profesor. – Ale czy nowatorska metoda zastosowania mikrochipów, z punktu widzenia techniki rewelacyjna, okaże się konkurencyjna cenowo w porównaniu z innymi? W to jeszcze dziś wątpię.

Chipy czy plastry?

Może lepszym rozwiązaniem byłoby zastosowanie plastrów nasyconych odpowiednimi specyfikami? Tę drogę z powodzeniem wykorzystuje się już w terapii bólu, choroby Alzheimera, w walce z nałogiem palenia papierosów (plaster zawiera nikotynę), w hormonalnej terapii zastępczej lub antykoncepcji. Aby jednak móc leczyć w ten wygodny sposób, trzeba pokonać barierę naskórka – jego warstwa rogowa uniemożliwia przedostawanie się do naczyń krwionośnych dużych cząsteczek, z których zbudowana jest większość farmaceutyków. Podobno w przypadku stosowanego w osteoporozie parathormonu (hormonu, który wzmacnia kości i który użyto w mikrochipie) już rozwiązano ten problem w badaniach klinicznych za pomocą jontoforezy – niewyczuwalny dla pacjenta impuls elektryczny przemieszcza naładowaną cząsteczkę leku przez trudną do pokonania barierę naskórka. Wkrótce należy się więc spodziewać na rynku plastra zawierającego odpowiedni preparat, choć jeśli co kilka dni trzeba go będzie zmieniać, część pacjentów pewnie nadal nie będzie przestrzegać rygorów kuracji. Elektroniczny chip, skonstruowany przez Amerykanów, pomieści 400 dawek leku, więc jedno wszczepione urządzenie wystarczy na kilkanaście miesięcy. W przypadku medykamentów stosowanych co 3–4 dni może służyć nawet kilka lat!

Na ogół nie zastanawiamy się nad tym, jaką drogę muszą przebyć w organizmie leki, by osiągnąć cel. A przypomina ona w wielu wypadkach najeżony pułapkami labirynt. Z punktu widzenia pacjenta, najwygodniej oczywiście połknąć tabletkę, lecz przyjmowane w ten sposób farmaceutyki działają wolniej i słabiej niż zastrzyki lub czopki – zanim zawartość pastylki trafi do krwiobiegu, ma do pokonania kilka przeszkód. Musi oprzeć się sokom trawiennym i zawartym w nim enzymom (które mogą lek strawić jak pokarm), a także sforsować barierę nabłonka jelitowego, co dla większych molekuł jest wyjątkowo trudne.

Klasycznym przykładem leku, a właściwie hormonu, dla którego trzeba było znaleźć skuteczną metodę uzupełniania deficytu w organizmie, jest insulina. Gdyby dostała się do żołądka, szybko uległaby rozkładowi przez enzymy trawiące białka. Dlatego chorzy na cukrzycę muszą nieraz kilka razy dziennie wstrzykiwać ją sobie podskórnie. I choć nowoczesne aplikatory z igłami cienkimi jak włos umożliwiają niemal bezbolesne wkłucia, pacjenci skarżą się na niewygodę takiego leczenia i od dawna wypatrują mniej uciążliwej metody. Przez chwilę te marzenia nawet się spełniły, bo w 2006 r. na rynku pojawiła się insulina w proszku, co pozwalało ją wdychać za pomocą inhalatora. – Niestety, wycofano się z tego pomysłu, obawiając się ryzyka rozwoju nowotworów w płucach – informuje prof. Władysław Grzeszczak z Kliniki Chorób Wewnętrznych, Diabetologii i Nefrologii w Zabrzu. W zastrzykach łatwiej kontrolować ilość podawanego leku niż w inhalatorze, a nadmierne dawki insuliny mogą prowadzić do tzw. hiperinsulinemii, która sprzyja tworzeniu komórek rakowych.

U astmatyków i chorych na przewlekłe zwężenie oskrzeli problem kontroli dawek rozwiązano w ten sposób, że skonstruowano urządzenia, które rozpylają leki w postaci płynnej lub wykorzystują suchy proszek do wytworzenia obłoku złożonego z wyjątkowo drobnych cząstek substancji docierających w najgłębsze zakamarki płuc. Jednak mimo małej uciążliwości takiego leczenia, lekarze mają duże problemy z nauczeniem chorych, jak korzystać z inhalatorów. Zaledwie co trzeci astmatyk stosuje się do ich zaleceń! Reszta kombinuje tak jak kobiety z osteoporozą: samodzielnie zmniejsza dawki, przerywa kurację. Zdarzają się nawet tacy, którzy opryskują z inhalatora kota lub psa – sprawców uczulenia. Z doświadczeń alergologów wynika, że połowa chorych po wyjściu ze szpitala już po tygodniu zapomina o lekach, ponieważ po kuracji szpitalnej tak dobrze się czują, że nie widzą powodu, by ją kontynuować w domu.

Pacjent otwarty na leki

Dzisiejsze metody podawania leków w porównaniu z tymi, które oferowano 20 lat temu, zmieniły oblicze wielu dziedzin medycyny. W przypadku niemal każdej choroby przewlekłej można znaleźć przykład nowatorskich rozwiązań: w leczeniu łuszczycy pojawił się preparat, który wystarczy podawać podskórnie raz na trzy miesiące, w chorobach nowotworowych pacjenci mają do dyspozycji doustne chemioterapeutyki, ofiarom zawałów serca wszczepia się w tętnice wieńcowe stenty, pokryte polimerem zawierającym leki utrzymujące ich drożność.

W poszukiwaniach skutecznych metod wprowadzania rozmaitych substancji do naszego organizmu wykorzystuje się spojówki oka, nos, usta, skórę, odbyt, drogi rodne i moczowe, płuca oraz mięśnie. Eksperymentalne metody pozwalają wprowadzać leki wprost do rdzenia kręgowego, nasączone medykamentami płytki umieszcza się też bezpośrednio w guzach mózgu. Technolodzy nie złożyli broni nawet tam, gdzie zanotowano ewidentne porażki. Na przykład w terapii genowej, która początkowo miała być remedium na wiele nieuleczalnych chorób, a w miarę upływu lat okazała się orężem rzadko wykorzystywanym.

Jeden z pierwszych ochotników, który poddał się takiej kuracji, zmarł na skutek silnej reakcji immunologicznej, skierowanej przeciwko zmodyfikowanym wirusom, których użyto do wprowadzenia do organizmu leczniczych genów. Bez takiego specyficznego środka transportu geny nie mogłyby dotrzeć do celu. Podobnie jak insulina są to białka, więc czyha na nie po drodze mnóstwo enzymów. Wirusy, które potrafią wbudowywać swój materiał genetyczny w ludzkie DNA, wydawały się doskonałym wehikułem, a mimo to z uwagi na swą chorobotwórczość i silną stymulację naturalnych sił obronnych bardzo ryzykownym. Niepowodzenia stały się impulsem do poszukiwania innych nośników – lipidów i polimerów, w których zamknięte cząsteczki DNA są równie łatwo wychwytywane przez komórki. Naukowcy z Instytutu Chemii Fizycznej PAN w Warszawie prowadzą badania nad wykorzystywaniem związków organicznych o nazwie kaliksareny, które również mogą być użyte do transportu innych cząsteczek. Ich przewaga nad innymi nośnikami leków polega na tym, że niektóre substancje lecznicze w postaci czystej nie rozpuszczają się w wodzie, a w kompleksie z kaliksarenem – tak, co może ułatwiać ich przyswajanie. Drugą zaletą jest to, że kaliksaren – niczym zamknięty kontener chroni transportowane leki przed zbyt wczesnym rozkładem w górnej części przewodu pokarmowego.

Stary dobry zastrzyk

Najbardziej niezawodnym sposobem dostarczania substancji leczniczych wciąż jest zastrzyk dożylny, ale ani to wygodne, ani realne w domowych warunkach. Dlatego zakończony sukcesem eksperyment z wszczepionym pod skórę biochipem ożywił nadzieje, choć jeśli dobrze się przyjrzeć wszystkim aspektom tej metody, również ją trudno uznać za uniwersalną. Bo co czeka pacjenta, jeśli po dłuższym czasie okaże się, że źle toleruje lek lub wystąpią komplikacje? Wprawdzie urządzenie ma bezprzewodowy sterownik, by za pomocą fal radiowych uwalniać lub zatrzymywać podawanie kolejnych porcji leku, ale radykalne zakończenie terapii będzie za każdym razem wymagało usunięcia mikrochipa z organizmu. Pacjent musi przyjść do ambulatorium, poddać się znieczuleniu, mieć naciętą skórę i założonych kilka szwów.

Mimo wielu obaw i wątpliwości oraz długiej listy problemów, które pojawiają się podczas poszukiwań nowych sposobów wprowadzania leków do organizmu, czeka nas na tym polu rewolucja. Doniesienia z Bostonu dowodzą, że naukowcy mają w zanadrzu wiele pomysłów.

Polityka 12.2012 (2851) z dnia 21.03.2012; Nauka; s. 64
Oryginalny tytuł tekstu: "Chipoterapia"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Adoptujemy zwierzęta, bo pełnią w naszych domach rolę wiecznych i wiernych dzieci

Gdy ruszamy na ratunek, aby ulżyć cierpiącemu stworzeniu, przede wszystkim chcemy pomóc samym sobie.

Elżbieta Turlej
26.11.2013
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną