Nauka

Nie naprawiać niepopsutego

In vitro - spór nieskończony

Embrion zawierający 8 komórek. Jest już gotowy do przeniesienia. Embrion zawierający 8 komórek. Jest już gotowy do przeniesienia. ekem / RWJMS IVF Program
W sporze o in vitro górę bierze troska o racje religijne, polityczne i ideologiczne. A tu akurat argumenty medyczne i naukowe powinny mieć znaczenie dominujące.
Mirosław Gryń/Polityka
Prof. Jacek Kubiak z Uniwersytetu Rennes we Francji.AN Prof. Jacek Kubiak z Uniwersytetu Rennes we Francji.

In vitro to taki sam zabieg medyczny jak każdy inny. Powinien być wykonywany w najlepszy możliwy sposób z zachowaniem procedur medycznych i w trosce o dobro pacjenta. Gdyby twórcy projektów ustaw precyzujących zasady postępowania w trakcie tego zabiegu wzięli sobie taki pogląd do serca, to każda propozycja byłaby akceptowalna dla lekarzy i pacjentów, a więc i dla obiektywnego ustawodawcy. Tak jednak się nie dzieje. Miast ciążyć w kierunku pomocy medycynie – a temu ma służyć dobre prawo – tworzy się naszpikowane ideologią potworki prawne.

Na szczęście nie każdy zabieg medyczny wymaga ustawy sejmowej. Właśnie zapłodnienie pozaustrojowe jest najlepszym tego przykładem. Od bez mała 30 lat stosuje się je w Polsce ze świetnymi wynikami bez szczegółowych ustaleń prawnych. Polskie kliniki leczenia niepłodności stosują światowe standardy i poddają się kontroli ministerstw ochrony zdrowia i finansów. Nie słychać o pozwach sądowych – choć zapewne mają one miejsce, bo błędy i potknięcia są nieuniknione w sztuce medycznej. Czyż to nie dowód, że leczenie niepłodności metodą in vitro to odpowiedzialna i solidna gałąź polskiej medycyny?

Bez akceptacji lekarza

Nowa ustawa, jeśli Sejm przyjmie propozycję ministra Jarosława Gowina ograniczającą do dwóch liczbę zarodków uzyskanych w trakcie zapłodnienia pozaustrojowego, może tylko tę równowagę zaburzyć. Trudno to pojąć, ale chyba taki jest cel potencjalnych ustawodawców usiłujących ograniczyć swobodę działań medycznych w tej dziedzinie. Ograniczenia proponowane przez min. Gowina są dla odpowiedzialnego lekarza nieakceptowalne. Oczywiście chodzi o słynne ratowanie „mrożonych zarodków”. A więc o cel religijny spleciony na stałe z celem politycznym, a nie medyczny. Ten jeden punkt w projekcie min. Gowina w pełni go dyskwalifikuje.

Drugi projekt wywodzący się z PO, autorstwa posłanki Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, jest o wiele bardziej liberalny i nowoczesny. Jednak zawarty w nim zakaz tworzenia zarodków dla celów badawczych (art. 9.2) zamyka po prostu możliwość prowadzenia badań w dziedzinie biologii rozwoju człowieka. Dla biologa pracującego w tej dziedzinie to propozycja zakazu pracy, dla samej dziedziny to śmierć, dla nauki – kaganiec.

Podobnego typu zakazy wydawano w średniowieczu, np. dotyczące przeprowadzania sekcji zwłok. Ale nauka dzięki uporowi racjonalistów i tak szła do przodu. Tak też będzie i w tym wypadku. Jeśli liberalny projekt Kidawy-Błońskiej ujrzy światło dzienne, badania będą prowadzone za granicą – w Chinach, Korei Południowej ewentualnie w USA. Jego przyjęcie administracyjnie wykluczy Polskę z grona badaczy ludzkiego rozwoju; zuboży, i tak dość ubogą, polską naukę i pozbawi polską szkolę zapłodnienia in vitro możliwości usprawniania tego zabiegu. A część naukowców i praktyków, jak i ich pacjentów, zapewne wyśle za granicę.

Może tego typu danina przy dzisiejszym stanie świadomości społecznej jest niezbędna, ale jednak nie można nad tym przejść do porządku dziennego.

Kości niezgody

Salomonowe, jakby się pozornie wydawało, wyjście, czyli próba połączenie obu projektów, nie ma żadnego sensu – bo obie koncepcje nawzajem sie wykluczają. Projekt Gowina z medycznego punktu widzenia jest nie do przyjęcia. Można więc jedynie jeszcze bardziej popsuć, i tak niedoskonały, projekt Kidawy-Błońskiej. Taka hybryda może być tylko bardziej restrykcyjna niż pierwowzór, a więc gorsza dla polskiej medycyny.

To, co jest rzeczywiście liberalne w projekcie Kidawy-Błońskiej (np. możliwość uzyskiwania wielu zarodków i ich mrożenia), po prostu nie jest w nim zapisane, a wynikać ma z dyrektywy Parlamentu Europejskiego z 2004 r. i Komisji Europejskiej z 2006 r., i dlatego, w zamyśle autorki, miałoby być dozwolone. Jak przenieść taki nieistniejący zapis do projektu hybrydowego?

W dodatku min. Gowin nie ukrywa, że jego, ponoć „rozsądnie katolicki”, projekt właśnie na tych ograniczeniach jest oparty jak na opoce. Jeśli dziś pozwolimy Gowinowi tworzyć katolicką medycynę, to za chwilę będziemy mieli ustawy określające „rozsądnie katolickie” metody zapobiegania ciąży, leczenia alkoholizmu, chorób psychicznych, wenerycznych i AIDS. O skutkach takich zmian prawnych w medycynie nie chcę nawet myśleć.

Kością niezgody w sporze o kształt in vitro jest sprawa losów nadliczbowych zarodków mrożonych w azocie. Osobiście uważam ją za wydumany i oderwany od życia problem ortodoksyjnych katolików, a nie całego społeczeństwa. Owszem, Kościół może w tej sprawie głosić swoje stanowisko, ale nie może stanowić prawa.

Jak mantrę należy powtarzać, że problemy i zakazy religijne powinny obowiązywać wyznawców poszczególnych religii na zasadzie dobrowolności, a nie administracyjnego przymusu. Aż dziw, że Kościół i jego polityczni akolici nie domagają się ustawy zakazującej handlu mięsem w piątki i inne dni postne, choć zakazu koncertu Madonny już się domagali – na szczęście, choć może to tylko kwestia czasu, jeszcze nie na drodze ustawy sejmowej.

Pod żadnym względem tego typu zakazy, a do nich należy ograniczanie zapłodnienia in vitro, nie powinny być narzucane całemu społeczeństwu, które nie musi wierzeń religijnych przestrzegać, a nawet znać. Innymi słowy – palący ponoć problem uregulowania statusu zabiegu zapłodnienia pozaustrojowego ma się absolutnie nijak do legislacji demokratycznego państwa prawa.

Państwo wyznaniowe

Ograniczenia zawarte w projekcie min. Gowina, chce on tego czy nie, de facto czynią Polskę państwem wyznaniowym. To dlatego bp Kazimierz Ryczan, któremu taki stan prawny najwyraźniej odpowiada, głosi na Jasnej Górze, że demokracja to fałszywy bożek. Okazuje się więc, że to demokracja przeszkadza Kościołowi w ewangelizacji, gdyż staje na drodze zakazowi in vitro. Ideały, o które walczyła Solidarność i które popierał polski papież, bp Ryczan wyrzuca na śmietnik dla ratowania zamrożonych zarodków. Na szczęście ten zapętlony tryb myślenia nie dotyczy, jak sądzę, wszystkich biskupów.

Dla racjonalnie myślącego człowieka hasła religijne podnoszące kilkukomórkowy zarodek do rangi prawnie usankcjonowanego człowieka są absurdem. Konsekwencje prawne uznania zarodka za pełnoprawnego człowieka są dla prawodawstwa ośmieszające. Przykładowo – co z prawem do spadku dla już zamrożonych tysięcy zarodków – pełnoprawnych obywateli, którzy urodzą się za 5, 10 czy 20 lat? Czy od wejścia w życie ewentualnej ustawy zrównującej prawa zarodka z prawami obywatela będzie wpisywało się w metrykę datę poczęcia? Przecież Kościół chce uratować od śmierci wszystkie zamrożone do tej pory zarodki. Jeśli będą one adoptowane po to, by się urodzić, a tego żąda, to trzeba przygotować się na liczne sprawy spadkowe.

Nowo narodzone dzieci poczęte przed laty będą musiały mieć prawo dziedziczenia po swoich naturalnych rodzicach. Czy można będzie je tego prawa pozbawić, skoro będą uznane za pełnoprawnych obywateli? Inne ich potraktowanie przez ustawę stworzyłoby kasty podludzi, których życie będzie bronione oddzielnym prawem na poziomie mikroskopijnych komórek, ale jednocześnie pozbawione podstawowych praw po narodzeniu. Absurd do kwadratu!

In vitro wśród katolików

Na wprowadzeniu zakazu zapłodnienia in vitro zależy Kościołowi katolickiemu i partiom konserwatywnym. Ale to właśnie Kościół i te partie odwołujące się do emocji i uczuć religijnych mają w swych rękach a priori niezwykle skuteczne narzędzia pozwalające egzekwować zakaz stosowania zabiegów in vitro wśród katolików. Słusznie mówi poseł Stefan Niesiołowski, że przymusu stosowania tego zabiegu nikt nie zamierza katolikom siłą narzucać. Kłopotów etycznych z in vitro nie mają wyznawcy religii niekatolickich: żydzi, protestanci, muzułmanie, w pewnym stopniu prawosławni, nie wspominając o osobach niewierzących, niepraktykujących i ateistach.

Wprowadzenie ustawy ograniczającej, nawet tylko nieco, np. gowinowskie maksimum tworzenia dwóch zarodków, utrudni przeprowadzanie zabiegu in vitro do tego stopnia, że stanie się on niewydajny i z medycznego punktu widzenia nieopłacalny. Każda ustawa z góry ograniczająca procedury medyczne paraliżuje lekarzy i zmierza w kierunku zakazu ich stosowania. Aby uśmiercić in vitro, wcale nie trzeba zapisać expressis verbis zakazu w ustawie. Trzeba się też zastanowić, czy z powodu jawnego paraliżowania zabiegów medycznych leczących niepłodność projekty takie z góry nie powinny być uznane za antykonstytucyjne.

W dzisiejszej sytuacji politycznej (mała przewaga podzielonego dwoma projektami obozu rządowego), ekonomicznej (czy budżet udźwignie refundacje zabiegów in vitro w perspektywie globalnego kryzysu ekonomicznego?) i społecznej (wprawdzie 70 proc. Polaków popiera in vitro, ale świadomość medycznych aspektów tej procedury, włączając w to los zamrożonych zarodków, jest znikoma) wydaje się, że nie ma szans na uchwalenie ustawy pozwalającej lekarzom i biologom na swobodne wykonywanie zabiegów zapłodnienia pozaustrojowego. Może Sejm nie powinien więc głosować nad żadną nową ustawą dotyczącą tych procedur?

Bez regulacji?

Najlepszym wyjściem wydaje się dziś pozostawienie tej sprawy bez specyficznej regulacji prawnej. Ogólne przepisy lekarskie, jeśli dobrze stosowane i kontrolowane, zupełnie wystarczają i wystarczyć mogą przez kolejne 30 lat. Stosunek do zapłodnienia in vitro, podobnie jak do środków antykoncepcyjnych czy aborcji, pozostanie trudną kwestią polityczną. Ale przyjęcie jakiejkolwiek ustawy, a szczególnie kuriozalnej hybrydy liberalno-konserwatywnej, tej sprawy nie zmieni. Jeśli w przyszłości rządy w Polsce przejmie PiS, to z pewnością wprowadzi pełny zakaz zabiegów in vitro. Jeśli wygra lewica, to będzie mogła wprowadzić swój w pełni liberalny projekt. PO stojąca w rozkroku między Gowinem a Kidawą-Błońską nie proponuje Polakom definitywnego rozwiązania. Dlatego lepiej niech zajmie się innymi, pilniejszymi sprawami i zrezygnuje z regulacji prawnych zapłodnienia in vitro. Lekarze będą mogli nadal należycie wypełniać swoje zadania, a dyskusja wokół in vitro będzie służyła swemu głównemu celowi, czyli polityce. Panie premierze, w tej sprawie trzeba kierować się medyczną zasadą – primum non nocere.

Prof. Jacek Kubiak jest absolwentem Uniwersytetu Warszawskiego i byłym pracownikiem naukowym Zakładu Embriologii Wydziału Biologii tej uczelni. Od ponad 20 lat pracuje w CNRS/Uniwersytet Rennes 1 we Francji.

Polityka 31.2012 (2869) z dnia 01.08.2012; Nauka; s. 56
Oryginalny tytuł tekstu: "Nie naprawiać niepopsutego"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ja My Oni

Jak komunikować swoje potrzeby

Jak wyrazić swoje potrzeby, aby inni je uwzględniali.

Anna Dąbrowska, Anna Dobrowolska
06.02.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną