Jak wygrać ze szpiczakiem?

Wyścig z rakiem
Ze szpiczakiem można żyć dłużej, niż to przewidują podręczniki medycyny. Pod warunkiem że choroba zostanie wcześnie wykryta i będzie odpowiednio leczona.
Histopatologiczny obraz szpiczaka mnogiego.
Wikipedia

Histopatologiczny obraz szpiczaka mnogiego.

Wiesława Adamiec założyła Fundację Żyć ze Szpiczakiem m. in. po to, by obalać mity i przekazywać chorym rzetelną wiedzę.
Miłosz Poloch/Polityka

Wiesława Adamiec założyła Fundację Żyć ze Szpiczakiem m. in. po to, by obalać mity i przekazywać chorym rzetelną wiedzę.

To było piękne wrześniowe popołudnie. – Popijaliśmy na tarasie kawę i przy miłym podwieczorku oswajaliśmy się z moją chorobą – wspomina Wiesława Adamiec, prezes Fundacji Carita Żyć ze Szpiczakiem. – Mąż i syn musieli czuć wewnętrzny niepokój, ale go nie okazywali. Całe szczęście, bo trzeba było zaplanować przyszłość.

Szpiczak? Myeloma? Obie te nazwy nie kojarzyły się pani Wiesławie z niczym. Nie myślała wtedy nawet o tym, że brzmią groźnie, ponieważ nie wiedziała o tej chorobie nic, co mogłoby ją przestraszyć. Odczuwała za to ulgę, że kilkumiesięczna tułaczka po gabinetach lekarskich – z zamiarem wyjaśnienia przyczyn osłabienia, nawracających zapaleń gardła i bólu pleców – przyniosła wreszcie skutek. – Morfologia od dłuższego czasu wskazywała na anemię, ale słyszałam od lekarzy, że taka moja natura. Ból między łopatkami bagatelizowali, mówiąc, że ich też boli przy siedzeniu za biurkiem. Gdy OB urosło do 80, a w wymazie z gardła wykryto pięć rodzajów gronkowca, dostawałam tylko nowe antybiotyki.

Dziś żałuje, że co najmniej o pół roku za długo trwała ta zabawa w ciuciubabkę ze szpiczakiem, bo wystarczyło wykonać jedno badanie oznaczające we krwi poziom białek (co w końcu zrobiła prywatnie po sugestii znajomego lekarza), a cała sprawa wyjaśniłaby się wcześniej i mogłaby szybciej zacząć leczenie. – Wielu chorych przeżywa podobną gehennę – mówi prof. Sławomira Kyrcz-Krzemień, kierownik Kliniki Hematologii i Transplantacji Szpiku Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach. – Gdy pacjenci z niespecyficznymi bólami kręgosłupa lub kości szukają pomocy u neurologów i ortopedów, rzadko któremu przyjdzie do głowy rozpoznanie szpiczaka.

Wiele tropów

To drugi pod względem częstości występowania nowotwór układu krwiotwórczego, ale lekarzom niewyspecjalizowanym w hematologii trudno skojarzyć dolegliwości układu kostnego z obrazem krwi i znacznie podwyższonymi wartościami OB – skarżącym się na bóle krzyża takich badań po prostu nikt nie zleca. Złamania u 60-letnich kobiet łatwiej powiązać z osteoporozą, a rwę kulszową ze zwyrodnieniami kręgosłupa, zamiast drążyć problem i sprawdzić poziom białek we krwi. – Ten trop może naprowadzić na właściwe rozpoznanie – podkreśla prof. Kyrcz-Krzemień, mając świadomość, że większość przypadków szpiczaka mnogiego, zwanego też plazmocytowym, wykrywanych jest zwykle przy okazji badań wykonywanych zupełnie z innych powodów. – To dlatego w momencie rozpoznania co piąty chory ma już uszkodzone nerki, czyli stan na tyle zaawansowany, że wymaga agresywniejszego leczenia – sumuje prof. Piotr Rzepecki, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych i Hematologii Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie.

Uszkodzenie nerek w szpiczaku to efekt nagromadzenia nadmiernej ilości tzw. białka monoklonalnego, które zatyka drogi odpływu moczu. Nie spełnia ono w organizmie żadnych użytecznych funkcji, choć jest jednym z przeciwciał produkowanych przez komórki plazmatyczne, wchodzące w skład naszej naturalnej obrony immunologicznej. To właśnie na zdrowych komórkach plazmatycznych spoczywa ciężar produkowania immunoglobulin zaangażowanych w walkę z infekcjami. U chorych na szpiczaka nieprawidłowe komórki plazmatyczne wytwarzają zamiast nich białko monoklonalne, które niszczy nerki i kości w wielu miejscach: żebrach, kręgosłupie, czaszce, miednicy (stąd nazwa: szpiczak mnogi).

Kości łamią się jak patyki, czego sama doświadczyłam, budząc się pewnego dnia ze złamanym żebrem – wspomina Wiesława Adamiec. Od tamtej pory, dzięki długiej kuracji, wiele się jednak zmieniło – szpiczak w jej życiu stał się po prostu chorobą przewlekłą. To, co można przeczytać w starszych podręcznikach – że żyje się z nim maksimum trzy–pięć lat – i co przekazują sobie w Internecie na forach dyskusyjnych wystraszeni pacjenci, nie znajduje potwierdzenia w rzeczywistości. W klinice prof. Sławomiry Kyrcz-Krzemień na badaniach kontrolnych można spotkać wielu pacjentów, którzy zachorowali ponad 20 lat temu, więc książkowe normy okazują się często nieaktualne. – Założyłam Fundację Żyć ze Szpiczakiem między innymi po to, by obalać mity i przekazywać chorym rzetelną wiedzę – mówi Wiesława Adamiec. Na stronie internetowej www.fundacjacarita.pl można znaleźć kompendium wiedzy i historie długo żyjących pacjentów. – To daje nadzieję na powrót do normalnego życia, a wielu chorych potrzebuje ogromnego wsparcia psychicznego.

Pomocna genetyka

Najpierw jednak trzeba zacząć się leczyć. Choroba, którą tak trudno rozpoznać, bo ujawnia się pod różnymi maskami, u każdego ma też inny przebieg. To wymusza różne strategie postępowania, utrudniając nieraz lekarzom rozmowę z pacjentem i jego rodziną, która przychodzi po pomoc z gotowymi receptami, znalezionymi na przykład w sieci lub podsuniętymi przez innych chorych. – Każdy szpiczak wymaga indywidualnego podejścia i nie ma uniwersalnej terapii dla wszystkich – podkreśla prof. Rzepecki. – Jedni mają wskazania do chemioterapii wspartej przeszczepieniem własnych komórek krwiotwórczych, drudzy muszą otrzymywać leki celowane, bo nie kwalifikują się do transplantacji. U jednych choroba nawraca, inni wiele lat żyją bez wznowy.

Czytaj także

Co nowego w nauce?

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną