Nauka

Odkrycia do ukrycia

Zmyślone dane, sfałszowane wyniki w nauce

W 2009 r. hitem stało się odkrycie, że zespół przewlekłego zmęczenia jest wywoływany przez wirusa. W 2011 r. czasopismo „Science” anulowało pracę. W 2009 r. hitem stało się odkrycie, że zespół przewlekłego zmęczenia jest wywoływany przez wirusa. W 2011 r. czasopismo „Science” anulowało pracę. hikrcn / PantherMedia
Rośnie liczba odkryć, które są potem wstydliwie unieważniane. To wynik błędów, plagiatów, a przede wszystkim oszustw w badaniach.
Piotr Socha/Polityka

Wynik Diederika Stapela niedawno wzrósł do 49 wyco­fa­nych prac, wkrótce pewnie dobije do 65. Naukowcy obserwują licznik z wyjątkową ciekawością – w końcu „Nature” uznało Stapela za jednego z 10 badaczy, którzy w 2011 r. najbardziej zwrócili na siebie uwagę. Zamieszczona z tej okazji w tym prestiżowym czasopiśmie notka o uczonym nie pozostawiała jednak złudzeń co do charakteru jego zasług. Nosiła tytuł „Upadła gwiazda”.

Publikuj albo giń!

45-letni wówczas Stapel, profesor psychologii społecznej Uniwersytetu Tilburg w Holandii, był autorem ponad 150 prac badawczych. Najgłośniejsza z nich, opublikowana w sierpniu 2011 r. w ­„Science” drugim, obok „Nature”, najważniejszym czasopiśmie naukowym świata – dowodziła, że nieuporządkowane środowisko sprzyja utrzymywaniu stereotypów i dyskryminacji. Na przykład osoby, które siedziały na niechlujnym dworcu kolejowym, odsuwały się od przedstawicieli innej rasy bardziej niż pasażerowie na stacji uporządkowanej. Podobnie przechodnie na brudnej ulicy dawali mniejsze datki fundacji Pieniądze dla Mniejszości niż na ulicy czystej. Wnioski te wzbudziły wielkie zainteresowanie w mediach i środowisku naukowym. Inni psychologowie społeczni, zafascynowani odkryciem, zaczęli szybko powtarzać badania. Żadnemu z nich nie udało się jednak otrzymać podobnych wyników. Studenci Stapela zaalarmowali więc o niedokładnościach w jego pracach. Uniwersytet Tilburg wszczął śledztwo. Wstępny raport ukazał się już 31 października 2011 r. Wynikało z niego, że Diederik Stapel… zmyślał dane do swoich prac naukowych. Uczony, czując pismo nosem, już wcześniej zrezygnował z pracy na uczelni. Wkrótce potem przyznał się do błędów, zabrano mu doktorat, a on sam podobno udał się na leczenie psychiatryczne.

Sprawa nie mogła się jednak na tym skończyć. W czasopismach naukowych, i to tych z najwyższej półki, nadal bowiem tkwiły prace Stapela. Przyjęto je zgodnie z międzynarodowymi standardami. Uczony wysyłał je drogą oficjalną. Po uzyskaniu wstępnej akceptacji przez redaktorów, wysyłano je do recenzji innym wybitnym przedstawicielom tej samej gałęzi nauki. Ich „tak” było stemplem jakości, gwarantem, że praca spełnia standardy badawcze.

Tak działa dzisiejsza nauka. Jeśli dobre czasopismo opublikowało jakieś odkrycie, można założyć, że zostało ono sprawdzone. Na tym opierają się dziennikarze, którzy relacjonują naukę w mediach. Taki system jest podstawą opinii wszelakich ciał przyznających granty. Za wymierny wskaźnik jakości pracy naukowca przyjmują bowiem liczbę opublikowanych prac i wartość czasopism (impact factor), w których się ukazały. Za każdą publikację badacz dostaje punkty. Mało jeśli ukazała się w czasopiśmie o miernej renomie i niewielkim zasięgu, najwięcej – jeśli w „Nature” lub „Science”. Na podstawie sumy punktów ocenia się, czy warto przyznać uczonemu kolejne pieniądze na badania. Dlatego młodym adeptom nauki jak mantrę powtarza się hasło: „Publikuj albo giń!”.

Zgodnie z tą zasadą Diederik Stapel publikował dużo i w najlepszych czasopismach. Jak tylko wyszło na jaw, że zmyślał dane, redakcje na potęgę wszczynały procedurę zwaną po angielsku retraction, czyli wycofanie lub anulowanie. Oznacza to, że praca zostaje publicznie unieważniona. Wielu autorów odbiera to jak policzek czy wręcz odpowiednik pręgierza na średniowiecznym rynku. Chłosta, jaką otrzymał Stapel, była jednak powtarzana po wielekroć. W grudniu została wycofana jego praca z „Science”. W ślad za tym poszły kolejne czasopisma. Ivan Oransky i Adam Marcus, autorzy bloga Retraction Watch, w lutym 2013 r. doliczyli się 49 wycofanych prac Stapela. I napisali, że to jeszcze nie koniec.

Również dla czasopism naukowych, które anulowały publikacje Holendra, sprawa jest daleka od finału. Muszą przeanalizować, jak to się stało, że zawiódł sprawdzony system recenzowania publikacji. Gdyby bowiem chodziło wyłącznie o Stapela, który zgrabnie zmyślał dane, można by jeszcze machnąć ręką. Jednak blog Retraction Watch nie uznaje go nawet za rekordzistę. Ten tytuł przyznano Yoshitace Fuji, japońskiemu anestezjologowi, który specjalizował się w pooperacyjnej senności i nudnościach. W jego portfolio znalazły się 183 anulowane publikacje! Na tym tle Naoki Mori, onkolog z Japonii, któremu cofnięto ponad 30 publikacji, czy Sunil Kumar Manna, immunolog z Indii z co najmniej 10 anulowanymi pracami, to drobne płotki.

Wirus albo bujda

Wszystko to jest symptomem coraz groźniejszej choroby, jaka zaczęła toczyć światową naukę. W 2011 r. „Nature” opublikowało raport, z którego wynika, że w ciągu 10 lat liczba wycofanych publikacji naukowych wzrosła ponad dziesięciokrotnie! Co gorsza, szczegółowa analiza ujawniła, że najczęściej zdarzało się to czasopismom najlepszym, włącznie z „Nature” i „Science”. Wśród prac, które należało anulować, były odkrycia szeroko relacjonowane we wszystkich mediach. Ich autorzy to nierzadko czołówka światowej nauki.

Dotyczy to choćby głośnej publikacji dr. Andrew Wakefielda z Wielkiej Brytanii i jego 11 współpracowników. W medycznym czasopiśmie „The Lancet” z 1998 r. dowodzili, że jednoczesna szczepionka na trzy choroby: odrę, świnkę i różyczkę, może prowadzić do rozwoju autyzmu u dzieci. Pod wpływem tej publikacji w Wielkiej Brytanii spadła liczba szczepień, a wzrosła przypadków odry. Nikomu nie udało się jednak potwierdzić opisanej w pracy zależności. Wakefieldowi zarzucono też, że badania na dzieciach prowadził z naruszeniem zasad etycznych. W 2004 r. 10 autorów wycofało więc swe nazwiska z publikacji. Pozostało dwóch, w tym Wakefield. W 2010 r. „The Lancet” anulował całą pracę.

Innym przypadkiem było odkrycie opublikowane w 2001 r. w „Nature”. Tatiana Makarowa z Rosji i jej ośmioro współpracowników ogłosiło, że uzyskali magnetyczny węgiel w temperaturze pokojowej. Przedtem wszelkie niemetale wykazywały takie własności dopiero w bardzo niskich temperaturach. Odkrycie wydawało się wielkim przełomem. Do czasu. W 2006 r. „Nature” opublikowało krótką notkę o wycofaniu pracy, gdyż węgiel, który jakoby miał własności magnetyczne, zawierał nawet 10 proc. żelaza.

W 2009 r. hitem stało się odkrycie, że zespół przewlekłego przemęczenia, na jaki cierpią miliony ludzi na świecie, jest wywoływany przez wirusa. Autorzy tej pracy z „Science” Vincent Lombardi z USA i jego 12 współpracowników stali się bohaterami. Pojawiła się nadzieja, że chorobę tę można będzie leczyć farmakologicznie. Lekarze zaczęli przepisywać cierpiącym na nią pacjentom leki przeciwwirusowe. Narodowe Instytuty Zdrowia USA zarządziły więc szeroko zakrojone powtórzenie tych badań. Skrupulatne analizy nie wykazały żadnego związku między zespołem przewlekłego zmęczenia a wirusami. W 2011 r. „Science” anulowało pracę.

Przyczyny wycofania publikacji nie zawsze są jasno tłumaczone przez czasopisma czy autorów. Stąd raport „Nature” o wzroście tego zjawiska nie wywołał początkowo aż tak wielkiej burzy. W końcu część prac jak zakładano wycofano z powodu „uczciwych błędów”. Nawet najlepszemu badaczowi może się przecież zdarzyć pomyłka, którą weźmie za odkrycie. Jeśli potem sam je anuluje, to tylko dobrze o nim świadczy.

Grant albo bezrobocie

Te argumenty nie przekonały Ferrica C. Fanga, R. Granta Steena i Artura Casadevalla z USA, którzy postanowili dokładnie przeanalizować przyczyny anulowania prac. W bazie danych udało im się wyszperać 2047 takich publikacji. Przejrzeli nie tylko oficjalne powody ich anulowania, ale też zagłębili się w późniejsze raporty i inne źródła. Tak odkryli, że aż w 118 przypadkach przyczynę wycofania, którą początkowo określono jako błąd, w toku śledztwa przeklasyfikowano na oszustwo. W sumie jak pisali w 2012 r. w „PNAS” błąd był przyczyną jedynie 21,3 proc. anulowań. W 67,4 proc. przypadków winę ponosiło „niewłaściwe postępowanie”, w tym: plagiaty 9,8 proc., podwójna publikacja (autor tę samą pracę umieścił w dwóch różnych czasopismach) 14,2 proc. oraz kategoria najbardziej haniebna „oszustwa lub przypuszczalne oszustwa” 43,4 proc. wycofanych prac. Co gorsza, Fang, Steen i Casadevall podają przykłady prac, które mimo dowodów na fałszowanie wyników nie zostały anulowane. Uczeni dochodzą więc do wniosku, że oficjalne dane o nierzetelnych badaniach są tylko ułamkiem rzeczywistej liczby.

– Tak naprawdę nie wiemy, czy przypadków niewłaściwego prowadzenia badań przybywa – mówi Ivan Oransky, współautor bloga Retraction Watch. I wyjaśnia, że może po prostu dziś lepiej wykrywamy wadliwe prace naukowe. Mamy przecież nowoczesne programy, które szybko namierzają plagiaty i podwójne publikacje. Dzięki rozwojowi Internetu coraz więcej ludzi ma też dostęp do prac i może je spokojnie analizować.

Również Arturo Casadevall przyznaje, że przyczyna tego zjawiska jest niejasna. Owszem, może to być zwiększona wykrywalność, ale powodu upatruje raczej w kulturze dzisiejszej nauki, którą rządzi wspomniana zasada „publikuj albo giń”. Ci badacze, których prace ukazują się w najlepszych czasopismach naukowych, dostają duże pieniądze na badania. Pozostali otrzymują drobne sumy, a czasem nic. Publikacja w „Nature” czy „Science” staje się dla nich kwestią być albo nie być. By zamieścić pracę w dobrym czasopiśmie, łamią więc zasady.

Aby ratować naukę, Arturo Casadevall i Ferric C. Feng nawołują do fundamentalnych zmian w jej strukturze. W obszernym eseju, opublikowanym w 2012 r. przez „Infection and Immunity”, piszą, że należy zmienić samą kulturę badań, a zasadę „zwycięzca bierze wszystko” zastąpić promocją współpracy. Nawołują, by odrzucić kult gwiazd nauki i sfeminizować środowisko. Ich zdaniem to mężczyźni mają pierwotną ewolucyjną potrzebę dominowania. Tymczasem kobiety, choć w USA są autorkami połowy doktoratów, stanowią ledwie 17 proc. najwyższej kadry naukowej. Casadevall i Feng postulują też, by zmienić zasady recenzowania publikacji naukowych, a adeptów nauki zmuszać do uczenia się statystyki, rachunku prawdopodobieństwa oraz filozofii.

Czy przyniesie to pożądany efekt, trudno zgadnąć. Pocieszające jest jednak już to, że problemy z badaniami dostrzegli sami badacze i też szukają ich rozwiązania.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Ożywianie mózgu po śmierci i transplantacja głowy. Czy istnieją granice neuronauki?

Badaczom udało się wznowić niektóre funkcje mózgów pobranych od świń, a inny naukowiec chciałby przeprowadzić transplantację ludzkiej głowy.

Piotr Rzymski
22.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną