Anachroniczne przepisy regulujące stwierdzanie zgonu. Dlaczego nikt ich nie zmienia?

Zaplanuj swoją śmierć
Czy resort zdrowia nie potrafi stworzyć przepisów, które nie będą udręką dla ludzi?
Przepisy mówią, że na miejsce zgonu poza szpitalem powinien przyjechać lekarz, który jako ostatni badał pacjenta w ciągu 30 dni przed jego śmiercią.
Matthias Kulka/Corbis

Przepisy mówią, że na miejsce zgonu poza szpitalem powinien przyjechać lekarz, który jako ostatni badał pacjenta w ciągu 30 dni przed jego śmiercią.

[Tekst został opublikowany w POLITYCE 11 czerwca 2013 roku]

Bulwersujący błąd lekarki, która przedwcześnie uznała 83-letnią kobietę za zmarłą, wydarzył się pod koniec maja w Żołędowie, niedaleko Bydgoszczy. Do leżącej w łazience staruszki przyjechało wezwane przez policję pogotowie. Na miejscu lekarka stwierdziła zgon. Karetka odjechała, a pacjentka po pewnym czasie ożyła.

Tego rodzaju cudowne zmartwychwstania to nic nadzwyczajnego. Podobne błędy lekarzy, którzy zbyt pobieżnie badają nieprzytomnych, wynikają najczęściej z pośpiechu, a może z niewiedzy. Eksperci medycyny sądowej, biegli w ustalaniu przyczyn śmierci, podkreślają, że brak akcji serca, niewyczuwalne tętno i oddech oraz szerokie, niereagujące na światło źrenice – oznaki, na które przeważnie zwracają uwagę lekarze pogotowia – są tylko niepewnymi znamionami zgonu.

Każde z nich może okazać się krótkotrwałe lub być wynikiem wyjątkowych okoliczności, więc bez wykonania EKG trudno cokolwiek potwierdzić. Nawet wychłodzenie ciała nie daje pewności, że pacjent umarł, bo jeśli po nieszczęśliwym upadku leży na zimnej posadzce w łazience – wpada w hipotermię, która może zmylić mało doświadczonego lekarza.

Gdzie jest koroner?

Aby ustrzec się pomyłek, stwierdzaniem zgonów poza szpitalami zajmują się w wielu krajach koronerzy. (W krajach anglosaskich to urzędnik zajmujący się m.in. wyjaśnianiem okoliczności i przyczyn śmierci). U nas o potrzebie ich powołania mówi się od dawna, ale nawet pomimo zapisów ustawowych przewidujących utworzenie w powiatach takich stanowisk, nikt się do tego nie kwapi.

Brakuje aktu wykonawczego, który określałby kwalifikacje takich osób, i nikt nie przewidział wynagrodzenia za pracę koronerów – mówi dr Marzena Więckowska, lekarz rodzinny z Łomży. – Lekarze, którzy dzisiaj stwierdzają zgon, robią to bezpłatnie i często bezprawnie, a co najgorsze, nie mają świadomości, że wystawiając taki dokument często łamią prawo.

A jeśli nie chcą go złamać, sprowadzają na rodzinę zmarłej osoby nie lada problemy, ponieważ bez wystawionej przez lekarza karty zgonu nie można otrzymać w urzędzie dokumentu niezbędnego do pochówku. – Przez pół dnia szukałem lekarza, który przyjechałby stwierdzić śmierć wuja, który miał 86 lat i długo opiekowaliśmy się nim w domu – opowiada Adam L. – Odmówiło pogotowie, przychodnia, a lekarz rodzinny był na urlopie. Kazano mi czekać do zmroku, kiedy zacznie działać nocna pomoc lekarska, bo lekarze tam zatrudnieni mają samochody i mogli do nas przyjechać.

Wszystkiemu winne są nieprzejrzyste przepisy oraz archaiczna ustawa o cmentarzach i chowaniu zmarłych z 1959 r. Co prawda w 2010 r. Główny Inspektorat Sanitarny rozpoczął prace nad jej nowelizacją, ale toczyły się one tak ślamazarnie, że praktycznie ustały. – Zabrakło woli politycznej, aby coś w tej kwestii zmienić – mówi Jan Bondar, rzecznik prasowy GIS. Jakby do tego potrzebna była polityka, a nie zdrowy rozsądek.

Ponieważ przez 54 lata system ochrony zdrowia w Polsce istotnie się zmienił, po reformie wprowadzonej w 1999 r. pojawiły się szczątkowe regulacje, które do dzisiaj pozostają niespójne. Obowiązek stwierdzania zgonu i wystawienia rodzinie dokumentu niezbędnego do pochówku spadł na lekarzy rodzinnych. Tyle że Narodowy Fundusz Zdrowia, który podpisuje z nimi umowy i starannie sprawdza ich przestrzeganie, kontraktuje jedynie „realizację świadczeń zdrowotnych”.

Zapisana w ustawie definicja takiego świadczenia jest precyzyjna: „to działanie służące profilaktyce, zachowaniu, ratowaniu, przywracaniu lub poprawie zdrowia oraz inne działanie medyczne wynikające z procesu leczenia”. Trudno zakwalifikować do tych czynności stwierdzenie zgonu chorego.

Jeśli jestem zmuszona wykonać taką czynność w godzinach pracy, a więc podczas udzielania świadczeń zdrowotnych, łamię prawo, ponieważ na podstawie umowy z NFZ nie powinnam opuszczać gabinetu, by stwierdzić czyjąś śmierć – zauważa dr Więckowska. – Poza godzinami pracy też zresztą je łamię, gdyż brakuje podstaw prawnych do wykonywania takich czynności przez lekarzy nieposiadających stosownych upoważnień ani umów.

Przepisy sprzed wieków

Przepisy mówią, że na miejsce zgonu poza szpitalem powinien przyjechać lekarz, który jako ostatni badał pacjenta w ciągu 30 dni przed jego śmiercią. Jeżeli zmarły przebywał ostatnio w szpitalu, powinien pojawić się ktoś z tej właśnie lecznicy. Jeżeli odwiedził specjalistę na drugim końcu Polski, to teoretycznie tenże lekarz powinien stwierdzić zgon.

Czytaj także

Co nowego w nauce?

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną