Nauka

Dzieci Wielkiego Brata

Wszyscy chcą korzystać z Internetu

Turcja Turcja Ozan Kose/AFP / EAST NEWS
Kolejne setki milionów internautów z Afryki, Azji, Ameryki Południowej podłączają się do sieci. Dramatycznie zaostrza to pytanie o kontrolę Internetu i kontrolę nad obywatelami sprawowaną poprzez Internet.
EgiptHugh Sitton/Corbis Egipt
IndieNathan G/EPA/PAP Indie
KeniaDavid Mbiyu/Demotix/Corbis Kenia

Mężczyzna zajmujący sąsiednie miejsce przy konferencyjnym stole przedstawia się: – Jahid Mohseni z Afganistanu. Gdy wyjaśniam, że jestem from Poland, not Holland, w odpowiedzi słyszę: – Macie świetne siły specjalne. Dyskretna weryfikacja w Google ujawnia, że Mohseni więcej wie o polskim zaangażowaniu zbrojnym w Azji Środkowej niż większość ludzi w Polsce. Kieruje i współtworzył Moby Group, konglomerat medialny z siedzibą w Kabulu. Grupa działa jednak nie tylko w Afganistanie, jej ambicje rozlewają się z powodzeniem na cały region.

Mohseni pochodzi z kosmopolitycznej rodziny, dorastał i kształcił się w Australii, czuje się jak w domu w Melbourne, Londynie, Dubaju i Kabulu. To jednak z Afganistanem i regionem wiąże przyszłość. Jak wyjaśnia, nie jest kuriozum – coraz więcej młodych Afgańczyków kształci się za granicą, robią doktoraty na amerykańskich uczelniach i wracają. – To kwestia czasu, kiedy młodzi przejmą władzę – zapewnia. Jest ich więcej, są lepiej wykształceni, bez kompleksów i mają do swej dyspozycji technikę umożliwiającą, tak jak Mohseniemu, realizację globalnych ambicji.

Siła sieci

Siła formuły „demografia + wykształcenie + Internet i telefonia komórkowa” wstrząsa kolejnymi krajami. Arabscy dyktatorzy – Ben Ali w Tunezji i Hosni Mubarak w Egipcie – utracili władzę, bo nie dostrzegli, że mimo pełnej kontroli społeczeństwa sprawowanej przez policję polityczną, na scenę wkroczył nowy podmiot organizujący się zarówno poza starymi strukturami społecznymi, jak i poza mackami aparatu bezpieczeństwa. Gdy młodzi opuścili swe wirtualne nisze i wyszli na ulice, okazało się, że reprezentują realną, a nie wirtualną moc.

Nie inaczej stało się w Polsce, gdzie zimą 2012 r. młodzi oderwali się od komputerów, by zaprotestować przeciwko ACTA, czyli międzynarodowemu porozumieniu o zwalczaniu podróbek i piractwa komputerowego. Premier Donald Tusk, choć jego rząd porozumienie ratyfikował, pod wpływem protestu zmienił zdanie.

Obecnie przyspieszony kurs cyfrowej nowoczesności odbiera premier Turcji Recep Erdoğan. W ciągu dekady jego rządów Turcja stała się kwitnącą zieloną wyspą, dochód Turków na głowę się zwielokrotnił. Ekspansja gospodarcza wyzwoliła marzenia o ekspansji politycznej. Jednak młodzi Turcy, zamiast dzielić marzenie o odbudowie imperium, skrzyknęli się za pomocą Twittera, by bronić kilku nędznych drzew na stambulskim placu Taksim.

Każda z opisywanych rewolt była zupełnie odmienna i podobna zarazem. Odmienna, bo nawet Tunezji rządzonej przez Ben Alego nie sposób było porównać do Egiptu Hosniego Mubaraka. A tym bardziej do demokratycznej Polski czy Turcji. Wszędzie jednak powtórzył się podobny schemat – na scenie ujawniła się nowa forma zbiorowej podmiotowości. Niepokoi ona polityków, wywołuje popłoch w tradycyjnych mediach. Politycy potrzebują konkretnego partnera do rozmowy, media – konkretnych bohaterów. Gdy jednak pytano zgromadzonych na placu Taksim: kto wami kieruje?, odpowiadali bez wahania: nikt. Premier Erdoğan nie dał się zwieść i szybko znalazł winnego zamieszania – to Twitter, popularny internetowy serwis społecznościowy.

Prokuratura aresztowała zatem w Izmirze blisko 30 aktywistów za podżeganie na Twitterze do wywrotowej działalności. Do gry szybko włączyli się dyplomaci Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej – z Twittera uczynili główny kanał komentowania sytuacji, bezlitośnie w ten sposób ośmieszając anachronizm Erdoğana. Cios bolesny, wszak turecki przywódca pracowicie budował swój wizerunek wielkiego modernizatora, umiejętnie łączącego tradycję z nowoczesnością.

Z kolei media szukające bohaterów rzuciły się na „dziewczynę w czerwonej sukience”. Ceyda Sungur, pracownica politechniki w Stambule, stała się mimo woli ikoną protestów, gdy fotoreporter utrwalił moment, jak policjant brutalnie atakuje idącą spokojnie kobietę strumieniem gazu łzawiącego. To jednak nie Sungur ani nawet nie owa trzydziestka aresztowanych twitterowców wywołała zamieszki. Mniejsza o rzeczywiste, szczegółowe przyczyny, wszystkie te internetowe rewolucje łączy wspólna cecha – wyraża się w nich cywilizacyjne pęknięcie biegnące przez cały świat. Nie dzieli ono globu na demokracje i tyranie, bogatą Północ i biedne Południe. Linia podziału biegnie w poprzek społeczeństw, oddzielając analogową rzeczywistość tradycyjnego ładu instytucjonalnego od kształtującego się dopiero, amorficznego jeszcze, lecz pełnego energii świata cyfrowego.

Energię tę można było zrozumieć podczas majowego Stockholm Internet Forum – na zaproszenie Carla Bildta, ministra spraw zagranicznych Szwecji, do Sztokholmu przyjechali przedstawiciele blisko 100 państw, głównie z krajów rozwijających się, by zastanawiać się nad nowym cyfrowym światem.

Nowe rynki

Kolejny miliard internautów pochodzić będzie z krajów tzw. Globalnego Południa. Tylko w Indiach prawie pół miliarda mieszkańców nie skończyło jeszcze 25 lat, niemal wszyscy korzystają już z telefonów komórkowych i wszyscy chcą korzystać z Internetu. Jeśli tego nie robią, to ze względu na niedostatki infrastruktury.

W sąsiednim, biedniejszym Pakistanie z Internetu korzysta już ok. 30 proc. mieszkańców. Dostęp do cyfrowych mediów stał się już na tyle oczywisty, że przyczynił się do zguby Osamy ibn Ladena. Nawet bowiem w Pakistanie podejrzenie musiała wzbudzić zamieszkana posesja niekomunikująca się z zewnętrznym światem. Środek bezpieczeństwa mający ochronić kryjówkę szefa Al-Kaidy okazał się we współczesnym świecie śmiertelnie niebezpieczny.

Nie inaczej jest w Afryce, gdzie nawet w Somalii konkuruje ze sobą kilku operatorów sieci komórkowych, choć do dziś w tym kraju praktycznie nie działa rząd. Ekonomiści szacują, że obecne przebudzenie gospodarcze krajów afrykańskich byłoby niemożliwe bez telekomunikacyjnej rewolucji – upowszechnieniu dostępu do telefonów i Internetu przypisać można nawet połowę wzrostu PKB. Lub prościej – wzrost nasycenia telefonami komórkowymi o 10 proc. przekłada się w Afryce na wzrost PKB od 0,5 do 1 proc.

O tym efekcie ekonomiści i obserwatorzy cyfrowej rzeczywistości wiedzieli już co najmniej od połowy pierwszej dekady bieżącego stulecia. Symboliczny przełom nastąpił w 2005 r. Społeczność internautów na świecie osiągnęła wtedy 900 mln, połowa z nich zamieszkiwała kraje rozwinięte, połowa rozwijające się. Podobnie ustaliły się proporcje, jeśli chodzi o dostęp do telefonów komórkowych. Wiadomo było, że od tego momentu o dynamice dalszego rozwoju cyfrowej komunikacji decydować już będą mieszkańcy Azji, Afryki i Ameryki Południowej.

Zachodnie koncerny technologiczne zacierały ręce na widok nowych, obiecujących, bo gigantycznych, rynków. Jednocześnie jednak pojawiły się sygnały zapowiadające kłopoty. To właśnie w owym symbolicznym 2005 r. w Tunezji odbył się szczyt Międzynarodowej Unii Telekomunikacji. W trakcie obrad po raz pierwszy pojawił się postulat, że czas zmienić sposób zarządzania globalną siecią – nie ma żadnego powodu, by faktyczną kontrolę w świecie, w którym liczebnie dominują Chińczycy, sprawowali Amerykanie.

Wtedy jednak jeszcze za politycznymi roszczeniami nie stały armaty – to znaczy technologie – Amerykanie rządzili wraz ze swymi europejskimi sojusznikami, bo to w Krzemowej Dolinie oraz w laboratoriach Nokii, Ericssona i Siemensa powstawały rozwiązania technologiczne, usługi i modele biznesowe decydujące o rozwoju sieci. Nie minęła nawet dekada, a chiński Huawei rozpycha się na nowych rynkach, skutecznie wypierając europejskich konkurentów. W ślad za nim idzie indyjski Airtel Bharti – koncern telekomunikacyjny, który wymyślił, jak działać z zyskiem na rynkach, gdzie klient może zapłacić za usługę dziesiątą część tego, co mieszkaniec bogatego Zachodu.

Gdy zaś już firmy takie, jak Huawei i Airtel Bharti, zbudowały infrastrukturę, ruszył Jahid Mohseni i tysiące podobnych przedsiębiorców, by budować usługi odpowiadające Afgańczykom, Nigeryjczykom i Brazylijczykom. Facebook stał się najpopularniejszym serwisem społecznościowym w wielu krajach świata, w Nigerii przegrywa jednak z rodzimym 2Go. Gdy po wyborach prezydenckich w Kenii w 2008 r. wybuchły zamieszki, kenijscy aktywiści opracowali serwis Ushahidi. Miał służyć zbieraniu informacji o wybuchach przemocy – wiadomość mógł wysłać każdy esemesem, informacje zbierane były na platformie internetowej, gdzie po weryfikacji składały się na aktualizowaną ciągle mapę sytuacji. Rozwiązanie sprawdziło się na tyle dobrze, że stało się kenijskim produktem eksportowym i służy dziś na całym świecie do monitorowania sytuacji kryzysowych. Korzystali z niego ratownicy po trzęsieniu ziemi na Haiti i w Polsce po powodzi w 2010 r.

Między wolnością a kontrolą

W całej Afryce pączkują technologiczne inkubatory. A Ushahidi to nieodosobniony przypadek. W Lusace, w Zambii, działa BongoHive – węzeł łączący aktywistów społecznych, techników i programistów, którzy wspólnie rozwijają aplikacje dla Internetu i telefonów komórkowych, pomagające mieszkańcom Afryki w codziennym życiu. Nnenna Nwakanma, zwana „matką Internetu w Republice Wybrzeża Kości Słoniowej”, emanowała w Sztokholmie tą nową energią, przekonując przedstawicieli zachodnich korporacji: „Nie potrzebujemy waszych technologii, które chcecie wcisnąć naszym skorumpowanym rządom za ciężkie miliony. Wiemy sami, czego chcemy, i potrafimy to zrobić, a jeśli połączymy tysiące ludzi i każdy da pół dolara, zbierzemy potrzebne środki. Na tym polega innowacja”.

Przedstawiciele dawnych europejskich kolonii pytali wprost Cecilię Malmström, komisarz Unii Europejskiej: „Kiedy Komisja Europejska postawi przed sądem firmy sprzedające antydemokratycznym, autorytarnym reżimom technologie umożliwiające inwigilację i prześladowanie obywateli?”. W odpowiedzi padały jeszcze bardziej kłopotliwe komentarze, formułowane przez nielicznych przedstawicieli Zachodu: przecież eksportowane z krajów Unii i ze Stanów Zjednoczonych technologie wykorzystują również demokratyczne rządy Szwecji, Wielkiej Brytanii i USA, by szpiegować swoich obywateli.

Carl Bildt próbował bronić honoru Zachodu, przekonując, że w krajach demokratycznych elektroniczna inwigilacja odbywa się w granicach prawa i społecznej kontroli. Szwedzki minister nie mógł przewidzieć, że dwa tygodnie po Forum wybuchnie skandal o nazwie PRISM, ujawniający totalny wręcz wymiar inwigilacji komunikacji elektronicznej w demokratycznych Stanach Zjednoczonych. To właśnie takie skandale powodują, że uczestnicy kolejnych internetowych rewolt na świecie nie patrzą już na Zachód jako wzór, z którego mogliby czerpać rozwiązania dla swoich problemów. To właśnie dlatego Julien Assange, twórca Wikileaks – złej sławy serwisu publikującego tajne informacje amerykańskiej dyplomacji – twierdzi na łamach „The New York Times”: zatarła się nie tylko technologiczna granica między krajami demokratycznymi i dyktaturami. Społeczeństw, których rządy w coraz bardziej nieograniczony sposób szpiegują swoich obywateli, nie sposób już dłużej nazywać demokratycznymi.

Assange w swym polemicznym zapale przesadza. Rzecz jednak nie w tym, by udowadniać, że w Polsce panuje większa wolność niż na Białorusi, a w Stanach Zjednoczonych niż w Rosji. Sztokholmskie Forum pokazało jak w soczewce, że głównym sporem współczesnego świata jest konflikt między wolnością a kontrolą. Internet stał się przestrzenią, gdzie starła się utopijna wizja nieograniczonej wręcz swobody z ponurą wizją Panoptykonu. I to właśnie w Internecie rozstrzygnie się spór o przyszłość świata, a o wyniku zadecyduje generacja młodych, wściekłych, wykształconych i podłączonych do sieci.

Polityka 25.2013 (2912) z dnia 18.06.2013; Nauka; s. 68
Oryginalny tytuł tekstu: "Dzieci Wielkiego Brata"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

„Motel Polska”, czyli perwersyjna propaganda PiS

O nie, „Motel Polska” to nie jest produkcja żenująca. Nie jest obciachem, popisem złego gustu i amatorszczyzny. To produkt jak najbardziej przemyślany, diablo przewrotny i wyrachowany.

Jan Hartman
01.12.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną