Nauka

Nauka dla zysku, zysk dla nauki

Spór o innowacyjność

Wprowadzony podział badań naukowych na podstawowe i stosowane  stworzył fałszywą dychotomię. Wprowadzony podział badań naukowych na podstawowe i stosowane stworzył fałszywą dychotomię. buchachon / PantherMedia
Co powinno być priorytetem w finansowaniu nauki? 90 proc. urobku naukowego to bzdety. Warto to sobie uświadomić, zanim utopimy kolejne miliardy złotych.
Prowadzone w Polsce dyskusje o nauce są od lat oparte na przebrzmiałych mitach.Ben Hupfer/Corbis Prowadzone w Polsce dyskusje o nauce są od lat oparte na przebrzmiałych mitach.
Prof. Maciej W. Grabski - były wieloletni prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.Damian Ruciński/Reporter Prof. Maciej W. Grabski - były wieloletni prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

Obywatele Nauki [ich stanowisko publikujemy pod artykułem - red.], zacna grupa naukowców reprezentujących różne dyscypliny i instytuty, w jednym ze swoich ostatnich opracowań polemizujących z założeniami Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój, przygotowywanego przez Ministerstwo Rozwoju Regionalnego i zalecającego inwestowanie w innowacje, kategorycznie oznajmili: „Prawdziwa, głęboka innowacyjność, czyli pojawianie się nowych idei, pochodzi tylko i wyłącznie z prowadzonych w nieskrępowany sposób badań podstawowych. Plan finansowania tylko badań stosowanych zakłada, że te nowe idee już gdzieś tu są i będziemy mogli je rozwijać”.

Mamy tu do czynienia z niepokojącym i powszechnym nie tylko w Polsce zjawiskiem, że naukowcy, stosujący w swoich badaniach twarde reguły metody naukowej, porzucają je łatwo, gdy przejmują rolę lobbystów w swoich sprawach. Prowadzone w Polsce dyskusje o nauce są od lat oparte na przebrzmiałych mitach – nie wnoszą nic nowego i powtarzają stereotypy. Pierwszy z tych mitów mówi, że badania podstawowe są źródłem innowacyjności i ekonomicznego wzrostu. Drugi, wynikający z poprzedniego, że dla osiągnięcia wzrostu gospodarczego i dobrobytu należy po prostu zwiększyć nakłady na badania podstawowe.

Mity te mają swoje źródło w Arystotelesowskim priorytecie wysiłku umysłu nad wysiłkiem rąk, a najdobitniejsze ich sformułowanie przypisywane jest Vennavarowi Bushowi. W czasie II wojny światowej kierował on w Stanach Zjednoczonych Biurem Badań Naukowych i Rozwoju (OSRD), wsławionym skuteczną realizacją wszystkich najważniejszych programów wojskowych, łącznie z początkowym stadium projektu Manhattan. W 1945 r. w słynnej książeczce „Science, the Endless Frontier: a Report to the President” (Nauka, bezkresna granica: raport dla prezydenta) przedstawił ideę, która miała skłonić rząd federalny do podjęcia finansowej odpowiedzialności za powojenny rozwój badań (przed wojną rząd federalny USA w zasadzie nauki nie finansował). Wynikało z niej pośrednio założenie, że rozwój nauki następuje liniowo – od badań podstawowych (w domyśle – uniwersyteckich) do stosowanych (przemysłowych) – i stanowi podstawę dobrobytu gospodarczego.

Bush został powszechnie uznany za twórcę systemu polityki naukowej w USA, mimo że jego idealistyczna wizja organizacji badań nie została nigdy politycznie wykorzystana. Ale stworzony przez niego dla taktycznych celów konstrukt, nazwany wkrótce modelem liniowym, wywarł silne wrażenie na naukowcach i dlatego do dzisiaj, ze zrozumiałych względów, jest na całym świecie przedmiotem czci, szczególnie wśród przedstawicieli najbardziej kosztownych dyscyplin. Głoszony jest nadal, mimo że po zakończeniu zimnej wojny politycy i społeczeństwo coraz częściej stawiają pytanie: a właściwie co my z tego mamy? I na to pytanie trzeba umieć precyzyjnie odpowiedzieć.

Model liniowy

Niewielu ludzi, włączając w to rządowych biurokratów, nadal wierzy w model liniowy, mimo że jest on trywialnie prawdziwy, gdyż trudno wykorzystywać wiedzę naukową, jeśli ktoś by jej wcześniej nie stworzył. Problem w tym, że akademickie lobby, przyznając się do monopolu na wytwarzanie tej nowej wiedzy, doprowadziło do rozpowszechnienia przekonania, że inwestycje w badania podstawowe są same z siebie warunkiem wystarczającym dla uzyskania sukcesu w zastosowaniach przydatnych gospodarce. Model ten jednak nie ma żadnego naukowego uzasadnienia. A nawet jeśli rzeczywiście badania podstawowe napędzają innowacyjność, czy to oznacza, że większe na nie nakłady przyspieszą proces? Niestety, nikt tego nie wie.

Dyskusję utrudnia fakt, że tzw. badania podstawowe są bardzo nieprecyzyjnym terminem: Bush obejmował nim te podejmowane bez myśli o ich praktycznym zastosowaniu, ale ten termin dotyczy też badań akademickich, autonomicznych, czystych, frontowych, fundamentalnych, nieskrępowanych, inicjowanych ciekawością uczonego, inspirowanych oddolnie, strategicznych, swobodnych, uniwersyteckich etc. Stosowanie tych terminów zamiennie powoduje powstanie ogromnego zamętu pojęciowego.

Oczywiście, nie można negować potrzeby prowadzenia badań inspirowanych ciekawością, gdyż stanowią rdzeń rozwoju nauki i nikt rozsądny nie będzie postulował ograniczania uczonych w podejmowaniu nowych wyzwań. Ale bardzo rzadko się zdarza, by czyniąc to, nie myśleli oni o możliwych pożytkach z tego wynikających. Jak zauważył Donald Stokes w książce „Pasteur’s Quadrant: Basic Science and Technological Innovation” (Kwadrant Pasteura: nauki podstawowe i innowacje technologiczne), naukowcy motywowani są w równej mierze dążeniem do rozszerzenia obszaru poznania, jak i zwiększeniem obszaru umiejętności. Można jednak niejednokrotnie odnieść wrażenie, że wołającym o nieskrępowane badania podstawowe uczonym tak naprawdę chodzi nie tyle o ich wolność, ile o pełną autonomię – aby nikt im się nie wtrącał do tego, jak i na co wydają pieniądze, które otrzymali od państwa. Jak jednak słusznie zauważył Jan Kozłowski w numerze 7–8/13 „Forum Akademickiego”, w sytuacji gdy na świecie jest 5 mln naukowców, a nad rządami kontrolę sprawują parlamenty, media i sieć, tak daleko posunięta autonomia uczonych nie jest już możliwa. Od czasu, gdy oświecone monarchie zostały zastąpione przez demokratyczne republiki, jest to cena, którą płacimy za to, że nauka jest finansowana przez państwo.

Wprowadzony przez Busha podział badań naukowych na podstawowe i stosowane stworzył jednak fałszywą dychotomię. Utrwaliła się ona w świadomości uczonych i polityków na całym świecie i przez dziesięciolecia utrudniała tworzenie spójnej polityki naukowej. Dzisiaj – jak podkreślił kanadyjski badacz polityki i statystyki naukowej Benoit Godin – jest to jedynie retoryczny zabieg, wykorzystywany przez naukowców w staraniach o wsparcie finansowe, przez inżynierów do podwyższenia statusu własnej dyscypliny, a przez biznes do przyciągania uczonych do swoich laboratoriów. Z punktu widzenia rozwoju nauki ta dychotomia okazała się szkodliwa.

Natomiast ma znaczenie odróżnianie nauki od technologii, bo to są dwa różne byty o różnych celach: nauka służy do generowania potwierdzonej wiedzy, a technologia – zysku, chociaż coraz częściej są one ze sobą nierozerwalnie splecione (np. biotechnologia czy nanotechnologia). W systemie finansowania badań istotne znaczenie ma też ich podział na te, które są inspirowane przez uczonych, oraz te, do których inspiracja pochodzi z potrzeb determinowanych na poziomie rządowym. Taką funkcję od niedawna spełniają w Polsce odpowiednio Narodowe Centrum Nauki oraz Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. To, czy badania finansowane przez te agencje nazwiemy podstawowymi czy też stosowanymi, nie ma z merytorycznego i epistemologicznego punktu widzenia żadnego znaczenia.

Nauka a dobrobyt

Już pół wieku temu zdano sobie sprawę, że zależność między badaniami a dobrobytem jest częściej odwrotna w stosunku do tej, którą opisuje model liniowy, gdyż zwykle to nie nauka prowadzi do dobrobytu, ale dobrobyt wspiera naukę. I to właśnie dlatego istotny wzrost nakładów na badania pojawia się dopiero po przekroczeniu pewnego poziomu PKB per capita (porównując wydatki na naukę w różnych krajach, nie można nie brać tego pod uwagę). Co więcej – jak wykazał m.in. wspomniany Donald Stokes – związek między badaniami podstawowymi a innowacyjnością gospodarki jest luźny, złożony i wielokierunkowy, przy czym zbadane historie najważniejszych innowacji sugerują, że badania podstawowe znacznie częściej wpłynęły na nie pośrednio niż bezpośrednio. A bardzo często zdarza się też kierunek odwrotny, gdy to innowacje inspirują podjęcie badań podstawowych.

Np. sztandarowa innowacja XX w., wynalazek tranzystora, powstała w laboratorium Bell Telephone Company z pilnej potrzeby rynku, zanim zrozumiano naturę jego działania, co doprowadziło do powstania nowego działu fizyki ciała stałego i przyniosło jego autorom Nagrodę Nobla. Liczne studia prowadzone w ostatnich dziesięcioleciach potwierdzają, że blisko 90 proc. najbardziej zaawansowanych technologicznie produktów powstało w wyniku badań rozwojowych prowadzonych wewnątrz przemysłu, a tylko w ok. 10 proc. opierało się na pracach naukowych opublikowanych w poprzedzającej dekadzie.

Najważniejsze innowacje pojawiają się więc bezpośrednio w środowisku przedsiębiorców działających w ostrej konkurencji wolnego rynku. Gdy nie ma obawy, że z tego rynku można zostać wypartym, nie trzeba się troszczyć o innowacyjność. Skrajnych przykładów dostarczają z jednej strony ZSRR, który dysponował potężnie rozbudowaną nauką, lecz uległ degradacji właśnie w wyniku braku innowacyjności, a z drugiej Japonia, która wykazała się niezwykłą innowacyjnością, nie posiadając własnej nauki.

To dowodzi, że sama nauka, bez spełnienia jakichś dodatkowych warunków, nie staje się źródłem innowacji. Przykład Japonii dobrze wskazuje te źródła. System, na którym opiera się jej rozwój przemysłowy i technologiczny, jest od dziesięcioleci niezmienny i składa się z trzech elementów: 1) polityki rządowej, która ma zachęcać do adaptowania i wykorzystywania zagranicznych technologii i sprzyjać tworzeniu edukacyjnej infrastruktury; 2) rozproszonego i silnie konkurencyjnego sektora prywatnej przedsiębiorczości, który jest otwarty na nowe technologie i potrafi je udoskonalać; 3) politycznego i ideologicznego klimatu, który pozwala na stworzenie konsensu w sprawie warunków rozwoju kraju.

Przepisy to za mało

Podstawową składową programów rozwoju innowacyjności jest wykształcenie akademickie (u siebie, a jeśli go brak – to za granicą), a więc takie, w którym kształcenie powiązane jest z zaawansowanymi badaniami naukowymi. Rozwój innowacyjności zachodzi bowiem głównie nie poprzez transfer wyników badań z uniwersytetów do biznesu, lecz absolwentów i doktorów, którzy przyczyniają się bezpośrednio do wzrostu adaptacyjnych możliwości firm. Przemysł, który kieruje bardzo niewielką zresztą część swoich wydatków na badania uniwersyteckie, czyni to nie dlatego, że potrzebne mu są ich wyniki (jak uważają uczeni), lecz właśnie z potrzeby uzyskania wysoko wykształconych pracowników z doświadczeniem naukowym w interesujących przemysł obszarach.

Dla zaszczepienia ducha kreatywności i innowacyjności niezbędne jest ponadto istnienie odpowiedniej tkanki społecznej. Nie wystarczą ustawy i przepisy, bo nie w nich tkwi siła motoryczna, lecz w ludziach. Przepisy mogą jedynie sprzyjać jej wyzwoleniu. W społeczeństwie, w którym dominuje wzajemna nieżyczliwość, wrogość i brak zaufania – i w którym wolność gospodarcza jest ograniczona – nie powstanie kapitał społeczny niezbędny dla innowacji.

Historia rozwoju gospodarczego pokazuje, że zwykle to właśnie rozwój nowych potrzeb, umiejętności lub technologii, które mają związek z rynkiem, prowadzi do zwiększenia nakładów na związane z nimi dziedziny nauki. Z jednej strony dzieje się tak w celu zapewnienia przewagi nad konkurencją, a z drugiej – rządy, zainteresowane rozwojem gospodarki, pod naciskiem rynku zmuszone są do finansowania edukacji niezbędnych do tego ludzi (tak się zdarzyło np. w przypadku firmy Nokia w Finlandii).

I jeszcze uwaga na zakończenie: nigdy jeszcze na naukę w Polsce nie przeznaczano tak wielkich pieniędzy jak obecnie. Ale nie można zapominać, że do badań naukowych (tak jak i do innych obszarów działalności ludzkiej) stosuje się prawo Pareto (tzw. prawo 80/20), zgodnie z którym 80 proc. dorobku nauki wytwarza zaledwie 20 proc. naukowców. Moje własne obserwacje prowadzą do wniosku, że do naukowej rzeczywistości odnosi się ostrzejsze prawo Sturgeona, według którego 90 proc. wszystkiego to bzdety, co zmusza do wysiłku, aby utrzymać się po niebzdetowej stronie. Bo nauka jest albo bardzo dobra, albo żadna.

Trzeba być więc niezwykle ostrożnym, gdyż wprowadzenie pieniędzy do systemu, którego reforma wciąż nie jest zakończona i który jeszcze nie potrafi bezbłędnie identyfikować obszarów doskonałości, równocześnie bezwzględnie eliminując to, co nic niewarte, może doprowadzić do niesłychanego marnotrawstwa. Bo cóż z tego, że wybudujemy wspaniałe laboratoria, gdy nie starczy ani dobrych ludzi, ani pomysłów do zapełnienia ich dobrą nauką?

Prof. dr hab. inż. Maciej W. Grabski jest emerytowanym wykładowcą Politechniki Warszawskiej, byłym wieloletnim prezesem Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

 

Odpowiedź przedstawicieli Ruchu Społecznego Obywateli Nauki na artykuł prof. Macieja W. Grabskiego:

Cieszymy się, że autorytet tej miary zechciał wypowiedzieć się na łamach prasy w kwestiach o żywotnym znaczeniu dla nauki w Polsce. Nie tracimy nadziei na to, że dzięki temu i podobnym głosom w mediach znajdzie się miejsce na rzetelną dyskusję o wieloletnich strategiach jej rozwoju i koniecznych zmianach.

Rozpoczynając swój tekst, prof. Grabski powołał się na fragment opinii ruchu społecznego Obywateli Nauki do projektu Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój, przygotowywanego w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego. Nasz dokument stał się dla Autora punktem wyjścia do krytyki działań i poglądów, które nie są poglądami Obywateli Nauki. Ponieważ nie chcemy, by w związku z taką konstrukcją tekstu prof. Grabskiego powstało mylne wyobrażenie o celach naszego ruchu, zdecydowaliśmy się przygotować niniejszą odpowiedź. Chcielibyśmy także wskazać, że stanowisko prof. Grabskiego, choć w części zbieżne z opiniami Obywateli Nauki, zawiera jednak szereg twierdzeń, z którymi nie możemy się zgodzić.

Zgadzamy się z poglądem prof. Grabskiego na temat wad sztywnego podziału nauk na stosowane i podstawowe. Doskonale wiemy, że nie ma sztywnej bariery między badaniami podstawowymi i aplikacyjnymi i że przepływ idei zachodzi w obie strony. Nie widzi tego za to obecny system finansowania, który opiera się na krytykowanym przez prof. Grabskiego modelu liniowym (najpierw grant z NCN, którego wyniki mają być z założenia nieprzydatne w praktyce – badacz potwierdza tę nieprzydatność własnym podpisem w formularzu aplikacyjnym - a potem kolejne etapy w NCBiR; jednocześnie proporcje środków na odpowiednie obszary badań są odwrócone (20% NCN, 80% NCBiR).

W naszej opinii dotyczącej POIR zwracaliśmy uwagę na zupełnie inną kwestię, a mianowicie na to, że w obecnej postaci projekt POIR nie przewiduje de facto jakiegokolwiek finansowania badań podstawowych. Zatem zgodnie ze stwierdzeniem prof. Grabskiego, że obecnie nauki stosowane i podstawowe to jedno, zastanawiamy się, dlaczego te drugie mają być pozbawione możliwości aktywnego uczestnictwa w programie POIR? Co do finansowania badań stosowanych, uważamy, że udział przemysłu powinien być tu wyraźnie zwiększony i wydaje nam się to postulatem oczywistym, także wobec sprawdzonej praktyki innych gospodarek światowych. Natomiast niezbywalną rolą państwa jest finansowanie badań podstawowych (i kształcenia akademickiego), gdyż stanowią one infrastrukturę myślową dla innowacyjności. Posłużmy się analogią: zdrowe państwo buduje drogi i linie kolejowe, ale nie prowadzi z reguły firm przewozowych.

Musimy zaprotestować przeciwko sugerowaniu, jakoby celem Obywateli Nauki było wprowadzenie rozwiązań umożliwiających badaczom unikanie kontroli nad sposobem wydawania publicznych pieniędzy przeznaczonych na badania. Wielokrotnie podkreślaliśmy, że jednym z podstawowych warunków, jakie musi spełniać nauka i naukowcy, by uczciwie realizować swe społeczne zadania, to wprowadzenie zasady pełnej transparentności finansowej i proceduralnej. Podkreślmy, że chodzi o pełną transparentność zarówno po stronie grantodawców, jak i grantobiorców - poczynając od regulaminów konkursów grantowych, poprzez procedury recenzyjne, aż po publikację wyników badań. Ten postulat ON nie został jak dotąd spełniony, a nasze postulaty wiele osób, także reprezentujących tzw. nauki stosowane, uznało za nazbyt radykalne.

Uważamy natomiast, że realizacja powyższej zasady nie może skutkować zarzuceniem podstawowego warunku funkcjonowania nauki, mianowicie swobody badań naukowych, a więc podejmowania tematów badawczych również w celach czysto poznawczych. Nie można sprowadzać oceny wartości naukowej prowadzonych badań do oceny możliwości ich natychmiastowego praktycznego zastosowania i finansowej zyskowności. Przykłady ręcznego sterowania nauką i narzucania jej tematów (czy to dyktowane ideologią, czy ekonomią) zwykle kończyły się źle.

Podtrzymujemy i będziemy podtrzymywać pogląd, że badania stosowane nie są możliwe bez badań podstawowych. Jak obrazowo napisał niedawno, cytując George’a Smoota, amerykańskiego astrofizyka, prof. Andrzej Jajszczyk, szef NCN: “Gdyby ludzie prowadzili tylko badania stosowane, nadal wytwarzalibyśmy wyłącznie coraz lepsze dzidy”. [http://www.ncn.gov.pl/sites/default/files/pliki/centrum-prasowe/2012.07.18-GW-badania-podstawowe.pdf]

Sięgnijmy do konkretów: badaczka rozwoju nauki, prof. Mariana Mazzucato, wykazała, że liczne innowacje technologiczne ostatnich dwóch dekad przypisywane przemysłowi prywatnemu wyrosły na gruncie państwowym: np. założyciele Google rozwijali algorytmy wyszukujące najpierw jako doktoranci finansowani z grantów publicznych, Internet i GPS to projekty militarne, do rozwoju ekranów dotykowych dorzucała się również CIA, a postęp robotyki nie byłby możliwy bez całkowicie na pozór abstrakcyjnych prac lingwistów i kognitywistów.

W naszej opinii mylne jest przekonanie, jakoby transfer między jednostkami akademickimi a biznesem nie miał znaczenia dla gospodarki. Wystarczy zajrzeć choćby do ostatniego numeru czasopisma naukowego “Nature Biotechnology” (wyd. z 26 IX 2013) [http://www.nature.com/bioent/2013/130901/full/bioe.2013.11.html]. Wymieniono tam konkretne sumy związane z transferami technologii z czołowych uczelni w USA do przemysłu w roku 2012, w samych badaniach biomedycznych: kwoty przychodu brutto dla poszczególnych uczelni są rzędu dziesiątek czy nawet setek milionów dolarów, a przecież to tylko drobne ułamki wartości przedsięwzięć komercyjnych. Aby uświadomić sobie znaczenie tego transferu technologii, wystarczy eksperyment myślowy: jaki efekt dla gospodarki, głównie w USA, ale przez to i na całym świecie, miałoby zlikwidowanie całej tej współpracy między sektorem akademickim a przemysłem?   

Wszystkie te wątpliwości i rozbieżności wskazują, że dyskusja dotycząca poziomu finansowania nauki, trybu rozdzielania tych niewielkich środków, które są na naukę przeznaczane oraz strategicznych celów rozwoju nauki jest nam dzisiaj niezbędna. Musi to być jednak dyskusja wykraczająca poza podziały środowiskowe i wynikające z uprawiania różnych dyscyplin naukowych, niepoddająca się emocjom i pozamerytorycznym naciskom. ON starają się ją inicjować i aktywnie w niej uczestniczyć.

Na koniec jeszcze jedna uwaga - my też obawiamy się, że niedługo nasze nowoczesne laboratoria mogą zacząć świecić pustkami. Przyczyną tego nie będzie jednak raczej nadmiar pieniędzy wprowadzonych do systemu, lecz ich niewłaściwe lokowanie. W nawet najdoskonalszych laboratoriach młodzi naukowcy nie będą chcieli pracować, jeśli zaproponuje się im żenująco niskie pensje i loteryjny tryb zdobywania funduszy na przeważnie krótkoterminowe i jednorazowe projekty badawcze. Niektórzy uważają, że w taką stronę właśnie zmierzamy. My jesteśmy przekonani, że warunkiem koniecznym do poprawienia stanu nauki w Polsce jest zintensyfikowanie dialogu między decydentami i przedstawicielami różnych środowisk naukowych (m.in. tych reprezentujących nauki stosowane i podstawowe). W ten sposób można w pełni wykorzystać potencjał całej nauki, zamiast sztucznego nadmuchiwania jednych jej obszarów kosztem eliminowania innych.

prof. Wojciech Bal, Instytut Biochemii i Biofizyki PAN, Obywatele Nauki

prof. Janusz M. Bujnicki, Międzynarodowy Instytut Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie i Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, członek Akademii Młodych Uczonych PAN, Obywatele Nauki

dr Piotr Bentkowski, Instytut Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie, Obywatele Nauki

Polityka 41.2013 (2928) z dnia 08.10.2013; Ogląd i pogląd; s. 61
Oryginalny tytuł tekstu: "Nauka dla zysku, zysk dla nauki"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Adoptujemy zwierzęta, bo pełnią w naszych domach rolę wiecznych i wiernych dzieci

Gdy ruszamy na ratunek, aby ulżyć cierpiącemu stworzeniu, przede wszystkim chcemy pomóc samym sobie.

Elżbieta Turlej
26.11.2013
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną