Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Nauka

Uchem w przeszłość

Muzyka pradziejów

Apollo z lirą ukazany na naczyniu terakotowym, Delfy, 470 r. p.n.e. Apollo z lirą ukazany na naczyniu terakotowym, Delfy, 470 r. p.n.e. Leemage/Universal Images Group / Getty Images
Jaki brzmiała paleolityczna piszczałka kościana, co grano w antycznych teatrach i na ile w dzisiejszej muzyce zachowały się ślady muzyki sprzed tysięcy lat – na te pytania szukają odpowiedzi archeomuzykolodzy.
Grająca na podwójnych piszczałkach bogini Nike na rzymskiej lampce z terakoty.A. Dagli Orti/De Agostini/Getty Images Grająca na podwójnych piszczałkach bogini Nike na rzymskiej lampce z terakoty.
Kościana klepaczka w kształcie ręki bogini Hathor, Nowe Państwo, Egipt.A. Dagli Orti/De Agostini/Getty Images Kościana klepaczka w kształcie ręki bogini Hathor, Nowe Państwo, Egipt.
Sistrum z Pompejów z I w.n.e.A. de Gregorio/De Agostini/Getty Images Sistrum z Pompejów z I w.n.e.
Zachowane w Pompejach organy oraz ich przedstawienie na rzymskiej monecie.The Bridgeman Art Library/Getty Images Zachowane w Pompejach organy oraz ich przedstawienie na rzymskiej monecie.
Tibia pompejańskaAN Tibia pompejańska

Towarzyszy nam przez całe życie – uspokaja, ekscytuje, bawi, wzrusza, czasami denerwuje. Słuchanie muzyki na życzenie umożliwiają urządzenia znane od niedawna, ale jej obecność w życiu wspólnot ludzkich sięga głębokich pradziejów. Współcześni wykonawcy grają muzykę średniowieczną, bo to wtedy pojawiła się notacja pozwalająca zapisać melodię. Niektórzy starają się jednak poznać muzykę sprzed tysięcy lat.

Dotychczas archeomuzykolodzy traktowani byli trochę jak wariaci, bo rekonstrukcja muzyki przodków bez zapisów nutowych wydaje się zajęciem skazanym na porażkę. Teraz, w ramach European Music Archaeology Project (EMAP), mają możliwość dowieść, że pod pewnymi względami jest to możliwe. Na badanie muzycznego dziedzictwa Europy zdobyto 4 mln euro, przy czym – jak podkreśla Arnd Adje Both z Deutsches Archäologisches Institut – projekt ma wymiar naukowo-kulturalny, bo biorą w nim udział nie tylko naukowcy, lecz także artyści, a jego zwieńczeniem ma być multimedialna wystawa i seria koncertów.

Początków muzyki trzeba szukać w odgłosach natury: śpiewie ptaków, szeleście liści. Grzmoty piorunów czy szum ulewnego deszczu były odgłosami świata bogów i duchów, więc naśladowano je, by się do nich zbliżyć i zjednoczyć grupę, natomiast trzask pękającej gałązki zdradzał, gdzie jest zwierzyna, a dźwięki uderzanego kamienia jego jakość. Nic dziwnego, że muzyka miała wiele funkcji.

Paleolityczne gwizdki z paliczków renifera mogły służyć jako wabiki w trakcie polowań, odstraszać drapieżniki, a jednocześnie mieć znaczenie magiczne. Punktem odniesienia dla badaczy muzyki pradziejowej jest etnomuzykologia i porównanie znalezisk z instrumentami współcześnie żyjących ludów pierwotnych. – Chcemy przybliżyć ludziom europejskie dziedzictwo muzyczne i nawet jeśli nie jesteśmy go w stanie w pełni zrekonstruować, to nasze interpretacje opieramy na dostępnych źródłach, czyli zachowanych instrumentach, tekstach, ikonografii i etnografii – tłumaczy Olga Sutkowska, doktorantka z berlińskiego Universität der Künste i uczestniczka EMAP.

Odgłosy kamienia

Rupert Till z University of Huddersfield zadał sobie na przykład pytanie, jak brzmiała muzyka w Stonehenge? Z badań akustycznych we wnętrzu kręgu i w jego replice w Maryhill wynika, że między kamieniami powstawały drgania rezonansowe, które wzmacniały dźwięk. Till porównuje to do efektu, jaki uzyskuje się przy pocieraniu palcem po krawędzi kieliszka, i zaznacza, że wystarczał jeden instrument, by zrobić hałas.

Sceptykom od razu przychodzi do głowy wątpliwość, na ile jest to pewne, w końcu nie wiemy, jak Stonehenge wyglądało w przeszłości. – Prawda jest taka, że możemy korzystać tylko z tego, co się zachowało, i choć jest oczywiste, że im większą ilością danych dysponujemy, tym większe mamy szanse na sukces badawczy, lepiej coś robić, niż siedzieć z założonymi rękami – mówi Sutkowska.

Praca archeomuzykologa przypomina układanie puzzli, zwłaszcza na etapie klejenia zachowanych w kawałkach pradawnych instrumentów, które stanowią podstawowy materiał badawczy. Do najstarszych należą piszczałki z jaskiń Jury Szwabskiej datowane na 40–35 tys. lat. Piszczałka z jaskini Geißenklösterle ma trzy dziurki pozwalające wydobyć różnej wysokości tony. Na replice udało się zagrać cztery dźwięki podstawowe, a zwiększając siłę dęcia, trzy dodatkowe, co dało pentatoniczną skalę, wykorzystywaną do dziś w muzyce ludowej

.Twórca repliki, inżynier Friedrich Seeberger, twierdzi, że na fletach z Jury Szwabskiej grywano tylko solo, bo nie było możliwości stworzenia instrumentów, które by ze sobą idealnie stroiły. Jednak archeomuzykolog Ellen Hickmann ostrzega przed patrzeniem na muzykę pradziejową przez pryzmat współczesnej estetyki muzycznej, bo nie wiemy, jak wówczas grywano ani czy ludzie mieli potrzeby porządkowania tonów w skale i czy brak harmonii między instrumentami tak bardzo im przeszkadzał jak nam.

Wątpliwości dotyczą podstawowych spraw, o czym świadczy spór, czy kościane piszczałki ze szwabskich jaskiń są fletami, czy też wymagającymi stroika poprzednikami klarnetu (według niektórych w piszczałce z jaskini Hohefels w płasko obciętej górze rurki umieszczano pełniącą rolę stroika płytkę z kory brzozy lub rogu). Ponieważ nadających się do grania oryginałów piszczałek nie ma, w międzynarodowym projekcie budową ich replik zajmują się Cajsa Lund i Åke Egevad z Malmö oraz Jean-Loup Ringot z Bremy. Badacze zaczęli od zdobywania pozwoleń, bo po to, żeby piszczałki były identyczne z oryginałem, trzeba je wykonać z tych samych materiałów, czyli z kości chronionych dziś łabędzi i sępów. Gdy powstaną, będzie można sprawdzić, jak brzmiał koncert na kilka kościanych fujarek i czy rzeczywiście nie ma możliwości, by je ze sobą zestroić.

Dmuchanie w kości

Najstarsze instrumenty znalezione w grobowcach możnowładców sumeryjskich i egipskich liczą nawet 5 tys. lat. Jakość wykonanych z drewna, kości i metali szlachetnych instrumentów, liczne przedstawienia ikonograficzne i teksty o muzykowaniu, świadczą o dużym znaczeniu muzyki na Bliskim Wschodzie. Rewolucyjny wpływ na rozwój instrumentów dętych miało opanowanie umiejętności wytapiania brązu. Wykorzystywano go do budowy trąb nie tylko w Egipcie czy Mezopotamii, lecz także w Europie.

W połowie II tys. p.n.e. w Skandynawii budowano mierzące nawet 2,5 m brązowe lury, z których (stosując technikę oddechu cyrkulacyjnego, polegającą na jednoczesnym dmuchaniu i wciąganiu powietrza) wydobywano stały i huczący dźwięk. U Celtów popularne stały się długie rogi z brązu (carnyx), ale uczestnicząca w EMAP Raquel Jiménez Pasalodos z Hiszpanii zajęła się rekonstrukcją ceramicznych trąb celtyckich, a Olga Sutkowska, która jest nie tylko archeomuzykologiem, ale i oboistką, „wzięła na warsztat” rzymską tibię.

Podwójne piszczałki znane były na Bliskim Wschodzie już w III tys. p.n.e. jako embūbu i stamtąd najprawdopodobniej trafiły do Europy, przez Greków zostały nazwane aulosem, a przez Rzymian tibią. I choć badacze często te dwie nazwy stosują jako synonimy, to instrumenty te różniły się od siebie stopniem zaawansowania technicznego.

Pod koniec V w. p.n.e. w Grecji pojawił się mechanizm pozwalający ustawiać skalę, ale udoskonalono go dopiero w czasach Cesarstwa Rzymskiego, czego przykładem są imponujące tibie z kości, brązu i srebra znalezione w Pompejach – mówi Sutkowska. Najwspanialsze egzemplarze składają się z kościanej rurki z otworami palcowymi, pokrytej warstwą metalu, chroniącego ją przed uszkodzeniami. Do tego okucia przytwierdzano obrotowe pierścienie, mogące zakrywać otwory, co dawało instrumentowi większe możliwości dźwiękowe. Biorąc do ręki takie cudo, mam poczucie bezczasu, bo okazuje się, że rzymski muzyk grał na prawie tak doskonałym instrumencie jak ja – zachwyca się badaczka. Budowa tibii wprawiła w zdumienie brytyjskiego konstruktora instrumentów Petera Holmsa, który w ramach projektu podjął się budowy jej repliki. Sutkowska, która ma zamiar wystąpić z serią koncertów na tibię na zakończenie projektu, już teraz ćwiczy grę na podwójnych piszczałkach (na każdej z nich gra się jedną ręką). – Na razie gram na prostej replice aulosu, ale z niecierpliwością czekam na tibię, bo potrzebuję roku, by opanować mechanizm zmiany skali i nauczyć się modulowania nimi w trakcie gry.

Dźwięki szarpane

W antycznych teatrach, w trakcie procesji i w willach bogaczy grano na fletach, harfach, klarnetach, trąbkach i różnych instrumentach perkusyjnych, ale najbardziej powszechne były podwójne piszczałki i liry. Aulos łączono z bogiem wina i ekstazy Dionizosem, a składające się z pudła rezonansowego i ramy o dwóch ramionach lira czy kitara były instrumentami boga sztuki Apolla. Nic dziwnego, że dźwięki strun uchodziły za wzniosłe, a wprawiające w trans melodie wygrywane na piszczałkach rozbrzmiewały w trakcie bachanalii, zabaw i pogrzebów. Według prof. Stefana Hagela z Österreichische Akademie der Wissenschaften, również biorącego udział w EMAP, greccy aoidzi śpiewali homeryckie pieśni ku czci herosów zazwyczaj przy akompaniamencie czterostrunowego phorminxu.

Lirnicy grywali w miastach sumeryjskich w III tys. p.n.e. i być może już wtedy znali heptatonikę (siedmiotonową kolejność dźwięków). W tekstach klinowych mamy nawet informacje, które struny należało trącać, akompaniując sobie do danej pieśni, ale to za mało, by odtworzyć melodię, nie znamy bowiem nastrojenia instrumentu, rytmu i długości dźwięków.

Do rekonstrukcji muzyki nie przydają się też pojawiający się w egipskiej ikonografii cheironomiści – siedzący naprzeciw orkiestry „dyrygenci”, którzy wykonują dłońmi określone gesty. Choć niektórzy twierdzą, że system ten służył do zapisywania melodii, dla nas jest nieczytelny. Niemieckiemu archeomuzykologowi Richardo Eichmannowi udało się ustalić, że egipski system tonalny przypominał skalę znaną z muzyki orientalnej, nie na podstawie cheironomii, ale liczby progów na gryfie lutni z 1500 r. p.n.e.

Dopiero greccy muzycy wymyślili system liter zapisujących melodię. W połowie IV w. p.n.e. usystematyzował go Alypios. To dzięki niemu wiemy, że jedne litery ponad głoskami tekstu pieśni określały wysokość dźwięków, a drugie wskazywały na ich podwyższenie lub obniżenie (nasz # i bemol). Niestety i ten zapis nie jest jeszcze doskonały i nie wystarcza, by precyzyjnie określić wysokość dźwięków, nadal też brakuje informacji o rytmie i tempie muzyki.

Zapis melodii pojawia się na wazach w formie dymków przy ustach muzyków, ale dla rekonstrukcji muzyki cenniejsze są teksty pieśni z odnotowanymi przy nich literami-nutami. Ponieważ w ustalaniu rytmu pomaga znajomość metrum poezji greckiej, największy wkład w badania muzyki greckiej mają filolodzy. Problemem jest niewielka liczba zachowanych zapisów.

Można odtworzyć brzmienie, akustykę i możliwości techniczne antycznych instrumentów, ale to, co będziemy na nich grać, to w znacznym stopniu będzie nasze wyobrażenie o muzyce antycznej. Poza kilkunastoma zachowanymi i zinterpretowanymi melodiami greckimi, będziemy improwizować oraz grać utwory zamówione u współczesnych kompozytorów, którym damy „antyczne” wytyczne – mówi Sutkowska.

Muzyczne kontinuum

W antyku muzycy cieszyli się szacunkiem, a ci, którzy wygrywali olimpiady muzyczne, stawali się bohaterami i zbijali fortuny. Poza grupką wirtuozów była cała rzesza muzykantów zatrudnianych do grania na ślubach czy pogrzebach. W starożytności grywano także w zespołach, a praktyką wykonawczą było łączenie instrumentów przy różnych okazjach. Zespołowa gra na replikach pozwoli sprawdzić, jak mogły brzmieć koncerty antycznych orkiestr i czy jesteśmy w stanie słuchać tej muzyki z przyjemnością. Według Gerharda Kubika, austriackiego etnomuzykologa, zachwyt nad konkretnymi formami muzyki wynika z kultury, w jakiej się wychowywał słuchacz.

To przyzwyczajenie i kultura mają wpływ na to, w jaki sposób odbieramy i przekształcamy otaczające nas dźwięki w utwory muzyczne. Ogranicza nas tonalność dur-mol, ale Arabowie mają inne poczucie estetyki, a nawet lepiej niż my słyszą i śpiewają pewne dźwięki (np. oparte na interwałach wielkości 1/4 czy 1/3 tonu). A zatem można się spodziewać, że antyczna muzyka dla jednych byłaby drażniąca, innych by pewnie zachwyciła, podobnie jak niektórych zachwyca muzyka etniczna.

Z drugiej jednak strony badania wskazują, że muzyka nie zna granic i najtrwalsza jest właśnie w wydaniu ludowym. W końcu instrumenty muzyczne znane na Bliskim Wschodzie przeniknęły do Grecji, a Rzymianie rozpropagowali je w całej Europie. Europejska kultura muzyczna ma wspólne korzenie, a obecność pewnych instrumentów dowodzi kontaktów między różnymi kulturami na przestrzeni dziejów. Do największej zmiany doszło wraz z pojawieniem się chrześcijaństwa.

Tradycja grania na podwójnych piszczałkach, która miała ponad 3 tys. lat, została zerwana wraz z upadkiem Cesarstwa Rzymskiego. Chrześcijaństwo było przeciwne temu instrumentowi pełniącemu ważną rolę w pogańskim kulcie Dionizosa. Kościół potępił wywołujący stany euforyczne instrument i nadał mu wręcz diaboliczne znaczenie – tłumaczy Sutkowska. W Kościele odwrócono się od muzyki instrumentalnej i postawiono na śpiew, ale na dworach możnowładców nadal grano na lirach, a we wsiach na fujarkach.

A zatem muzyka zachodnia narodziła się z mariażu chóralnej muzyki kościelnej i muzyki ludowej, w której nigdy nie przestały pobrzmiewać archaiczne nuty i wykorzystano dawne instrumenty. I choć wydawać się nam to może dziwne, wiele instrumentów w późniejszych orkiestrach symfonicznych, uważanych za szczytowe osiągnięcie europejskiej muzyki, ma swoich antycznych przodków. – Głównym celem naszego projektu jest uświadomienie ludziom, że europejskie dziedzictwo muzyczne stanowi pewne kontinuum, a jego korzenie sięgają paleolitu, pierwszych cywilizacji na Bliskim Wschodzie i w basenie Morza Śródziemnego – podkreśla badaczka.

Za dwa lata na objazdowej wystawie (najbliżej nas będzie w Berlinie i Ystad) obejrzymy instrumenty sprzed tysięcy lat, a na koncertach usłyszymy, jak one brzmiały. I nawet jeśli nie będą to dokładnie te same utwory, które kiedyś zachwycały siedzących przy ogniu łowców reniferów, wyruszających na bitwę mykeńskich wojowników czy biesiadującego Platona lub Kleopatrę, to będziemy mogli wyobrazić sobie atmosferę ówczesnych koncertów, złapać klimat pradawnego muzykowania.

Polityka 19.2014 (2957) z dnia 06.05.2014; Nauka; s. 78
Oryginalny tytuł tekstu: "Uchem w przeszłość"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Pierwsza matura po deformie. Żeby zdać, trzeba szczęścia albo wielkich pieniędzy

Żeby przejść przez maturę, trzeba mieć dużo zdrowia albo spore pieniądze. A najlepiej jedno i drugie – mówią rodzice i nastolatki z pierwszego rocznika wykształconego w szkołach zreformowanych przez Annę Zalewską. Za sto dni podchodzą do trudniejszych niż dotąd egzaminów.

Joanna Cieśla
31.01.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną