Nauka

Fabryki przyszłości

W przededniu trzeciej rewolucji przemysłowej

Próbny lot samolotu Solar Impulse, zasilanego energią słoneczną. Próbny lot samolotu Solar Impulse, zasilanego energią słoneczną. Jean Revillard/Rezo/Handout / Corbis
W Europie i Stanach Zjednoczonych hasłem ostatnich miesięcy stała się reindustrializacja. Politycy i ekonomiści odkryli, że przemysł to zajęcie dobre nie tylko dla krajów biedniejszych.
Solar Park w Thungen, w BawariiOh Weh/Wikipedia Solar Park w Thungen, w Bawarii
Archiwum

Artykuł w wersji audio

Na początku XXI w. rachunek był prosty – kto chciał konkurować na globalnym rynku, przenosił produkcję do Chin. Wielokrotnie niższe koszty pracy, zdyscyplinowana i posłuszna siła robocza, słabsze normy ekologiczne, gigantyczny rynek wewnętrzny przyciągały jak magnes. Steven Jobs, legendarny założyciel i szef koncernu Apple, tłumaczył prezydentowi Barackowi Obamie – produkcja iPhone’ów i iPadów nie wróci do USA, nie opłaca się.

Tim Cook, następca przedwcześnie zmarłego Jobsa, jeszcze jako jego podwładny osobiście zamykał ostatnią fabrykę Apple w Stanach Zjednoczonych. Dekadę później wysłał na Twitterze zdjęcie z linii produkcyjnej w Austin w Teksasie, na którym przygląda się robotnikowi montującemu najnowszy komputer Mac Pro. W innej fabryce nieopodal wytwarzane są procesory typu A zasilające większość gadżetów Apple. To nie wyjątek, Jeff Immelt, szef przemysłowego konglomeratu GE, napisał w „Harvard Business Review”, że znowu opłaca się produkować w USA pralki i lodówki. Ba, dociekliwi reporterzy magazynu „The Atlantic” odkryli, że nawet słabo zaawansowany technologicznie przemysł odzieżowy zaczyna odżywać w Ameryce.

Powrót z kryzysu

Skąd ten powrót miłości do przemysłu? Przecież w ciągu pierwszej dekady XXI w. z amerykańskich fabryk zwolniono 5,7 mln robotników – 33 proc. pracujących w tym sektorze! Co jednak ciekawe, udział produkcji przemysłowej w strukturze dochodu narodowego nie zmienił się i utrzymał na poziomie ok. 12 proc. PKB. Z punktu widzenia tracących pracę robotników to słaba pociecha, dla analityka gospodarczego informacja jest jednoznaczna – wytwarzać tyle samo mniejszym kosztem oznacza, że musiał nastąpić radykalny wzrost wydajności. Rzeczywiście, a głównym bodźcem do jej wyciskania stał się kryzys, który w USA rozpoczął się w 2007 r.

Gdy w 2011 r. amerykańska gospodarka wróciła do stanu sprzed kryzysu, okazało się, że stało się to głównie dzięki odradzającemu się przemysłowi – to on był odpowiedzialny za blisko 40 proc. nowego wzrostu gospodarczego. Reindustrializacja przestała być publicystycznym mitem, stała się faktem. Przynajmniej w Stanach Zjednoczonych. Na sukces złożyło się kilka czynników.

Po pierwsze, wspomniany wzrost produktywności poprawiającej się w niezwykłym tempie 5 proc. rocznie. Taka dynamika to skutek inwestycji i pozycji, jaką mają USA w dziedzinie nowych cyfrowych technologii, które radykalnie zmieniły nie tylko życie codzienne, lecz także pracę fabryk.

W nagrodę za swą pilność Amerykanie dostali prezent w postaci tzw. rewolucji łupkowej – tani gaz i ropa ze źródeł niekonwencjonalnych zmieniły globalny kontekst energetyczny i surowcowy. Amerykańscy przedsiębiorcy nie dość, że mogą się pochwalić najbardziej efektywnymi technologiami produkcji na świecie, to jeszcze mają dziś dostęp do taniej energii. W tym samym czasie w Chinach dziesięciokrotnie wzrosły koszty pracy, gdy więc dziś porówna się rachunki, to wychodzi, że w niektórych przynajmniej dziedzinach Stany Zjednoczone stają się najlepszym miejscem do lokowania przemysłowych inwestycji.

Podobną ścieżką chciałaby podążyć Unia Europejska, która ogłosiła nawet strategię zakładającą, że w 2020 r. udział przemysłu w unijnym PKB osiągnie 20 proc. Cel ambitny, bo w tej chwili udział ten ustalił się na poziomie 15,1 proc. i tylko nieliczne kraje przekraczają 20 proc., wśród nich fabryka świata – Niemcy. Dla Europy przemysł jest jeszcze ważniejszy niż dla USA – odpowiada za 80 proc. unijnego eksportu, i tu też lokuje się blisko 80 proc. prywatnych inwestycji w badania i rozwój. Jednak o ile w USA kryzys spowodował wzrost produktywności – w Europie nie dość, że pracę w przemyśle straciło 3,5 mln osób, to na dodatek produktywność zmalała.

Made in USA

Co jest przyczyną europejskiej zadyszki? Europejskie opracowania wymieniają szczerze: niższe niż w USA nakłady na badania i rozwój – o ile Stany Zjednoczone przeznaczają na rozwój innowacji 2,7 proc. PKB, to cała UE tylko 1,85 proc. A mniej innowacji to wolniejszy wzrost produktywności. Na to nakłada się europejskie zacofanie w dziedzinie technologii cyfrowych i wolniejsze niż w USA tempo wdrażania rozwiązań informatycznych do gospodarki. Europa nie może też korzystać z dobrodziejstw rewolucji energetyczno-surowcowej, jaka napędza amerykańską konkurencję – europejski przedsiębiorca musi płacić średnio dwukrotnie więcej za elektryczność niż jego amerykański kolega. Czyżby więc europejska strategia reindustrializacji była kolejnym przedsięwzięciem, w którym zakłada się równie ambitne cele, jak w przyjętej w 2000 r. Strategii Lizbońskiej, nie wskazując przekonująco, jak miałyby być osiągnięte? Gorzej – przekonywało wielu zebranych na początku listopada w Brukseli przedstawicieli europejskiego przemysłu chemicznego – Unia robi wszystko, żeby na starcie wysadzić cały projekt. Bo, wyznaczając ambitne zadania przemysłowi, przyjmuje jednocześnie politykę klimatyczno-energetyczną, której efektem będzie wzrost kosztów produkcji, zwłaszcza w energochłonnej chemii.

Jim Ratcliffe, prezes globalnego koncernu chemicznego Ineos o obrotach 50 mld dol. rocznie, przedstawił uczestnikom konferencji Polytalk 2014 prosty rachunek: „W USA mam dwukrotnie tańszą energię, dostęp do tanich surowców, elastyczną siłę roboczą i probiznesowo nastawioną administrację. W Europie pracownicy oczekują 11 tygodni urlopu w roku, pozostałe koszty są znacznie wyższe, co więc pozostaje?”. I niejako w odpowiedzi: „Bardzo nie lubię zamykać fabryk, nie zdajecie sobie sprawy, jakie to jest przykre mówić kobietom i mężczyznom, że od jutra nie mają pracy”.

W podobnym tonie wypowiadał się Pascal Juéry z zarządu belgijskiego koncernu Solvay: „Chinami nie musimy się jeszcze długo przejmować, ich przemysł rozwija się szybko, jest jednak znacznie mniej dojrzały pod względem technologicznym. Wyzwaniem są Stany Zjednoczone – jeszcze dekadę temu amerykańskie inwestycje w przemysł chemiczny ustępowały europejskim, dziś są trzykrotnie większe”. Co to oznacza? Że za kolejną dekadę Europę zaleją tanie produkty amerykańskiej chemii. Pewnie podobnie wypowiadają się na branżowych konferencjach przedstawiciele innych sektorów. Zamiast przemysłowego przebudzenia nadchodzi więc katastrofa?

Straszenie przenoszeniem produkcji tam, gdzie taniej i łatwiej, to jedna z możliwych strategii. Inną odpowiedzią, mówił Patrick Thomas, prezes stowarzyszenia PlasticsEurope i szef Bayer MaterialScience, jest ucieczka w innowacje. I chwalił się, jak jego firma uczyniła z kłopotliwego dziś dwutlenku węgla surowiec wykorzystywany w produkcji tworzyw. Można konkurować kosztami, można też szukać źródeł dochodu w nowych produktach i usługach.

Doskonałym uosobieniem takiego poszukiwania jest Szwajcar Bertrand Piccard, z wykształcenia psychiatra, z przekonania wynalazca, wizjoner i poszukiwacz trudnych wyzwań. Jako pierwszy przeleciał dookoła świata balonem – jak przyznał, końcówka podróży, gdy w zbiornikach kończyły się ostatnie gramy paliwa, uświadomiła mu bezsens obecnego uzależnienia cywilizacji od paliw kopalnych.

Zrozumiał, że jej koniec będzie równie radykalny, jak brutalna byłaby końcówka jego podróży, gdyby zabrakło gazu przed wylądowaniem. A przecież sami na taki koniec się skazujemy, choć nie musimy. Żeby to udowodnić, Piccard postanowił zbudować samolot zasilany tylko słońcem. – Nie chcę rewolucjonizować przemysłu lotniczego, tylko pokazać, że jesteśmy w stanie wyobrazić sobie i zbudować inną cywilizację. Przemysł lotniczy nie podjął wyzwania. Bez jego pomocy, za to ze wsparciem m.in. przemysłu chemicznego, Piccard zbudował, wraz z rodakiem André Borschbergiem, samolot Solar Impulse zasilany tylko energią słońca. W 2015 r. ma on oblecieć kulę ziemską bez lądowania, ale już pokazał swoje możliwości, lecąc na zakumulowanej w dzień energii przez całą noc.

Szwajcar przekonuje: dalszy rozwój nie może polegać na wzroście gospodarczym, tylko na poprawie jakości życia. – Musimy z jednej strony odrzucić dotychczasowy, marnotrawny model oparty na paliwach kopalnych. Ale też nie możemy poddać się wizjom zielonych zmuszających do ograniczeń – dalszy rozwój bez wyrzeczeń, lecz w zgodzie ze środowiskiem jest możliwy, tylko musimy inaczej wyobrazić sobie przyszłą cywilizację.

Cykl zamknięty

Jednym z filarów nowej cywilizacji mogłaby być koncepcja circular economy, gospodarki w cyklu zamkniętym, obywającej się bez marnotrawstwa. Nie ma w niej śmieci, bo nawet one stają się surowcem dla innych produktów, tak jak dwutlenek węgla w technologiach Bayera. Unijni eksperci policzyli, że lepsze projektowanie cyklu wytwórczego produktów pozwoliłoby zaoszczędzić rocznie ponad 600 mld euro, zwiększyć efektywność wykorzystania zasobów o 30 proc. i dać przy tym pracę 2 mln osób.

Jeremy Rifkin, wizjoner Trzeciej Rewolucji Przemysłowej, przekonuje, że Europa nie ma innej szansy, niż podążyć drogą wskazaną przez Piccarda. To więcej niż tylko dalekosiężna wizja. Europejczycy nigdy nie zyskają dostępu do taniej energii z paliw kopalnych, łupki w warunkach europejskich to mrzonka, a import już teraz kosztuje miliard euro dziennie. Pozostaje jedynie jak najszybsza zmiana energetycznego modelu na postwęglowy, oparty na rozproszonej prosumenckiej energetyce ze źródeł odnawialnych oraz inteligentnych sieciach informacyjno-energetycznych. Owszem, teraz trzeba ponieść koszty, jednak raz poniesione otworzą dostęp do energii niemal za darmo. Taka jest prawdziwa stawka niemieckiej Energiewende: niezależność energetyczna, a w nagrodę za inwestycje wiodąca pozycja w przemysłach nowych zielonych technologii.

Projekt transformacji wdraża też region Pas-de-Calais, francuski odpowiednik Górnego Śląska, szukający pomysłu na lepszą przyszłość. Znalazł ją nie tyle w zerwaniu z przeszłością opartą na węglu i stali, co w wykorzystaniu zgromadzonych kompetencji technicznych, w nowych warunkach tworzonych przez kolejne fale rewolucji przemysłowej.

Europejska reindustrializacja nie musi być więc kolejną marzycielską utopią. Unia zamierza wesprzeć swą strategię zwiększeniem nakładów na innowacyjność – tylko w programie Horyzont 2020 przeznaczono na ten cel blisko 80 mld euro. Dodatkowe 100 mld euro wydzielono w funduszach strukturalnych, by zmusić do innowacyjnego przyspieszenia kraje słabiej rozwinięte, takie jak Polska, które dotychczasowe wsparcie raczej przejadały, niż inwestowały produktywnie w przyszłość. Czy nową perspektywę wykorzystamy, by dołączyć do wyścigu, tak jak Pas-de-Calais, czy raczej skupimy energię na przekonywaniu, że podstawą polskiej reindustrializacji powinien być kończący się węgiel?

Przede wszystkim technika

Czynnikiem najważniejszym reindustrializacji będą jednak ludzie dysponujący nie tylko wyobraźnią, lecz również kompetencjami. Najważniejszym wyzwaniem dla Stanów Zjednoczonych i Europy jest odbudowa zainteresowania techniką i naukami ścisłymi wśród młodszych pokoleń. W Polsce najprawdopodobniej udało się zapoczątkować ten trend. Powrót obowiązkowej matury z matematyki spowodował, że ten podstawowy dla nauki i techniki przedmiot odzyskał prestiż. W efekcie, mimo niżu demograficznego i malejącej liczby uczniów podchodzących do matury, na stałym poziomie utrzymuje się liczba osób wybierających egzamin rozszerzony z matematyki. Centrum Nauki Kopernik pokazało, że nauka fascynuje młodych Polaków, a fascynację tę podtrzymują setki Klubów Młodych Odkrywców działające w całym kraju. Nowa podstawa programowa zakłada wzrost znaczenia kształcenia za pomocą doświadczeń i eksperymentów, a w nowej perspektywie finansowej mają znaleźć się pieniądze na doposażenie szkół w nowoczesne laboratoria.

Coś się więc dzieje, choć najmniej widać to w statystykach innowacyjności. W unijnym raporcie „Industrial Performance Scoreboard” polska zielona wyspa jest nazwana po imieniu jako kraj przemysłowej i innowacyjnej stagnacji. Nie pomogły miliardy na proinnowacyjne programy. Co więc może pomóc? Jak wykorzystać kapitał, jakim są coraz lepiej wykształceni i zainteresowani nauką młodzi ludzie? Czy nie powinno się im ofiarować wizji podobnej do tej, jaką przed młodymi Amerykanami roztoczył John F. Kennedy, rozpoczynając projekt Apollo? Gdy w 1969 r. Orzeł lądował na Księżycu, większą część ekipy centrum sterowania lotami kosmicznymi w Huston tworzyły dwudziestolatki – te, które jako nastolatki słuchały wizji Kennedy’ego.

Co byliby w stanie zrobić twórcy zwycięskich łazików marsjańskich z Białegostoku i Rzeszowa, najlepsi informatycy świata z Warszawy i Wrocławia, gdyby od sterników polskiej gospodarki otrzymali wizję, jaką przedstawia Bertrand Piccard? W zamian słyszą, że nadal fundamentem polskiej przyszłości jest węgiel i konkurencja kosztowa (czyli tania siła robocza), a Trzecia Rewolucja Przemysłowa to zadanie dla mądrzejszych od nas.

Co i jak się mówi, jest niezwykle ważne dla motywowania młodych ludzi, zapewniała podczas Polytalk 2014 profesor Averil Macdonald z University of Reading. Z jej badań wynika, że wbrew stereotypom dziewczęta lepiej sobie radzą w matematyce i naukach przyrodniczych, gdy jednak przychodzi czas na podjęcie decyzji o życiowej karierze, wiele z nich rezygnuje z pracy w wyuczonym zawodzie. Dlaczego? Bo wizje tych karier, poczynając od języka ofert pracy po modele przebiegu zatrudnienia, tworzone są przez mężczyzn i ich postrzeganie świata, bo to oni dominują ciągle w przemyśle.

Okazuje się więc, że gdzieś na końcu, gdy już wydane zostaną dziesiątki miliardów euro i dolarów na stymulowanie rozwoju, naprawdę decyduje o nim wyobraźnia i kształtujący ją język. Dopóki nie zmienimy języka i nie uwolnimy twórczej wyobraźni, buksować będziemy w węglowym miale.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Jak Jarosław Kaczyński zbudował sobie sektę?

Dlaczego tak wiele osób tak bardzo wierzy w talenty, umiejętności, wiedzę, siłę moralną i osobiste przymioty, słowem – w nadzwyczajność Jarosława Kaczyńskiego?

Ewa Wilk
05.04.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną