Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty w okazyjnej cenie!

Subskrybuj
Nauka

Papież katastrofistów

Czy Ziemi grozi przeludnienie?

Thomas Robert Malthus Thomas Robert Malthus Leemage / EAST NEWS
Dokładnie 180 lat temu zmarł człowiek, który zainspirował ewolucjonistów, ekonomistów, proroków zagłady oraz autora słynnej „Opowieści wigilijnej”. A także rozpalił spory o przeludnienie Ziemi i los naszej cywilizacji.
Karol DarwinThe Bridgeman Art Library/Getty Images Karol Darwin
Alfred WallaceEAST NEWS Alfred Wallace

Thomas Robert Malthus postanowił spędzić święta Bożego Narodzenia u swoich teściów. Dlatego wybrał się z żoną do angielskiego miasta Bath, słynącego ze starorzymskich łaźni wykorzystujących naturalne gorące źródła. 68-letniemu Malthusowi nie było jednak dane doczekać nawet Wigilii. Umarł nagle 23 grudnia 1834 r.

Dziewięć lat później, też w grudniu, Karol Dickens wydał książkę, która miała mu pomóc spłacić długi. Nosiła tytuł „Opowieść wigilijna”, a jej autor w najśmielszych marzeniach nie spodziewał się, że odniesie tak gigantyczny sukces. W roli głównego bohatera opowiadania Dickens obsadził skąpca i mizantropa Ebenezera Scrooge’a, w którym dokonuje się głęboka przemiana za sprawą odwiedzin trzech duchów świąt Bożego Narodzenia. Angielski pisarz uczynił Scrooge’a głosicielem poglądów Thomasa Malthusa na temat bezsensu pomocy biednym, dla których często byłoby lepiej, gdyby pomarli i w ten sposób ograniczyli liczbę mnożących się na własną zgubę ludzi.

Tak negatywny odbiór Malthusa, który swoje najważniejsze przemyślenia zawarł w książce „An Essay on the Principle of Population”, w czasach Dickensa nie był czymś wyjątkowym. Dzieło to wywoływało skrajne reakcje i do dziś uważane jest za jedną z najbardziej kontrowersyjnych publikacji w historii ludzkiej myśli. Na przykład Karol Marks nazywał Malthusa pawianem, zawodowym plagiatorem i sprzedajnym adwokatem.

Czym sobie zasłużył na takie epitety ten skromny anglikański duchowny i jednocześnie profesor uniwersytecki specjalizujący się w demografii i ekonomii politycznej? Czy rzeczywiście uważał śmierć ludzi za najlepsze rozwiązanie problemu ubóstwa? Zanim odpowiemy na te pytania, zacznijmy od tego, że książka „An Essay…” przyczyniła się do wybuchu jednej z największych rewolucji w nauce.

Maltuzjańskie olśnienie

Droga, którą Karol Darwin (1809–82) doszedł do swej teorii ewolucji, to proces tak niezwykły i pełen zaskakujących zwrotów, jakby stanowił scenariusz filmu przygodowego. Często można spotkać się z tezą, że najistotniejszym wydarzeniem, które wpłynęło na ukształtowanie poglądów Darwina, była prawie pięcioletnia podróż dookoła świata na pokładzie okrętu HMS „Beagle”. A najważniejszym przystankiem tej podróży – wizyta na wyspach Galapagos, do której wielokrotnie wracał na kartach swojego najsłynniejszego dzieła „O powstawaniu gatunków”.

Sam Darwin widział to jednak inaczej. Jego zdaniem przełom nastąpił dwa lata po powrocie do Anglii, 3 października 1838 r., gdy – jak zapisał w swej autobiografii – „Przeczytałem dla zabawy esej Malthusa o ludności, a będąc już w pełni przygotowanym, by docenić walkę o byt, która odbywa się na wszystkich polach (…), dotarło do mnie nagle, że w takich okolicznościach korzystne odmiany będą zachowywane, a niekorzystne – niszczone i w rezultacie powstaną nowe gatunki”.

Jeszcze dobitniej podsumował wpływ Malthusa we wstępie do „O powstawaniu…”: „Jest to [ewolucja drogą doboru naturalnego] teoria Malthusa zastosowana do całego królestwa zwierzęcego i roślinnego. Ponieważ w każdym gatunku rodzi się znacznie więcej osobników, niż może przeżyć, i ponieważ na skutek tego często toczy się między nimi walka o byt, osobnik, który pod wpływem złożonych i nieraz zmiennych warunków zmodyfikuje się nieznacznie, lecz w sposób korzystny dla siebie, będzie miał większe szanse na przetrwanie, a tym samym ulegnie działaniu doboru naturalnego”. Ten wpływ Malthusa na Darwina doczekał się w historii nauki specjalnego określenia – maltuzjańskie olśnienie.

Narodziny teorii ewolucji to również historia niezwykłej koincydencji, jaką było niezależne i niemal synchroniczne odkrycie przez brytyjskiego biologa i przyrodnika Alfreda Wallace’a (1823–1913) zasad doboru naturalnego. Nie każdy zdaje sobie sprawę z faktu, że największym osiągnięciem Darwina i Wallace’a nie było wcale udowodnienie ewolucji gatunków – tę znano już wcześniej, by wspomnieć tylko dziadka Darwina, Erazma, autora poświęconego ewolucji dzieła „Świątynia przyrody”– ale właśnie ukazanie mechanizmu, jaki nią kieruje. O tym, jak bardzo poglądy Wallace’a bliskie były Darwinowi, najlepiej świadczy reakcja tego ostatniego na list, jaki otrzymał z Malajów wraz z artykułem, w którym Wallace wyłuszczał swoje poglądy. Darwin czytał te przemyślenia i oczom nie wierzył – to było dokładnie to, co sam od dawna nosił w głowie (i – po części – w rękopisie), bojąc się zbyt wcześnie ujawnić swoje poglądy.

Ale Wallace nie tylko doszedł do tych samych co Darwin wniosków i ubrał swe przemyślenia w podobnie brzmiące słowa i argumenty. I on, tak jak Darwin, objechał najpierw odległe zakątki Ziemi (Ameryka Południowa, Malaje), dokonując wielu, często bardzo podobnych obserwacji. To jednak nie te zamorskie podróże, tylko – cóż za zbieg okoliczności – lektura książki Malthusa wywarła na nim największe wrażenie, co opisał niemal w tych samych co Darwin słowach. Wallace też doznał więc olśnienia, i to pod wpływem tego samego dzieła, które z ewolucją nie miało nic wspólnego, a od jego pierwszego wydania minęło już wówczas kilkadziesiąt lat!

Żeby zrozumieć, jaki ładunek krył się w dziele Malthusa, spróbujmy prześledzić pokrótce intelektualną drogę Darwina – od podróży na pokładzie „Beagle”, aż po owo olśnienie – i zastanowić się, czego mu brakowało, by móc wreszcie wykrzyknąć „Eureka!”.

Skąd się wzięły rajskie ptaki

Zacznijmy od Galapagos. Choć wyspy te położone są na otwartym oceanie, niemal wszystkie żyjące na nich gatunki są podobne do form występujących na najbliższym lądzie – w Ameryce Południowej. Gdy porównać Galapagos z podobnym geologicznie i klimatycznie archipelagiem Wysp Zielonego Przylądka (które Darwin odwiedził wcześniej), widać podobne zależności: i te wyspy są wulkaniczne, też powstały niedawno, znajdują się w tropikach, mają bardzo zubożałą faunę i florę, a występujące na nich gatunki są podobne do roślin i zwierząt z pobliskiego lądu – Afryki. Wspólnych gatunków na obu archipelagach nie ma jednak wcale.

Jak to wytłumaczyć? Najprościej przyjąć, że w obu przypadkach wyspy wyłaniające się z fal oceanu pozbawione były życia, a potem zasiedlone zostały przez formy zdolne pokonywać morskie przestrzenie – ptaki, owady, nasiona roślin, żółwie morskie. Na Galapagos docierały gatunki z pobliskiej Ameryki, a na Wyspy Zielonego Przylądka z Afryki. Po przybyciu zajmowały puste jeszcze nisze i różnicowały się, przystosowując się do zastanych warunków i podlegając powolnym przekształceniom.

Lekcja z Galapagos pokazała Darwinowi, że gatunki nie są niezmienne, że nie powstały w miejscach, gdzie dziś występują, i że przystosowują się do lokalnych warunków, często zupełnie odmiennych od tych, z których przybyły. Ale jaki był mechanizm tworzenia się tych różnic, przystosowywania się do środowiska, a wreszcie i specjacji (narodzin nowych gatunków)?

Poszukując go, Darwin zwrócił uwagę na zwierzęta hodowlane. Wiedział, że z upływem setek lat ludzie otrzymali z dzikich form niezliczone rasy udomowione, różniące się od siebie nieraz bardziej, niż różnią się w naturze poszczególne gatunki. Wybierając różne cechy i wzmacniając je hodowlą, można było gatunek modelować niczym plastelinę. I ta plastyczność dotyczyła wszystkich cech, nie tylko tych korzystnych, wystarczyło je odpowiednio długo wybierać.

Tak, selekcja to było to! Ale kto miałby selekcjonować w naturze, kto mógłby być odpowiednikiem świadomego hodowcy? Jedna odpowiedź brzmi – samice. Darwin zauważył, że niezwykłe ubarwienie i kształty samców pawi czy rajskich ptaków mogą być wynikiem selekcji dokonywanej przez samice – bo to one obserwują te naturalne ozdoby i wybierają te z nich (a raczej ich nosicieli), które im się najbardziej podobają.

Selekcjonują też drapieżniki. Gdy obserwujemy niesamowite przypadki mimikry – upodabniania się jednych gatunków do drugich lub do suchych patyków, kamieni, a nawet odchodów (szczególne zasługi w tych badaniach położył Wallace) – trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystko to jest po to, by zmylić czujność obserwatorów, by ukryć się przed ich wzrokiem.

W ewolucji jednak selekcjonowane są wszystkie cechy organizmów, nie tylko te, które mogłyby się podobać samicom lub zniechęcać drapieżniki. Do rozwiązania zagadki trzeba więc było znaleźć odpowiednik owego selekcjonera w nieożywionych siłach natury.

Klucz do tajemnicy tajemnic

I tu właśnie w sukurs przyszła lektura książki Malthusa. Nie był on jednak przyrodnikiem, a pytanie, które go najbardziej nurtowało, brzmiało: jak zapewnić utrzymanie dobrobytu, którego Anglia – dzięki koloniom i zaczynającej się rewolucji przemysłowej – właśnie się dorabiała? W szczególności jaka ma być rola państwa w obliczu głoszonego przez ekonomistów leseferyzmu, czyli wiary w niewidzialną rękę rynku, która powinna wszystko załatwić? Leseferyzm najwyraźniej sprawdzał się w praktyce: przedsiębiorcy dążyli do maksymalizacji zysków, pracownicy do zachowania pracy i utrzymania poziomu życia, a wszechobecna konkurencja zapewniała, że spośród wszystkich możliwości wybierane były najlepsze rozwiązania.

Ale Malthus dostrzegał rosnące zagrożenie. Bo ludzie dążą nie tylko do maksymalizacji zysków i do bezpieczeństwa. Chcą też, a może przede wszystkim, posiadać dzieci. Ta „pasja płci” – zdaniem Malthusa – jest najpotężniejszym impulsem, który nami powoduje. To zaś sprawia, że dzieci przybywa – i to w postępie geometrycznym, czyli niezwykle szybko. Lecz Ziemia, mimo tysięcy lat obecności ludzi, wciąż jeszcze nie została przez nich w całości zajęta. Jedynym tego powodem musiały być czynniki, które tę populację redukowały: wojny, epidemie, głód, dzieciobójstwo. To nie są miło brzmiące słowa, ale – zdaniem Malthusa – tylko stojącym za nimi zjawiskom zawdzięczamy, że w ogóle jeszcze życie na Ziemi jest możliwe.

Malthus wiedział z obserwacji i lektury, że warstwy niższe mają średnio więcej dzieci niż ludzie lepiej uposażeni, więc logicznie rzecz biorąc, pomaganie im zwiększa tylko zagrożenia, jakie przed ludzkością stoją. Jeśli zamierzamy im naprawdę ulżyć, musimy skutecznie zniechęcić ich do rozrodu – dodatkowe pieniądze wydawane na walkę z ubóstwem zawsze w ostatecznym rachunku kończą się tylko większą liczbą dzieci i jeszcze większą biedą. To jest droga donikąd. Dlatego pod wpływem m.in. publikacji Malthusa doszło w Anglii do reformy tzw. Praw Biednych (Poor Laws). Z kolei pomysły skoszarowania bezrobotnych w warunkach, w których ich naturalne popędy nie będą mogły się uzewnętrzniać (i ich praktyczne wykorzystanie poprzez system tzw. workhouse’ów), przysporzyły Malthusowi niezliczonych krytyków na lewicy.

Tym, co urzekło Darwina i Wallace’a w tak ponurych rozważaniach Malthusa, było jego nowatorskie potraktowanie tematu. Dokonał bowiem odkryć w dziedzinie ekonomii, traktując ludzi w zupełnie nowy sposób. Zamiast skupiać się na pojedynczych jednostkach i ich problemach ujrzał w nich zbiorowiska osobników podlegających – jako grupa – tym samym ogólnym prawom zachowań. Malthus pochylał się nad ludźmi jak biolog, badając ich popędy i instynkty, a następnie próbując z tego wyciągać wnioski w dziedzinie ekonomii i polityki. I liczył. A to, co mu z tych rachunków wynikało, było przerażające. I przerażało wielu, ale tylko Darwin i Wallace potrafili w tym przerażeniu zobaczyć klucz do rozwiązania tajemnicy tajemnic. Tak dokonała się rewolucja w myśleniu – trzecia, po kopernikańskiej i newtonowskiej, w nowożytnej nauce.

Wielka pomyłka

Wróćmy teraz do pytania, czy obsadzenie Scrooge’a w roli rzecznika Malthusa oraz wyzwiska Marksa były sprowokowane przerażającą bezdusznością angielskiego myśliciela? Na pozór tak mogło to wyglądać. Poglądy Malthusa zostały jednak skarykaturyzowane, a nade wszystko budziły wściekłość różnych utopistów. Twierdził on bowiem, że bieda jest wynikiem nieuniknionych naturalnych procesów – jeśli ludziom zaczyna się żyć lepiej, to rodzą więcej dzieci, a ponieważ zasoby są ograniczone, ten przyrost populacji wpędza znów w biedę. Tak można streścić słynną pułapkę maltuzjańską, która czyha na każde społeczeństwo. Malthus nie był jednak przeciwnikiem filantropii, choć uważał, że państwo nie powinno tworzyć mechanizmów, które tylko pogorszą sytuację bytową najniższych warstw. Ponadto nierówności społeczne – twierdził – stanowią silną motywację do działania, gdyż wszyscy ludzie aspirują, by być zamożnymi. To szczególnie musiało rozsierdzić Marksa budującego właśnie wizję społeczeństwa bezklasowego.

Warto również zauważyć, że Malthus modyfikował swoje poglądy, m.in. dzięki podróżom po świecie, a jego sztandarowe dzieło „An Essay on the Principle of Population” miało aż sześć, różniących się między sobą, wydań. Pozytywnie zainspirowało ono również słynnego ekonomistę Johna Maynarda Keynesa (1883–1946), twórcę teorii interwencjonizmu państwowego w dziedzinie gospodarki, która była odpowiedzią na Wielki Kryzys przełomu lat 20. i 30. XX w. Uważał on Malthusa za wielkiego myśliciela.

Niemniej jednak autor „An Essay…” mocno się pomylił. W dużym stopniu nie ze swojej winy, gdyż bazował na bardzo skrupulatnych wyliczeniach i obserwacjach sprzed wielkiej rewolucji przemysłowej, która dopiero zaczynała się u schyłku jego życia. Nie przewidział mianowicie, że czasy, które nastaną po nim, będą się rządziły innymi prawami. Rewolucja przemysłowa nie opierała się już na zwiększeniu zapotrzebowania na siłę roboczą, gdyż ludzi zaczęły coraz częściej zastępować maszyny. Że dzięki postępom nauki i techniki – przede wszystkim wynalezieniu nawozów sztucznych – produkcja żywności i wydajność rolnictwa będą stale rosły. I, co chyba najważniejsze, nasza nieokiełznana kreatywność wkrótce doprowadzi do rozerwania związku między „robieniem” dzieci a ich płodzeniem.

Powrót Malthusa

O ponurych prawach Malthusa pewnie by zapomniano, gdyby nie fakt, iż w skali całego globu zdawały się one jednak działać. W 1800 r. żyło na Ziemi około miliarda ludzi, w 1930 r. przybył drugi miliard, w 1960 r. trzeci, 20 lat później czwarty, a w 2012 r. urodził się 7-miliardowy mieszkaniec planety. Ten przyrost zatrzymał się wprawdzie w krajach wysoko rozwiniętych, ale nadrabiają go z nawiązką biedniejsze regiony – przede wszystkim Azji i Afryki. Wróciły więc z całą siłą maltuzjańskie pytania: czy za dokonującym się w postępie geometrycznym wzrostem liczby ludności nadal będzie nadążać produkcja żywności? A co z innymi zasobami, np. ropą naftową, gazem, węglem, metalami? No i jeszcze jedna, nie mniej istotna, kwestia – środowisko naturalne, które rabunkowo eksploatowane (m.in. wyrąb lasów, znikanie kolejnych gatunków fauny i flory, połowy ryb, globalne ocieplenie) może nie udźwignąć następnych miliardów przedstawicieli gatunku Homo sapiens.

Na przełomie lat 60. i 70. XX w. spora grupa ludzi – określanych często jako wyznawcy neomaltuzjanizmu – zaczęła wieszczyć rychłą katastrofę. Najbardziej znanym spośród nich jest Paul R. Ehrlich, amerykański biolog związany ze Stanford University. W 1968 r. ukazało się pierwsze wydanie jego bestsellerowej książki „The Population Bomb” (Bomba demograficzna), która uczyniła go „intelektualnym celebrytą”. Już sam jej wstęp był przerażający. „Bitwa o wyżywienie ludzkości została przegrana – pisał Ehrlich i dodawał: – W latach 70. lub najpóźniej 80. doświadczymy wielkich klęsk głodu, a setki milionów ludzi będzie umierać mimo wdrażania różnych programów antykryzysowych… Nic nie zahamuje wzrostu śmiertelności, będą nas dziesiątkować choroby”.

To według Ehrlicha nieuniknione, gdyż margines między zapotrzebowaniem na żywność a zdolnością do jej produkcji jest tak wąski, iż nawet na drastyczne programy zmniejszania przyrostu naturalnego jest już za późno. Zabraknie także energii elektrycznej, a jej ceny poszybują w górę, podobnie jak różnych surowców. „To jest najbardziej dramatyczny kryzys, jakiego gatunek Homo sapiens doświadczył w swojej historii” – ostrzegał amerykański biolog.

Zagłada (na razie) odwołana

Gdy to mówił, na świecie żyło ponad 3 mld ludzi. Dziś jest nas już nieco ponad 7 mld, a jednak żadne gigantyczne klęski głodu nie nastąpiły, ceny energii się ustabilizowały, nie wyczerpaliśmy także złóż ropy. Co się stało? Ehrlich nie docenił zmian, jakie zachodzą dzięki postępowi nauki i techniki. A przecież na jego oczach dokonywała się zielona rewolucja, czyli wprowadzanie wydajnych odmian zbóż, jak również zastosowanie na masową skalę środków ochrony roślin, nawozów i irygacji. To one uratowały m.in. Indie, które dziś są eksporterem żywności i bawełny.

Przyrost naturalny zaczął też wyhamowywać. Niektórzy eksperci twierdzą, że gdzieś w połowie tego wieku lub niewiele później będzie na Ziemi żyło 9 mld ludzi, a po osiągnięciu tej liczby światowa populacja zacznie spadać (choć rozpiętość prognoz piku ludnościowego waha się od 8,1 do 13,5 mld). Dzieci na Ziemi już nie przybywa i w 2100 r. będzie ich najprawdopodobniej dokładnie tyle co dziś, czyli ok. 2 mld. Co się stało? Nie ma prostej odpowiedzi na to pytanie, gdyż nie wiadomo, czy ludzkością rządzą jakieś nieznane mechanizmy samoregulujące wielkość populacji, czy też zadziałał jeden bądź kilka silnych czynników. Wśród nich wymienia się:

• spadek śmiertelności dzieci, który przyhamował naturalną tendencję do posiadania jak największej liczby potomstwa – rodzice wiedzą, że ich synowie i córki mają duże szanse na przeżycie;

• wzrost zamożności – wolimy np. kupić samochód czy inne czasochłonne dobra, zwiedzać świat, niż inwestować w kolejnego potomka;

• urbanizacja – w miastach dzieci nie są tak potrzebne jak na wsi jako wspomagająca siła robocza;

• emancypacja kobiet, przede wszystkim polegająca na dostępie do edukacji i rynku pracy, co skutkuje odzyskaniem kontroli nad rozmnażaniem (kobiety w pełni decydują, czy chcą mieć dzieci).

Czy to wszystko oznacza, że maltuzjańska globalna klęska nam nie grozi? Proroków zagłady nadal nie brakuje. Ponieważ bomba demograficzna raczej nie wybuchnie, więc przesunęły się akcenty. Dziś w modzie są raczej skutki globalnego ocieplenia, mające doprowadzić do strasznych klęsk żywiołowych i wojen o zasoby. Zagraża nam również degradacja i nadmierna eksploatacja środowiska naturalnego. Czy to znów tylko dobrze sprzedające się straszaki? Tego nie wie nikt. Wiadomo natomiast ze 100-procentową pewnością, że przyszłość jest nieznana. Ludzkość za 50 czy 100 lat może zarówno wspaniale prosperować, jak i doprowadzić samą siebie oraz Ziemię do głębokiego kryzysu czy wręcz zagłady. Nic nie zostało przesądzone i nadal mamy los planety w swoich rękach.

Polityka 51-52.2014 (2989) z dnia 16.12.2014; Nauka; s. 98
Oryginalny tytuł tekstu: "Papież katastrofistów"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Spacerek pod lufą. Jak zwykli Polacy polują na myśliwych

Czy sprzeciw zwykłych obywateli może położyć kres polowaniom na zwierzęta? Sezon łowiecki właśnie się rozkręca.

Przemysław Ziemacki
03.10.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną