Czy jesteśmy gotowi latać samolotami bez załogi?

Po co komu pilot
Dyskusja na ten temat trwa nie od dziś. Ze szczególną siłą toczyła się ona w okresie powstawania amerykańskiego programu lotów załogowych w kosmos.
Zwolennicy komputeryzacji argumentują, że poziom rozwoju techniki pozwala już powiedzieć „do widzenia” pilotom samolotów pasażerskich.
Vetta/Getty Images

Zwolennicy komputeryzacji argumentują, że poziom rozwoju techniki pozwala już powiedzieć „do widzenia” pilotom samolotów pasażerskich.

Piloci na razie nie muszą martwić się o pracę, przynajmniej w perspektywie kilku dekad.
Tatiana Popova/PantherMedia

Piloci na razie nie muszą martwić się o pracę, przynajmniej w perspektywie kilku dekad.

Podobno wśród amerykańskich inżynierów lotnictwa krąży stary dowcip: kto zajmie miejsce w kokpicie samolotów przyszłości? Człowiek i pies. Człowiek po to, żeby karmił psa. A pies po to, żeby gryzł człowieka, jeśli ten będzie próbował czegokolwiek dotknąć. Ten „suchar”, jak się dziś określa dowcipy z brodą, nabrał świeżości po tragicznej katastrofie niemieckiego airbusa, której przyczyną były – najprawdopodobniej – psychiczne problemy drugiego pilota.

Medialna dyskusja o zapobieganiu podobnym – choć niezwykle rzadkim – tragicznym wypadkom poszła w dwie strony. Zaczęto się domagać, by kokpit był cały czas w pełni obsadzony, czyli by na dwóch fotelach pilotów zasiadali ludzie. Nawet jeśli jeden z nich musiałby na chwilę wyjść, to jego miejsce zajmowałby członek personelu pokładowego. Czy takie procedury rzeczywiście okazałyby się skuteczne wobec samobójczych zamysłów jednego z pilotów? To ciekawe pytanie, ale znacznie bardziej interesujące są postulaty, które idą w zupełnie przeciwną stronę: zamiast zapełniać kokpit powinniśmy na poważnie rozważyć całkowite pozbycie się z niego pilotów.

Precz z rakiety

Dyskusja na ten temat trwa nie od dziś. Ze szczególną siłą toczyła się ona w okresie powstawania amerykańskiego programu lotów załogowych w kosmos. Przy okazji 40 rocznicy lądowania pierwszych ludzi na Księżycu prof. David A. Mindell z Massachusetts Institute of Technology opowiadał na łamach POLITYKI (29/09) o kulisach projektu Apollo. Według niego za symboliczny początek sporu o to, kto powinien siedzieć za sterami pojazdów kosmicznych, można uznać wystąpienie Wernhera von Brauna, nazistowskiego inżyniera i współtwórcy rakiet balistycznych V-2, po wojnie pracującego dla USA. W 1959 r. na zjeździe Towarzystwa Pilotów Doświadczalnych dowodził, że rozwój techniki kosmicznej i rakietowej doprowadzi de facto do wyeliminowania ludzi zza sterów. Von Braun nie chciał się ich pozbywać całkowicie, ale sprowadzić do roli kontrolerów. Gdyby coś szło nie tak i wszystkie automatyczne systemy zawiodły, zadaniem pilota byłoby jedynie naciśnięcie czerwonego guzika z napisem „abort”, czyli przerwanie misji.

Kilka lat wcześniej w książce „Podbój Księżyca” niemiecki inżynier głosił jeszcze bardziej radykalne poglądy. W kierunku Srebrnego Globu miała wyruszyć załoga, na której czele stałby naukowiec, a nie pilot. Dla tego drugiego w ogóle nie przewidywał miejsca. Wyprawa składałaby się wyłącznie z inżynierów, nawigatorów, lekarzy, astronomów, fotografów i mineralogów.

Częściowo von Braun miał rację – bez komputera misja Apollo 11 nie byłaby możliwa. Wprawdzie sam manewr lądowania na Księżycu odbywał się ręcznie – stery przejął Neil Armstrong – ale wynikało to głównie, zdaniem prof. Mindella, z powodów prestiżowo-propagandowych. Nie do pomyślenia było, żeby na Srebrnym Globie pojazd został osadzony przez komputer, a nie dzielnych amerykańskich pilotów. Przy czym ów komputer, choć stanowił wówczas przełomowe osiągnięcie, z dzisiejszej perspektywy prezentuje się pod względem możliwości obliczeniowych wręcz śmiesznie. Ważył aż 30 kg, nie miał centralnego procesora („mózgu” współczesnych laptopów czy tabletów), a pojemność pamięci była setki tysięcy razy mniejsza niż w obecnych domowych komputerach czy telefonach. Współczesne smartfony, i to nie te z najwyższej półki, to przy nim urządzenia rodem z filmów science fiction. A jednak odegrał ważną rolę w lądowaniu na Księżycu.

Udoskonalony kokpit

Zwolennicy komputeryzacji także i dziś argumentują, że poziom rozwoju techniki pozwala już powiedzieć „do widzenia” pilotom samolotów pasażerskich. Powołują się przy tym na statystyki wypadków lotniczych: ponad 50 proc. z nich spowodowanych zostało błędami pilotów. Dla porównania: awarie techniczne odpowiadają za 17 proc. wypadków, a trudne warunki atmosferyczne za 12 proc. Katastrofa airbusa linii Germanwings potwierdza tę statystykę – komputer nie ma przecież problemów psychicznych, więc nie popełniłby samobójstwa, rozbijając samolot.

W połowie ubiegłego roku tygodnik „New Scientist”, jedno z najlepszych czasopism popularnonaukowych o zasięgu międzynarodowym, poświęcił tej kwestii długi artykuł. Magazyn reklamował go na swojej okładce sugestywnym zdjęciem – na szczycie samolotowych schodów stoi pilot w mundurze, machając na pożegnanie czapką odlatującemu odrzutowcowi pasażerskiemu, do którego najwyraźniej nie wsiadł.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną