Kalifornia: życie na granicy uskoku

Potwór świętego Andrzeja
Filmy katastroficzne opowiadają zwykle o fantazjach ich twórców, czasem o tym, co naprawdę może się zdarzyć. Film „San Andreas”, który na początku czerwca wszedł na polskie ekrany, mówi o tym, co się wydarzy z całą pewnością.
Autostrada wiodąca wzdłuż uskoku – na zboczach widoczne skutki działania sił tektonicznych.
Martin Bond/SPL/EAST NEWS

Autostrada wiodąca wzdłuż uskoku – na zboczach widoczne skutki działania sił tektonicznych.

Uskok San Andreas na płaskowyżu Carrizo w Kalifornii Południowej.
Age Fotostock RM/Getty Images

Uskok San Andreas na płaskowyżu Carrizo w Kalifornii Południowej.

Jedna ze stacji eksperymentu mającego na celu uchwycenie jakichś regularności w trzęsieniach ziemi. Parkfield w środkowej Kalifornii
David Parker/SPL/EAST NEWS

Jedna ze stacji eksperymentu mającego na celu uchwycenie jakichś regularności w trzęsieniach ziemi. Parkfield w środkowej Kalifornii

Święty Andrzej został wrobiony w tę historię całkiem przypadkowo. Najpierw za sprawą hiszpańskich misjonarzy, którzy w XVIII w. w zapale ewangelizacyjnym nadawali wszystkim miejscom i miejscowościom zachodniego wybrzeża Ameryki nazwy pochodzące od imion świętych. Między innymi imię św. Andrzeja nadali niewielkiemu jezioru w pobliżu Zatoki San Francisco. Potem – za sprawą uczonego z pobliskiego Uniwersytetu w Berkeley, który tę nazwę przejął dla pewnej, niewielkiej, jak sądził, struktury tektonicznej związanej z tym jeziorem. W ten sposób święty Andrzej został patronem potwora.

Potwór świętego Andrzeja kształtem przypomina węża. Bardzo długiego, bo liczącego sobie 1200 km, i wygrzewającego się na skałach i plażach od Zatoki Kalifornijskiej na południu po Przylądek Mendocino na północy. Potwór ma naukową nazwę – uskok San Andreas.

Nie byłby on specjalnie znany i nie kręcono by na jego temat filmów, gdyby nie przedziwna skłonność ludzkości do wznoszenia swoich siedzib w miejscach szczególnie narażonych na wielkie katastrofy przyrodnicze – powodzie, trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów. Najstarsze centra cywilizacyjne – Mezopotamia, Grecja, Italia, jak i wielkie aglomeracje współczesności – Tokio czy Mexico City dziwnym trafem ulokowały się w takich miejscach. Szczególnie zdumiewająca jest lokalizacja dwóch metropolii kalifornijskich – Los Angeles i San Francisco. Ich założyciele, hiszpańscy misjonarze, wybrali miejsca położone dokładnie na linii przebiegu tego jednego z najpotężniejszych i najaktywniejszych uskoków na naszej planecie.

Lekcja 1906 r.

Gdy Andrew Lawson w 1890 r. objął stanowisko profesora na wydziale mineralogii i geologii Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, zafascynował go krajobraz półwyspu położonego po zachodniej stronie Zatoki San Francisco. Zadziwiający był zwłaszcza ciąg jezior – wąskich i długich, położonych dokładnie na jednej linii. Doświadczony geolog szybko doszedł do wniosku – dolina wypełniona wodami jezior ma pochodzenie tektoniczne, pokrywa się z linią nieznanego uskoku. W publikacji z 1895 r. nadał mu nazwę San Andreas, od nazwy jednego z jezior. Ocenił jego rozciągłość na nieco ponad 100 km.

Nie mógł wiedzieć, że odkrył drzemiącego potwora. Przekonał się o tym 11 lat później, gdy w 1906 r. trzęsienie ziemi (o magnitudzie ocenianej na 7,9) zniszczyło doszczętnie San Francisco. Zabudowę blisko półmilionowego miasta strawił pożar, śmierć poniosło ok. 3 tys. mieszkańców, ćwierć miliona ludzi zostało bez dachu nad głową. Dopiero wtedy naukowcy zorientowali się, jak wielką i potężną strukturą jest San Andreas. Od tego czasu świadomość tego, czym grozi życie w sąsiedztwie uskoku, który tak naprawdę ma długość ponad 1200 km, codziennie towarzyszy mieszkańcom zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Nie trzeba ich zresztą specjalnie uświadamiać. Nie ma roku, żeby nie donoszono z różnych regionów Kalifornii o wyraźnie odczuwalnych wstrząsach, a od czasu kataklizmu, który dotknął San Francisco, wydarzyło się co najmniej osiem trzęsień ziemi o magnitudzie ponad 6, które pociągnęły za sobą ofiary śmiertelne i znaczące szkody materialne. Powszechna jest też świadomość nieuchronnego wystąpienia trzęsienia ziemi, określanego enigmatycznie Big One, o sile porównywalnej z trzęsieniem z 1906 r. lub większej.

Czytaj także

Co nowego w nauce?

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną