Nauka

Sen o jednorożcu

Start-up made in Poland

Eliza Kruczkowska, prezes fundacji Startup Poland Eliza Kruczkowska, prezes fundacji Startup Poland Tadeusz Późniak / Polityka
Są gotowi pracować 12 godzin na dobę. Będą boostrapować i robić pivoty. Nauczą się pitchować i generować leady. Wszystko, aby zostać jednorożcami.
Borys Musielak, twórca start-upu FilmasterTadeusz Późniak/Polityka Borys Musielak, twórca start-upu Filmaster

Ciałem podobny do konia, głową do jelenia, nogami do słonia, ogonem do wieprza” – tak dwa tysiące lat temu jednorożca opisywał Pliniusz Starszy. Współczesny jednorożec wygląda inaczej. To nie stwór ze średniowiecznego bestiariusza, tylko unicorn – firma, w którą inwestorzy gotowi są włożyć co najmniej miliard dolarów. Na całym świecie takich przedsiębiorstw jest ok. 200. Marzycieli o dołączeniu do nich wciąż przybywa. Także w Polsce.

Droga do zostania unicornem zaczyna się od start-upu, czyli stworzenia młodego przedsiębiorstwa, zwykle technologicznego. Pięć lat temu zrobił to Bartosz Mozyrko. Założył Usability Tools – start-up, który dostarcza innym firmom narzędzia pozwalające zrozumieć, dlaczego klienci nie są aktywni w internecie, np. nie składają zamówień. Dzięki Usability Tools dwa lata temu Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy poprzez swoją stronę internetową zebrała nie 200 tys. zł – jak rok wcześniej – ale milion. Od kiedy Bartek jest start-upowcem, jego życie mogłoby być materiałem na scenariusz filmowy. Są tam duże pieniądze – jak milion złotych na start firmy, głównie z funduszy unijnych – i stanie na krawędzi bankructwa, gdy parę razy okazało się, że nie potrafi rozwinąć produktu. Są sukcesy – jak maile od klientów: „Bartek, dzięki Tobie zarobiłem 100 proc. więcej!” – i porażki, gdy przychodzili pracownicy, że nie wytrzymają presji. Są też nagłe zwroty akcji, jak wtedy, gdy przypadkowo poznany handlowiec uratował firmę przed upadkiem, ale przy okazji doprowadził do odejścia zespołu.

Niby to samo spotyka każde przedsiębiorstwo, jednak w start-upach wszystko dzieje się w dużo większej skali. Pieniądze liczone są w setkach tysięcy, a nawet milionach złotych. Wzrosty nie o kilka procent rocznie, ale o kilkadziesiąt. Klienci nie z najbliższej okolicy, tylko od razu z całego kraju, a najlepiej z całego świata. I prawdopodobieństwo porażki dużo większe niż w tradycyjnym biznesie. – Gdy zakładamy budkę z kebabem, wiadomo, co musi być, żeby się udało. Start-up to firma, która dopiero szuka swojego modelu biznesowego, a jej rynek dopiero powstaje. Dlatego do zwykłych problemów biznesu dochodzi to, że nie wiemy, czy to, co robimy, ma sens, i cały czas musimy coś zmieniać – tłumaczy Piotr Zaniewicz, założyciel Right Hallo, start-upu, który w dwa lata zdążył rozrosnąć się od 1 do 45 osób i współpracować z 200 klientami z całego świata.

Pierwsze start-upy pojawiły się w Polsce w połowie lat 90. – Wtedy nikt ich tak nie nazywał. Wtedy „robiło się internety”. To była olbrzymia zmiana – wspomina Piotr Wilam, współtwórca Onet.pl, a dziś inwestor. Kres przyniósł wybuch dotcomowej bańki. Zostawił po sobie tak olbrzymie zgliszcza, że musiało minąć kilka lat, zanim ponownie zaczęła się rozwijać młoda przedsiębiorczość. Prawdziwy wysyp start-upów rozpoczął się pięć–sześć lat temu. To zasługa funduszy unijnych oraz pierwszych międzynarodowych sukcesów polskich firm technologicznych. Doniesienia o kolejnych zagranicznych kontraktach wrocławskiego Live Chat czy dziesiątkach tysięcy euro zainwestowanych w warszawskie Codility albo Filmaster zachęcały innych młodych ludzi do wejścia w biznes.

Celebryci i mentorzy

Ile dziś jest start-upów? Nie wiadomo. W Business Linkach i Akademickich Inkubatorach Przedsiębiorczości, największym w Europie ekosystemie dla młodych firm, działa ok. 2 tys. przedsiębiorstw. Jednak część to proste biznesy robione z myślą o lokalnym rynku, a nie globalnym sukcesie. Z kolei według wyliczeń fundacji Startup Poland start-upów mamy 2400. Ale fundacja brała pod uwagę tylko firmy z obszaru gospodarki cyfrowej. W ten sposób na listę nie załapały się takie przedsiębiorstwa jak np. Glov, producent rękawic do demakijażu za pomocą wody. Założona przez dwie koleżanki ze studiów firma w cztery lata po powstaniu eksportuje do ponad 30 krajów świata – od Bahrajnu po Zjednoczone Emiraty Arabskie.

Ta niewielka grupa przedsiębiorstw stworzyła pewnego rodzaju fenomen – środowisko z własnymi mediami, gwiazdami i całym systemem wsparcia. Kandydat na start-upowca może skonsultować swój pomysł na dyżurach mentorów. W zamianie idei w biznes pomogą mu specjalne programy akceleracyjne. Odpowiedzi na pytania w konkretnych dziedzinach uzyska na spotkaniach z księgowymi, prawnikami, ekspertami od sprzedaży, marketingu, social mediów. Na warsztatach poćwiczy pichowanie, czyli opowiadanie inwestorowi o swojej firmie.

Ta umiejętność przyda się, gdy wystąpi na demo day. Jeśli biznes mu nie wychodzi, to na fuckup night opowie o swoich porażkach i posłucha o cudzych. Na start-up weekendach, mixerach, meet-upach spotka innych start-upowców, a przede wszystkim branżowe gwiazdy. Bo start-upy mają swoich celebrytów. Na piedestał wynoszą liczby klientów (najlepiej zagranicznych) czy ilość pieniędzy zdobyta od inwestorów. Ostatnio na firmamencie są krakowskie: Estimote, który zebrał od inwestorów 14 mln dol.; UxPin, który zdobył 5 mln; czy Maciej Sadowski i Brand 24, z którego – jak chwali się firma – korzysta Biały Dom.

Gdyby początkujący przedsiębiorca chciał chodzić na wszystkie branżowe spotkania, brakłoby mu doby. Każdego tygodnia w kraju odbywa się kilka–kilkanaście takich imprez. Są na nie chętni. Na Open Reaktor, kultowe miejsce w warszawskim mikroświecie, przychodzi po 100–200 osób. Do Campus Warsaw, miejsca dla start-upów stworzonego przez Google, w ciągu pierwszych 4 miesięcy zapisało się ok. 4 tys. osób. – Widać dwie grupy – mówi Dariusz Żuk, współtwórca Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości. – Z jednej strony jest środowisko typowo lanserskie: jestem start-upowcem, robię eventy, więc jestem guru start-upów. Z drugiej strony są ludzie, którzy nie chadzają na eventy, ale ciężko pracują i potem widać tego efekty. Do tego dochodzi obraz start-upów w mediach. Dziennikarze nie pogardzą historiami o młodych zdolnych, którzy zaczynali w akademiku, a teraz podbijają świat. Nawet jeśli za podbojem stoi jedynie piar firmy. Sukces wydaje się w zasięgu ręki.

Orka i brak gotówki

Prawdziwe życie start-upowca nie przypomina tego z nagłówków portali. – Wytworzyła się dziwna otoczka: masz Maca, chodzisz do Starbucksa, przesiadujesz na Campusie i na tym polega start-up. To nie jest start-up! Rozwijanie własnego biznesu to pełna wyrzeczeń praca – mówi Bartosz Mozyrko. – Często pracujesz po 12 godzin dziennie, regenerujesz się w weekendy, by w kolejnym tygodniu powtórzyć cykl na nowo. Praca start-upowca polega na umiejetności przegrywania. Większość spotkań z klientami nie udaje się. Większość pomysłów nie wypali. W domu  uśmiechasz się i zastanawiasz, co tym razem powiedzieć rodzinie. Gdybyś mówił wszystko, to rodzice mieliby napady lękowe – opowiada.

Do tego dochodzi brak pieniędzy. Fundusze są, ale inwestorzy nie czekają w kolejce, aby zainwestować w każdy pomysł. 60 proc. start-upów musi finansować się ze środków własnych. A te szybko się kończą. Rozwój produktu może pochłonąć każdą ilość gotówki, na zyski trzeba długo czekać. – Ci wszyscy przedsiębiorcy, którzy są CEO i mają ładne wizytówki, zwyczajnie nie mają kasy. Ludzie boostrapują – robią firmy bez finansowania, z własnych oszczędności. Zdarza się, że sprzedają mieszkania, samochody, przez kilka miesięcy mieszkają u kogoś – opowiada Borys Musielak, twórca Filmastera.

Wśród start-upów normą są pivoty, czyli ewolucje (a czasem rewolucje) pomysłu na firmę. Filmaster z portalu dla miłośników filmów przekształcił się w produkt dla właścicieli kin. Usability Tools zmniejszyło liczbę narzędzi do monitoringu internetu z kilkunastu do jednego. Lecz najczęściej nawet pivot nie pomaga i start-up pada. Statystyki są nieubłagane – na 100 nowych przedsięwzięć rozwinie się góra pięć.

Wbrew doniesieniom medialnym polskie start-upy masowo nie podbijają świata. Nie mamy sukcesu na miarę estońskiego Skype’a, który jest globalnym liderem wśród internetowych komunikatorów. Nawet w porównaniu z Czechami czy Węgrami mniej firm z Polski zyskało wyceny rzędu kilku milionów dolarów. To skutek wielkości polskiego rynku. W kilkumilionowych sąsiednich krajach start-upom szybko robiło się ciasno, dlatego musiały szukać odbiorców na zewnątrz. W 40-milionowej Polsce dłużej można było liczyć na klienta krajowego. Paradoksalnie to zabijało firmy. Gdy w końcu decydowały się wejść na zagraniczne rynki, te były już zajęte. – Nie mamy typowej kultury start-upowej, że każdy inżynier marzy, by założyć globalną firmę. Dla firmy z USA jest naturalne, że wyjdzie za granicę. U nas tego musimy się nauczyć – mówi Rafał Plutecki, szef Campus Warsaw.

Beton pęka

Do niedawna start-upy w Polsce funkcjonowały na marginesie biznesu. Kiedy Eliza Kruczkowska, prezes fundacji Startup Poland, rok temu próbowała zainteresować decydentów tematyką młodych firm, patrzono na nią jak na wariatkę. – Start-upy były widziane jako dzieciaki w bluzach z kapturem, z tłustymi włosami, które po nocach kodują jakieś dziwne aplikacje – opowiada.

Sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy z Zachodu przyszła moda na współpracę dużych firm ze start-upami. Własne konkursy czy programy akceleracyjne najpierw uruchomiły oddziały globalnych koncernów: T-Mobile, UPC, Orange. Za nimi polskie firmy: TVN, PKP, Enea. Przełomem było ostatnie Forum Inwestycyjne w Tarnowie. Jeden z paneli poświęcono współpracy start-upów i korporacji, a na scenie koło siebie stanęli prezesi w garniturach i młodzi chłopcy w tenisówkach. – Beton zaczyna pękać. Okazuje się, że to nie są dzieci bawiące się w biznes, tylko poważne firmy, które zatrudniają ludzi – dodaje Kruczkowska.

Do kruszenia betonu przykłada się rząd, który – jak przynajmniej deklaruje – chce, by Polska stała się krajem start-upów. Na razie Ministerstwo Nauki zapowiedziało powstanie największego w Europie Środkowej funduszu inwestującego w młode firmy z budżetem rzędu 500 mln zł. Tylko, co podkreślają sami start-upowcy, choć pieniędzy nigdy dość, to nie one decydują o sukcesie. Do stworzenia unicorna potrzeba jeszcze kompetentnych pracowników oraz doświadczonych mentorów z wiedzą i kontaktami na świecie. Na niedobory w tym zakresie wskazała połowa firm zbadanych przez fundację Startup Poland. Tymczasem i jednego, i drugiego w Polsce jest jak na lekarstwo.

To znaczy mentorów w Polsce jest mnóstwo, niestety większość nie ma jeszcze doświadczenia w rozwijaniu globalnych biznesów ani znaczących kontaktów w świecie. Czasami, zamiast pomagać, szkodzą. – Początkowo otrzymywaliśmy masę nietrafionych porad: usuńcie polski numer telefonu ze strony, bo Amerykanie wam nie ufają, zmieńcie kolor, dajcie ładne grafiki – wspomina Bartosz. – My akurat mieliśmy szczęście, bo trafiliśmy na SpeedUp, który pomógł nam w zdobyciu pierwszych klientów i obdarzył sporym zaufaniem.

Równie źle jest z pracownikami. Start-upy szukają ludzi w zawodach, które dopiero powstają: specjalistów od generowania leadów (czyli przyciągania potencjalnych klientów). – Świetny pomysł może powstać wszędzie. Ale jeśli firma ma potencjał i chce z 20 osób przeskoczyć do 200, to wtedy potrzebuje ludzi z kompetencjami. Różnica między Doliną Krzemową a Polską jest taka, że w Polsce takich specjalistów jest paru, a w Dolinie tysiąc razy więcej, i do tego mają duże doświadczenie – komentuje Piotr Wilam.

Kiedy zatem doczekamy się unicorna z Polski? Rafał Plutecki radzi, żeby jeszcze trochę poczekać: – Polskim przedsiębiorcom niczego nie brakuje, ale jesteśmy dopiero na początku drogi. Gdy przyjeżdżają do nas ludzie z Campusu w Londynie, mówią, że u nich było tak pięć lat temu. Dziś Londyn jest europejską stolicą start-upów.

Polityka 18.2016 (3057) z dnia 26.04.2016; Nauka; s. 76
Oryginalny tytuł tekstu: "Sen o jednorożcu"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Jak kwarantanna odbije się na naszym zdrowiu

Siedzimy na huśtawce społecznej i politycznej. Z jednej strony dyscyplina sanitarna, z drugiej masowe manifestacje oraz bandyckie rozróby na ulicach. Chaos, bezładne poczynania władzy, jak zapowiedź tzw. narodowej kwarantanny, wzmacniają nasz niepokój.

Martyna Bunda, Ewa Wilk
21.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną