Co zrobić, by wyższe wykształcenie wciąż miało wartość

Fachowcy bez dyplomów
Dobrze żyć w społeczeństwie ludzi wykształconych. Którzy rozumieją prawa fizyki, czytają książki i potrafią oddzielić informacje od bzdurnych plotek. To nie musi być jednak społeczeństwo ludzi utytułowanych.
Chris Cox z Facebooka (z lewej) i Xavier Niel, jeden z założycieli prywatnej szkoły Ecole 42, która przygotowuje mistrzów programowania.
Christophe Morin/IP3/Getty Images

Chris Cox z Facebooka (z lewej) i Xavier Niel, jeden z założycieli prywatnej szkoły Ecole 42, która przygotowuje mistrzów programowania.

Polityka

„Mniejsza liczba absolwentów wyższych uczelni dzisiaj może oznaczać, że na kolejne dziesiątki lat ukształtujemy strukturę społeczeństwa z mniejszą niż obecnie liczbą magistrów, inżynierów czy licencjatów. Czy takie są intencje ministra?” – pytał w POLITYCE (3) profesor Mirosław Szreder, krytykując pomysł ministra nauki i szkolnictwa wyższego Jarosława Gowina, by ograniczyć nabór na publiczne uczelnie wyższe. Nie wiem, jakie znaczenie ma liczba magistrów, ważna jest ich jakość. Mógłbym złośliwie napisać, że za Gierka Polska była jednym z największych producentów stali surowej na świecie (19,5 mln ton w 1979 r., a 8,5 mln ton w 2014 r.). Jaka była jej jakość, doskonale wiedzieli użytkownicy samochodów, których karoseria była zbudowana z blachy wywalcowanej z tej stali. A poza tym w Niemczech współczynnik skolaryzacji jest niższy niż w Polsce, a gospodarka doskonale się rozwija.

W sierpniu 2013 r. POLITYKA (32/13) opublikowała mój tekst „A imię jej 40 i 2” o utworzonej w Paryżu prywatnej szkole jakby wyższej, która na studia przyjmuje młodych ludzi w wieku 18–30 lat i nie wymaga świadectwa maturalnego. Nie daje też dyplomu – ani magistra, ani inżyniera, ani nawet licencjata. Mimo to we Francji, jednym z najbardziej etatystycznych krajów Europy, w pierwszym roku o przyjęcie do szkoły ubiegało się 50 tys. młodych ludzi. Xavier Niel, francuski miliarder i wizjoner, który zarabia w branży telekomunikacji cyfrowej, był bardzo niezadowolony z jakości dostępnych na rynku pracy utytułowanych absolwentów francuskich uniwersytetów. Postanowił sam wypełnić braki na rynku pracy.

Po kilku latach widać, że szkoła odniosła spektakularny sukces, jej absolwenci są wysoko cenieni na rynku pracy. O zainteresowaniu absolwentami tej szkoły może świadczyć to, że École 42 otworzyła nowy kampus w samej jaskini informatycznego lwa – w Dolinie Krzemowej, we Fremont, po wschodniej stronie mostu Dumbarton. Po zachodniej stronie tego niezbyt długiego mostu jest Uniwersytet Stanforda oraz między innymi siedziby Google i Facebooka. W pierwszych dniach stycznia portal codingame.com ogłosił ranking uczelni przygotowujących najlepszych budowniczych programów komputerowych (developers) – École 42 zajęła w tym rankingu pierwsze miejsce.

Jako uzasadnienie swoich tez Mirosław Szreder przywołuje wyniki Diagnozy Społecznej Janusza Czapińskiego i Tomasza Panka, z których wynika, że ludzie z wyższym wykształceniem są aktywniejsi zawodowo, bardziej zadowoleni z życia i lepiej zarabiają. Ale przecież sukcesy tych ludzi mogą być, przynajmniej częściowo, skutkiem ich cech osobowych, a nie wykształcenia. Są oni dynamiczni, ambitni i pracowici. Osoby pozbawione tych cech rzadziej wybierają się na studia. Ciekawe, że prof. Szreder sam przywołuje badania podważające jego tezę. Alan Krueger w „New York Timesie” napisał: „Wiedz, że twoja własna motywacja, ambicja i zdolności w większym stopniu kształtują twój przyszły sukces niż nazwa uczelni na dyplomie”. Jeśli nazwa uczelni nie jest taka ważna, to może także dyplom jest mniej ważny od cech osobowościowych.

Uniwersytet Rice’a został ufundowany przez Williama Marsha Rice’a w 1891 r. Fundator chciał zbudować elitarny prywatny uniwersytet, gdzie studia byłyby bezpłatne. Po pewnym czasie okazało się, że nie udało się w pełni zrealizować woli fundatora, ale czesne na tym prywatnym elitarnym uniwersytecie było (i dalej jest) znacznie niższe niż na innych uniwersytetach o podobnej reputacji. Z tego powodu pod względem jakości kandydatów, mierzonej wynikami testów maturalnych (SAT – Scholastic Assessment Test), Rice jest często w pierwszej trójce (po Caltech i MIT, a czasem nawet przed MIT) w Stanach Zjednoczonych, wyprzedzając kultowe uczelnie, takie jak Harvard czy Princeton. Od dziekana wydziału informatyki tej uczelni usłyszałem, że studenci przyjęci na studia dostają atrakcyjne oferty pracy, zanim jeszcze czegokolwiek się nauczą. Pracodawcy wiedzą bowiem, że ci młodzi ludzie mają cechy osobowościowe gwarantujące sukces.

Kilka lat temu bardzo zirytowała mnie informacja, że jedna z dużych międzynarodowych korporacji informatycznych zaoferowała pracę na pół etatu bardzo dużej grupie naszych studentów, którzy właśnie ukończyli pierwszy semestr. Żadnego dyplomu nie mieli. Znajomy biznesmen, któremu poskarżyłem się na politykę tej firmy, wyjaśnił, że wybierając najlepszych z grona kandydatów na studia, przeprowadziliśmy dla firmy darmowy proces rekrutacyjny.

Moje przykłady dotyczą tego, co dobrze znam, a więc studentów informatyki. Podobnie jest jednak w innych dziedzinach. Ciekawe informacje na ten temat można znaleźć w „The Huffington Post”. W numerze z 1 maja 2015 r. można przeczytać, że PricewaterhouseCoopers (PwC) zrezygnowało z rozważania ocen ze studiów w procesie rekrutacji pracowników. Podobną, ale jeszcze dalej idącą, decyzję podjął kilka miesięcy później Ernst&Young, gdyż „nie ma dowodów, na to, że ukończenie uniwersytetu oznacza sukces”. Na początku 2016 r. podobną decyzję podjął prestiżowy dom wydawniczy Penguin (Penguin Random House), argumentując ją „coraz silniejszymi dowodami na to, że nie ma prostej korelacji pomiędzy posiadaniem dyplomu i wynikami w pracy”.

Czytaj także

Co nowego w nauce?

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną