Brytyjczycy tracą refundację homeopatii z kieszeni państwa. Nareszcie!
Homeopatia pewnie jeszcze długo będzie miała swoich entuzjastów, ale nie traktujmy jej jak metody opartej na rzetelnej nauce.
Simon Stevens, dyrektor naczelny NHS England, określił homeopatię jako „co najwyżej placebo” i niewłaściwie wykorzystane fundusze. Nareszcie!
Bru-nO/Polityka

Simon Stevens, dyrektor naczelny NHS England, określił homeopatię jako „co najwyżej placebo” i niewłaściwie wykorzystane fundusze. Nareszcie!

Służba zdrowia w Wielkiej Brytanii nie powinna być dla nas punktem odniesienia, ale wielu Polaków lubi porównywać system lecznictwa w obu krajach. Kolejki do specjalistów? Taka sama bolączka. System oceny technologii medycznych? Podobnie restrykcyjny. Pozycja lekarzy rodzinnych? Dla nas jeszcze niedościgniony wzór.

Na tej fali od dawna utrzymywali się również orędownicy homeopatii, którzy przy każdej okazji powoływali się nie tylko na to, że sama rodzina królewska leczy się w ten cudaczny sposób, ale – i to miał być koronny argument uzasadniający rzetelność tej metody – finansuje ją w szpitalach National Health Service (NHS).

NHS to odpowiednik naszego NFZ, który z pieniędzy publicznych refunduje Brytyjczykom leki oraz świadczenia medyczne. Skoro w Londynie, mieście na wskroś nowoczesnym, leczenie homeopatią w szpitalu The Royal London Hospital for Integrated Medicine było możliwe z funduszy publicznych, to sami Państwo przyznacie, że coś musiało być na rzeczy – wszak nie marnowaliby swoich pieniędzy uważni Anglicy! Tego rodzaju argumentację można było usłyszeć w Polsce od niejednego homeopaty, ale właśnie z hukiem legła w gruzach. Zaprzestanie finansowania środków homeopatycznych przez NHS wielu brytyjskich ekspertów uznało za decyzję konieczną i spóźnioną. Więc jednak to pic na wodę?

Czytaj także: Triumf pseudonauki nad rozumem

Homeopatia, czyli słodkie nic

Homeopatię można skrótowo nazwać medycyną rozcieńczeń. Zgodnie z teorią Samuela Hahnemanna – pochodzącą z 1790 roku – identyczna substancja, która w dużej dawce wywołuje określone dolegliwości, przyjmowana w minimalnych dawkach leczy je.

A że są to naprawdę minimalne dawki, można przekonać się, studiując interpretację tajemniczych liczb umieszczonych na opakowaniach leków homeopatycznych (jednak bez wytłumaczenia, co one oznaczają). Litera C to setne rozcieńczenia podstawowej substancji w rozpuszczalniku, D – rozcieńczenia dziesiętne. Liczba arabska oznacza ujemną potęgę rozcieńczenia: np. C12 to rozcieńczenie 100-12,, a D3 to 10-3. W niektórych preparatach w jednym mililitrze płynu mogą się zatem znaleźć zaledwie milionowe części grama substancji leczniczej, którą mogą być rośliny, minerały lub nawet fragmenty tkanek zwierzęcych. Jak w takim razie taka substancja działa?

Teorię o przekazywaniu w tych preparatach informacji, w którą szczerze wierzą homeopaci, oficjalna nauka zdążyła dawno obalić. Twórcą poglądu o zapamiętywaniu przez wodę działania substancji leczniczej, z którą miała styczność podczas wielokrotnego wstrząsania, był francuski immunolog Jacques Benveniste w 1988 roku. Postanowił udowodnić, jak proces powstawania leku homeopatycznego wpływa na jego efektywność. Nurtowało go najwyraźniej fundamentalne pytanie, nad którym nie zastanawiał się 200 lat wcześniej Hahnemann: jakim cudem substancja zawarta w leku homeopatycznym działa, skoro praktycznie jej tam nie ma, gdyż podczas produkcji uległa tak silnemu rozcieńczeniu?

I Benveniste wymyślił teorię pamięci wody. Według niej cząsteczki związków chemicznych wysyłają specyficzne promieniowanie elektromagnetyczne i tę zakodowaną informację o ich właściwościach przejmuje woda, w której substancja była wstrząsana podczas kolejnych rozcieńczeń. Benveniste wykonał eksperyment w swoim laboratorium, ale jakoś nigdzie na świecie nie udało się go do tej pory powtórzyć, co zaowocowało przyznaniem mu w 1991 roku nagrody Ig-Nobel, czyli anty-Nobla.

Irracjonalnie wydane pieniądze

Homeopaci i firmy sprzedające na polskim rynku tego rodzaju wyroby z dumą dotąd podkreślali, że w Wielkiej Brytanii ich dziedzina uznawana jest za równoprawną i docenianą nawet przez ubezpieczalnie oraz decydentów ochrony zdrowia. Pamiętam konferencje prasowe, na które zapraszano do Warszawy dr. Petera Fishera będącego dyrektorem Klinicznym i ds. Badań w Royal London Hospital for Integrated Medicine (znanym dawniej pod nazwą Królewski Szpital Homeopatyczny), w której to placówce rzeczywiście leczenie odbywało się na koszt NHS. Jest to nadal największe centrum tzw. medycyny komplementarnej w sektorze publicznym w Wielkiej Brytanii.

Simon Stevens, dyrektor naczelny NHS England, określił jednak w tym tygodniu homeopatię jako „co najwyżej placebo” i niewłaściwie wykorzystane fundusze, których nie należy marnować. Eksperci z uznaniem dla tej spóźnionej decyzji dodają, że czas najwyższy zamknąć tę dziedzinę w książkach historycznych, a nie promować ją za publiczne pieniądze. Wciąż w Bristolu i Glasgow mniejsze szpitale homeopatyczne mogą liczyć na kontrakty z państwowym ubezpieczycielem, ale i tutaj ich czas jest już policzony.

Trzeba przyznać, że w Polsce boom na leki homeopatyczne w ostatnich latach osłabł i reklam tego rodzaju specyfików jest jakby mniej. Co nie znaczy, że nadal nie są sprzedawane w aptekach, sklepach zielarskich lub prywatnych gabinetach lekarzy hołdujących metodzie, która wydaje się bliższa placebo (choć wydać na nią trzeba niemało).

Od dawna wyznaję zasadę, że jeżeli coś komuś pomaga – a przynajmniej jeśli tak mu się wydaje i nie krzywdzi sam siebie – niech wzmacnia swój organizm, czym chce. Homeopatia pewnie jeszcze długo będzie miała swoich entuzjastów kształconych na przeróżnych kursach, ale nie traktujmy jej jak metody opartej na rzetelnej nauce.

Co nowego w nauce?

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną