Toczy się spór o wiek emerytalny pracowników naukowych

Emerytalne dylematy akademików
Pierwotny projekt ministra Gowina zakładał zrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn, na czym zależało środowisku starszej kadry naukowej. Tak się nie stanie.
Brama Uniwersytetu Warszawskiego
Uniwersytet Warszawski/Facebook

Brama Uniwersytetu Warszawskiego

Wygląda no to, że reforma nauki jednak wejdzie w życie. Środowisko naukowe obawia się przede wszystkim powołania do życia nowej instytucji – rady uczelni – mającej szerokie kompetencje zarządcze, a nawet wpływ na wybór rektora. Jako że w skład rady mają wchodzić w większości specjaliści spoza uczelni, istnieje poważne ryzyko ograniczenia autonomii szkoły wyższej, a nawet polityczno-ideologicznej kontroli jej działalności.

Spór o wiek emerytalny kadry naukowej

Silne emocje wywołuje też spór o wiek emerytalny pracowników naukowych. Pierwotny projekt ministra Gowina zakładał zrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn, na czym zależało środowisku starszej kadry naukowej. Ostatecznie jednak ministerstwo wycofało się z tego rozwiązania, co oznacza, że tak jak w innych zawodach, kobiety pracujące na wyższych uczelniach na stanowiskach naukowo-dydaktycznych będą osiągać wiek emerytalny w wieku 60 lat, czyli pięć lat wcześniej niż mężczyźni.

Nie jest łatwo ocenić, co byłoby lepsze. Kadra naukowa i nauczycielska jest bowiem zróżnicowana. Dzieli się przede wszystkim na dwie grupy, mające nieco inne potrzeby i interesy. W interesie samodzielnych (czyli posiadających habilitację) pracowników naukowych jest jak najpóźniejsze przechodzenie na emeryturę. Ich praca jest bowiem – co tu ukrywać – lekka, wobec czego chcą być zatrudnieni jak najdłużej.

Profesura zatrudniana jest na podstawie mianowania, dodatkowo korzysta z przywileju przechodzenia na emeryturę w wieku 70 lat w przypadku osób posiadających tytuł naukowy profesora (a nie tylko stanowisko profesora na uczelni). Jednak po osiągnięciu tego wieku dalsze zatrudnienie na uczelni publicznej jest dla profesora bardzo trudne i prawie wszyscy od razu lub najwyżej rok później faktycznie przechodzą na emeryturę bądź zatrudniają się w placówkach niepublicznych. W gorszym położeniu są profesorowie uczelniani (nieposiadający tytułu) oraz doktorzy habilitowani będący adiunktami. Jeśli nie zostaną profesorami tytularnymi na czas, mogą mieć trudności z utrzymaniem się w pracy po osiągnięciu wieku emerytalnego, zwłaszcza gdy mają czasowe umowy o pracę.

Szczególny przypadek tzw. pracowników niesamodzielnych

Zupełnie inna jest perspektywa zatrudnianych na podstawie zwykłych umów o pracę tzw. pracowników niesamodzielnych, czyli niemających habilitacji, oraz pracowników na stanowiskach wyłącznie dydaktycznych, na przykład lektorów albo wykładowców ze stopniem doktora, wykonujących głównie albo wyłącznie pracę nauczycieli. Ich praca jest znacznie cięższa niż praca profesorów – mają co najmniej dwa razy więcej zajęć ze studentami. Lektor języka angielskiego albo pielęgniarka z doktoratem prowadząca zajęcia praktyczne z pielęgniarstwa najczęściej nie ma ochoty pracować dłużej, niż wynosi wiek emerytalny.

Dlatego powszechny przywilej kobiet (nie rozstrzygam, czy jest uzasadniony czy nie), polegający na uzyskiwaniu uprawnień emerytalnych pięć lat wcześniej niż mężczyźni, jest cenny również dla kobiet lektorów czy kobiet wykładowców.

Nic więc dziwnego, że środowiska niesamodzielnych pracowników nauki domagały się wykreślenia przepisu zrównującego wiek emerytalny kobiet i mężczyzn na uczelniach. Po prostu z ich punktu widzenia oznacza to dyskryminację w stosunku do kobiet pracujących w innych zawodach.

Czytaj także: Czy humanistów jest za dużo?

Osiągnięcie wieku emerytalnego = przymusowe odejście z pracy?

Z drugiej strony część kobiet pracujących na stanowiskach samodzielnych, aczkolwiek nieposiadających tytułu, a czasem również stanowiska profesora, właśnie wcześniejsze nabywanie uprawnień emerytalnych postrzega jako dyskryminujące. Nie chcą bowiem opuszczać uczelni w pełni sił i w pełnym rozkwicie swej kariery naukowej. W nauce 60 lat to najczęściej wiek pełnej sprawności zawodowej.

Tymczasem w niektórych uczelniach osiągnięcie wieku emerytalnego może oznaczać przymusowe odejście z pracy. Nie dzieje się tak często, bo obecne przepisy emerytalne traktują osiągnięcie wieku emerytalnego jako nabycie uprawnień emerytalnych przez pracownika, nie dając pracodawcy automatycznie prawa do rozwiązania stosunku pracy. Bywa jednak, że uczelnie traktują tę sprawę inaczej, wymuszając odejście pracownika, który skończył 65 (mężczyźni) bądź 60 (kobiety) lat. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, gdy uczelnia chce się pozbyć pracownika, z którego nie jest zadowolona, albo pragnie odmładzać kadrę. Wiek emerytalny daje taką szansę – generalnie bowiem bardzo trudno zwolnić słabego pracownika uczelni, jeśli ma habilitację, nawet gdy nie uzyskał tytułu i nie korzysta ze wspomnianych wyżej szczególnych uprawnień.

Wydaje się, że dla ciężko pracujących kobiet nauczycielek, nieposiadających habilitacji, zrównanie wieku emerytalnego z mężczyznami byłoby wielkim rozczarowaniem i krzywdą. Trzeba jednak także zrozumieć dyskomfort, jaki odczuwają kobiety, które zrobiły habilitację niedługo przed osiągnięciem wieku 60 lat i muszą się liczyć z odejściem z uczelni, zanim uzyskają tytuł profesora.

Ale sprawą kluczową nie jest wiek emerytalny jako taki, lecz wygasanie stosunku pracy po uzyskaniu wieku emerytalnego. Przepisy emerytalne bywają różnie interpretowane, poza tym mogą się zmienić. A to już nie zależy od „konstytucji dla nauki”.

Czytaj także: Czy można zmienić PAN na uniwersytet?

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną