Leczenie przez upust krwi

Zlew krwi
Jak zapomniana metoda leczenia, zwana puszczaniem krwi, sprawdza się w naszych czasach.
Upusty krwi, szeroko stosowane w dawnej medycynie, nie wytrzymały próby czasu – okazały się pozbawione właściwości leczniczych.
Getty Images

Upusty krwi, szeroko stosowane w dawnej medycynie, nie wytrzymały próby czasu – okazały się pozbawione właściwości leczniczych.

Wiara naszych przodków w leczniczą moc pozbywania się krwi – nie tylko przez nacinanie żył, ale też przystawianie baniek lub pijawek – brała się z tzw. doktryny humoralnej.
PantherMedia

Wiara naszych przodków w leczniczą moc pozbywania się krwi – nie tylko przez nacinanie żył, ale też przystawianie baniek lub pijawek – brała się z tzw. doktryny humoralnej.

audio

AudioPolityka Paweł Walewski - Zlew krwi

Będą mnie leczyć jak w XVII w.? Maciek był zaskoczony kuracją, jaką mu zaproponowano. „Pana ojciec zmarł, bo za późno odkryto, na co jest chory” – powiedział lekarz, wręczając pacjentowi skierowanie do szpitala. „My zastosujemy upusty krwi. Czy pan kiedyś zemdlał na jej widok?”.

Mężczyznom rzeczywiście zdarza się to częściej niż kobietom, ale akurat Maciek na hemofobię – tak się fachowo nazywa lęk przed krwią – nigdy nie cierpiał. Nie przypuszczał jednak, że będzie poddawany leczeniu, które, jak myślał, już dawno zarzucono. I które bardziej kojarzyło mu się z ciemnogrodem niż współczesną medycyną.

Metoda upuszczania krwi upowszechniła się w Europie w średniowieczu, choć okres jej największej popularności przypada na pierwszą połowę XVII w. – pisze w interesującej książce na temat terapii leczniczych stosowanych w Rzeczpospolitej XVI–XVIII w. dr Jakub Węglorz, adiunkt z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Wrocławskiego. Zabieg początkowo zalecano np. mnichom cztery–pięć razy w roku, jako środek pozwalający zachować czystość seksualną przez pozbycie się czynnika „gorącego”, za jaki uważano krew.

U Macieja upustów ma być więcej – 20, po jednym w tygodniu. I w tym wypadku nie chodzi o leczenie nadmiernej chuci, lecz o pozbycie się z organizmu żelaza. Hemochromatoza, na którą chorował jego ojciec i przekazał mu ją w genach, grozi zniszczeniem narządów wewnętrznych, co prowadzi do przedwczesnej śmierci. Czynnikiem sprawczym jest właśnie żelazo, więc trzeba regularnie oczyszczać z niego organizm, oddając około pół litra krwi. To jedyny sposób, by przeżyć.

Na liście chorób, przy których sięgano po tę metodę w XVII w., były natomiast: gorączki, urazy, zapalenia płuc i krwioplucia, tyfus, ospa, paraliże, zaburzenia psychiczne i wiele innych. Ale Jakub Węglorz obala podstawowy mit: – Nie ulegajmy stereotypowi, jakoby nowożytna medycyna miała wszystkie choroby leczyć tylko w ten sposób! W powszechnym użyciu były przecież leki roślinne, zwierzęce i mineralne, korzystano też z leczniczych kąpieli, maści oraz plastrów.

Dopiero jednak od końca XVIII w. zapatrywania na krwioupusty zaczęły na tyle ewoluować, że bonifrater Ludwik Perzyna w dokumencie z 1793 r. „Lekarz dla włościan, czyli rady dla pospólstwa” odważył się kategorycznie przestrzegać przed nimi w wypadku raka, kołtuna, świerzbu, zatwardzeń, duszności, wrzodów, a także pałających gorączek. Wskazania więc stopniowo topniały i do naszych czasów flebotomia – bo tak zgodnie ze współczesną nomenklaturą nazywa się ten zabieg – ostała się przy hemochromatozie, 200–300 lat temu kompletnie nieznanej. Choć również wtedy żyli dotknięci nią ludzie, ale kto potrafiłby ją rozpoznać?

Zwłaszcza że i dzisiaj są z tym problemy. – Chociaż zaburzenie kojarzy się z krwią, gdyż żelazo niezbędne jest do przenoszenia tlenu przez hemoglobinę znajdującą się w krwinkach czerwonych, wykrycie objawów związanych z jego nadmiarem spada na gastrologów i lekarzy rodzinnych – mówi dr n. med. Kazimierz Hałaburda z Instytutu Hematologii i Transfuzjologii w Warszawie. Na właściwy trop można wpaść jednak dopiero wtedy, gdy niecharakterystyczne dolegliwości niczym porozrzucane puzzle dadzą się złożyć w jeden obraz.

U ojca Maćka narządy wewnętrzne zaczęły wysiadać, gdy miał 40 lat. Leczono go najpierw na cukrzycę – bo wykryto w badaniach laboratoryjnych nietolerancję glukozy. Potem zaczęły się problemy z trzustką i dołączyły do tego bóle stawów. Wreszcie, po kilku latach, próby wątrobowe wyszły tak złe, że trzeba było ratować ten narząd przed marskością. I dopiero kolejny lekarz wpadł na to, że skoro mężczyzna nie pije alkoholu oraz nie ma żadnych oznak nowotworu, warto go przebadać pod kątem zawartości żelaza. Tak wykrył chorobę, która po 10 latach doprowadziła pacjenta do śmierci. – Wtedy wezwano na badania całą rodzinę – opowiada Maciek, który miał wówczas 24 lata. Czuł się jeszcze świetnie. Okazało się jednak, że poziom ferrytyny, która magazynuje żelazo, by organizm mógł je łatwo pozyskiwać do procesów metabolicznych, aż dziesięciokrotnie przekracza u niego normę. – Nie miałem żadnych dolegliwości, a powiedziano mi, że choruję na nieuleczalną chorobę.

Potwierdzeniem było badanie genetyczne. Objawy hemochromatozy, jak przyznaje dr Hałaburda, rzeczywiście narastają powoli i na ogół dopiero po czterdziestce pacjent kwalifikuje się do pierwszych krwioupustów. – U kobiet jeszcze później, bo miesiączki w naturalny sposób usuwają żelazo z organizmu. U dzieci natomiast strachu nie ma, gdyż zapotrzebowanie na ten pierwiastek mają większe niż dorośli.

Czytaj także

Co nowego w nauce?

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną