Nauka

Nie ryj jak świnka

Jak Polacy na własną rękę szukają zabytków

„Atrakcyjne tereny, takie jak Pomorze czy Kujawy, są silnie eksplorowane przez nielegalnych poszukiwaczy skarbów, nie mówiąc o tym, że pojawił się u nas rynek fałszerzy”. „Atrakcyjne tereny, takie jak Pomorze czy Kujawy, są silnie eksplorowane przez nielegalnych poszukiwaczy skarbów, nie mówiąc o tym, że pojawił się u nas rynek fałszerzy”. Getty Images
O tym, że Polska to raj dla nielegalnych poszukiwań i handlu zabytkami, oraz jak walczyć z tym procederem, opowiada dr hab. Katarzyna Zalasińska.
Dr hab. Katarzyna ZalasińskaLeszek Zych/Polityka Dr hab. Katarzyna Zalasińska

AGNIESZKA KRZEMIŃSKA: – Jest coraz cieplej, to dla poszukiwaczy znak, by wyjść w teren. Czy wiedzą, że rok temu zaostrzona została ustawa dotycząca ochrony zabytków?
KATARZYNA ZALASIŃSKA: – Zacznijmy od tego, że ubiegłoroczna zmiana nie wprowadziła nowych zasad. Tak jak było dotychczas, poszukiwacz ma obowiązek posiadać pozwolenie na eksplorację od wojewódzkiego konserwatora zabytków i zgłaszać znalezienie zabytków archeologicznych, które wedle prawa stanowią własność państwa. Różnica polega na tym, że niestosowanie się do przepisów nie jest już wykroczeniem, tylko przestępstwem.

Jak środowisko zareagowało na tę zmianę?
Różnie. Najgłośniejsi zawsze są niezadowoleni. Pojawiły się wręcz zarzuty, że państwo zrobiło przestępców ze 100 tys. ludzi, bo na tyle szacowana jest liczba poszukiwaczy w Polsce. Obawy się nie potwierdziły. Nie mamy przykładów nasilonych działań policji, prokuratury czy wyroków skazujących, za to liczba wniosków o wydanie pozwoleń na badania wzrosła pięciokrotnie (w 2017 r. było ich raptem 100), a to oznacza, że środowisko poważnie potraktowało nowe regulacje. Byli i tacy, którzy ze zmian byli zadowoleni.

Archeolodzy?
Nie, wojskowi, bo chodzący z wykrywaczami po polach bitew militaryści często znajdują nieśmiertelniki, które potem wystawiają na Allegro. Tymczasem dla żołnierzy wyjęcie nieśmiertelnika i jego sprzedaż to odebranie pamięci i tożsamości poległemu w boju, rzecz moralnie nie do zaakceptowania.

Co teraz grozi nielegalnemu poszukiwaczowi?
Za zdewastowanie stanowiska archeologicznego oprócz kary ograniczenia lub pozbawienia wolności grozi zasądzenie tzw. nawiązki, która zasili konto Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków. Najczęściej wartość szacowanej szkody odpowiada kosztom badań archeologicznych, które powinny być przeprowadzone na danym stanowisku. Szkoda jest jednak wielokrotnie większa, bo wartość niematerialna została utracona bezpowrotnie.

Nie brzmi to przekonująco, skoro w maju zeszłego roku, gdy nowa ustawa już działała, dwóch poszukiwaczy z Miastka ukarano śmieszną grzywną po 3 tys. zł, choć wykopane przez nich brązowe przedmioty z VIII w. p.n.e. warte były 800 tys. zł.
Wzięło się to stąd, że mężczyźni dobrowolnie poddali się karze, ale rzeczywiście fakt, że wymiar sprawiedliwości zgodził się na taką sumę, znając już wartość zabytków, świadczy o niskiej świadomości szkodliwości tego procederu. Na szczęście wojewódzki konserwator zabytków złożył apelację od wyroku, więc kwota może jeszcze wzrosnąć.

Przypadek Miastka jest jednak ciekawy pod innym względem, bo pokazuje, jak u nas wygląda handel zabytkami – dowodzi, że mamy do czynienia ze zorganizowanymi grupami, trudniącymi się wydobywaniem i wywozem zabytków. Poszukiwacze z Miastka współpracowali z paserem, który miał sprzedać „fanty” kupcowi z Niemiec, a ponieważ to nie wyszło, zaoferowano je muzeum w Lęborku, to zaś zgłosiło sprawę organom ścigania. Pojawiający się w tej spawie paser – któremu sąd kazał zapłacić symboliczne 1 tys. zł grzywny – nie pierwszy raz handlował zabytkami. W jego zeznaniach pojawił się wątek bogato zdobionej rzymskiej misy, którą ponoć ktoś z Gdańska sprzedał za 2 mln zł do Dubaju.

To chyba zbyt fantastycznie, żeby było prawdziwe!
Dlaczego? Przecież nielegalny handel zabytkami to doskonale zorganizowana międzynarodowa siatka, a Dubaj mógł być miejscem tranzytowym. Poza tym w Polsce są obiekty świadczące o kontaktach z Imperium Romanum, nie tylko monety, ale też wyroby ze złota i srebra, więc znalezienie kosztownego naczynia jest możliwe. A jeśli chodzi o cenę, to przecież wartość czarnego rynku sztuki na świecie szacuje się na 8 mld dol., co czyni go trzecim nielegalnym rynkiem po narkotykach i broni. Poza tym mnóstwo jest bogatych kolekcjonerów zabytków archeologicznych, którzy generują popyt. Według Interpolu ropa i obrót dobrami kultury to główne źródła finansowania terroryzmu. Względy bezpieczeństwa i duża ilość nielegalnie pozyskanych artefaktów z Bliskiego Wschodu na rynku sprawiły, że Unia Europejska pracuje nad regulacjami dotyczącymi wwozu i wywozu zabytków.

Z tym że mamy Schengen i Szwajcarię, która od zawsze handluje dobrami kultury o nie zawsze jasnej proweniencji.
Nie tylko ona. Jednym z krajów tranzytowych jest Turcja, przez którą przepływają obiekty pochodzące m.in. z Syrii i Iraku. Ale i Polska jest wygodnym miejscem dla obrotu dziełami sztuki, gdyż w odróżnieniu od większości krajów działalność ta nie jest u nas w żaden sposób regulowana – można tu przyjechać, coś nielegalnie sprzedać, kupić i w miarę bezpiecznie wyjechać. Pod koniec lutego warszawscy policjanci zatrzymali handlarza, jego partnerkę z Ukrainy i jej syna, którzy zajmowali się obrotem zabytkami archeologicznymi na polskich i zagranicznych portalach aukcyjnych. Znaleziono u nich setki pochodzących nawet z IV w. p.n.e. artefaktów, które nielegalnie wykopano u nas, ale i w innych krajach zza naszej wschodniej granicy. Ceny za poszczególne przedmioty sięgały kilkudziesięciu tysięcy złotych. Paserom grozi 10 lat więzienia, a dla nas to dowód, że jesteśmy krajem tranzytowym dla nielegalnie pozyskanych zabytków w innych krajach, i że obrót nimi w sieci hula.

Zdarza się, że nie chodzi o małe rzeczy, które można schować do walizki, ale i tak duże, jak 30-tonowy wrak czołgu Pantera, który został wydobyty z Czarnej Nidy w 1999 r. i wywieziony za granicę. Zdaje się, że nielegalna archeologia podwodna, którą najtrudniej objąć nadzorem państwa, rozwija się w najlepsze?
Niestety. Archeolodzy podwodni informują co jakiś czas o kolejnych „wyczyszczonych” z zabytkowych elementów wrakach, a według prof. Wiesława Pływaczewskiego, badacza nielegalnego rynku dzieł sztuki w Polsce, znamiona przestępczości zorganizowanej najwyraźniej widać właśnie w przypadku handlu zabytkami wyciągniętymi z wody. W dodatku gangi płetwonurków mają coraz lepszy sprzęt (np. sonary) i czują się zupełnie bezkarne, ponieważ organy ścigania sprawy związane z dziedzictwem traktują raczej marginalnie, a państwo nie reglamentuje działalności domów aukcyjnych i antykwariatów.

Dlaczego?
Do lat 90. XX w. wyłączny nadzór nad rynkiem sztuki miała Desa, gdy rynek się uwolnił, liczono, że dojdzie do samoregulacji, jak w Anglii. To się nie udało, a teraz przepisy wywozowe nie są w stanie sprostać nowym warunkom, jakie stworzyła strefa Schengen, która w zasadzie uniemożliwia skuteczną kontrolę graniczną. Do tego handel ułatwia to, że odbywa się on w dużej mierze w sieci. Tymczasem „wątek dubajski” pokazał, że polskie zabytki archeologiczne mogą być atrakcyjne nie tylko dla kolekcjonerów z Rosji, Niemiec i Austrii, czyli naszych sąsiadów i byłych zaborców, choć nie da się zaprzeczyć, że to oni są ich głównymi nabywcami. W 2012 r. głośno było o wydobyciu na Przełęczy Kowarskiej – na zlecenie dwóch Niemców – skrzyń z dokumentami załogi SS z Auschwitz przez polskiego poszukiwacza. Przesłuchiwany twierdził, że niektórzy żyją u nas z wykopywania skarbów niemieckich na zlecenie.

Wykopanie konkretnych zabytków archeologicznych na zamówienie jest raczej niemożliwe.
Nie, ale popyt sprawia, że atrakcyjne tereny, takie jak Pomorze czy Kujawy, są silnie eksplorowane przez nielegalnych poszukiwaczy skarbów, nie mówiąc o tym, że pojawił się u nas rynek fałszerzy. Ostatnio policja trafiła na Dolnym Śląsku na trop grupy wytwarzającej podróbki antycznych i średniowiecznych artefaktów, które miały być następnie sprzedane za granicę jako pochodzące z nielegalnych wykopalisk. Sprawy z Miastka i wspomniane zatrzymanie w Warszawie pokazały szerszy kontekst tego procederu, ale mieliśmy szczęście, że sprawcy byli nieudolni, w większości przypadków odbywające się w sieci transakcje kończą się przecież sukcesem. Czyli zasilamy nielegalny międzynarodowy rynek sztuki naszymi zabytkami archeologicznymi, które mogą osiągać ogromne kwoty. Gdy zabytek zostanie wydobyty i opuści Polskę, jest najczęściej bezpowrotnie stracony. Moment wykopania obiektu jest jedynym możliwym dla nas do uchwycenia. Aby chronić dziedzictwo, które kryje się w ziemi, musimy mieć nad nim lepszą kontrolę i uregulować zasady poszukiwań.

Z tym że w polskim społeczeństwie mało kto rozumie, że zabytki najlepiej zostawić w spokoju aż do wynalezienia lepszych metod ich badania. Większości wydaje się, że to, co w ziemi, jest niczyje, wystarczy po to sięgnąć i sobie wziąć. Może to należy zmienić?
Poszukiwania zabytków nie są u nas zakazane. Czym innym jest jednak ich wydobywanie czy niszczenie stanowisk archeologicznych. Zgodzę się, że brakuje edukacji. Jednocześnie złe wzorce są promowane poprzez bajki, jak popularna „Świnka Peppa”, w której tata świnka wraz z dziećmi szuka skarbów wykrywaczem. Tymczasem prawo nie będzie skuteczne, jeżeli nie będą za nim szły działania edukacyjne, uświadamiające, jak istotny jest to problem dla ochrony dziedzictwa i ile mamy do stracenia. Tym bardziej że dziś każdy może sobie kupić detektor metali, który notabene jest polskim wynalazkiem. W 1941 r. konkurs Armii Brytyjskiej na wykrywacz min wygrali porucznicy Józef Kosacki i Antoni Garboś. Udoskonalany Polish Mine Detektor wykorzystywali Anglicy jeszcze podczas wojny w Zatoce Perskiej. W połowie lat 90. detektory trafiły w ręce amatorów, którym szybko zaczęły służyć do poszukiwania zabytków. Ich cena spadała, a posiadanie nie wymagało pozwoleń, doszło wręcz do tego, że można je było kupić w Biedronce za ok. 350 zł.

Jak ktoś naogląda się „Świnki Peppy” i romantyczno-awanturniczych przygód Indiany Jonesa, też chce zostać poszukiwaczem skarbów, ale zamiast studiować archeologię, kupuje wykrywacz i idzie w pole.
Ale to nie jest tak, że w środowisku poszukiwaczy są sami rabusie, choć to oni najbardziej rzucają się w oczy i robią reszcie czarny piar. Można wymieniać szereg organizacji i osób, które od lat legalnie poszukują zabytków i współpracują z archeologami. Chcę wierzyć, że w środowisku dominują osoby nieświadome, że mogą niszczyć dziedzictwo, albo legalnie działający pasjonaci – tych pierwszych trzeba edukować; tym drugim stworzyć warunki dla uprawiania hobby. Urzędnicy, archeolodzy i poszukiwacze podjęli dialog już 30 lat temu, ale wówczas nic z tego nie wyszło. Teraz, po wprowadzeniu nowelizacji, znów się pojawiła potrzeba, by się wspólnie zastanowić, według jakich zasad mogą realizować swą pasję.

Próba ustalenia zasad działania, które zadowolą wszystkich, nie jest chyba łatwa, bo poszukiwacze to środowisko rozproszone, które nie mówi jednym głosem.
To prawda. Oprócz wielu stowarzyszeń i fundacji są indywidualni poszukiwacze, z jednej strony mamy działający od niespełna roku Polski Związek Eksploratorów, z drugiej posiadające ponad 20 lat doświadczeń organizacje, które wcale nie są tak radykalne i uważają, że założenia obecnego systemu są w porządku, należy jednak usprawnić procedury. Dla tych organizacji oczywiste jest, że amatorskie poszukiwanie zabytków na chronionych prawem stanowiskach archeologicznych czy handlowanie znalezionymi tam zabytkami jest niedopuszczalne. Mnie jednak najbardziej cieszy, że zmiana legislacyjna wywołała w środowisku poszukiwaczy merytoryczną dyskusję na temat ich działalności.

Od lat detektoryści powołują się na przychylny im system brytyjski, który opiera się na sięgającym średniowiecza prawie do ziemi. Nadal posługują się tym argumentem?
Oczywiście, z tym że traktują go dość wybiórczo. Zapominają, że w Anglii też zakazane jest kopanie na wpisanych do rejestru stanowiskach archeologicznych (których zresztą jest tam prawie trzy razy więcej niż u nas); że wymagana jest zgoda właściciela terenu na poszukiwanie zabytków i jak coś się znajdzie, należy dzielić się z nim zyskiem, oraz że w Anglii wszystko, co znajdowane jest w wodzie, należy do państwa. Pod pewnymi względami tamtejsze przepisy dotyczące poszukiwań są bardziej restrykcyjne niż nasze, co więcej – Brytyjczycy zastanawiają się nad ich zaostrzeniem.

To te nowe regulacje dotyczące poszukiwań stawiają nas wśród krajów mniej czy bardziej restrykcyjnie podchodzących do amatorskich poszukiwań?
Jeśli weźmiemy pod uwagę, że w Rumunii czy Szwecji jest całkowity ich zakaz, to jesteśmy znacznie bardziej liberalni. Mam nadzieję, że dyskusja z detektorystami, jaka się rozpoczęła z inicjatywy Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a która ma odbicie w internecie czy na łamach miesięcznika „Odkrywca”, przyczyni się do wzrostu świadomości i nawet jeśli ktoś nie zgadza się z regułami, teraz o nich usłyszy i dowie się o zagrożeniach związanych z kopaniem w ziemi. Na przykład że nielegalne wykopaliska to kwestia bezpieczeństwa, bo niektórzy wyciągają z ziemi amunicję i broń.

Tylko czy wiara, że edukacja w cudowny sposób zmieni rabusiów zarabiających na wyciąganych z ziemi fantach, nie jest naiwna?
Patologii wynikających z braku regulacji rynku sztuki czy problemów z kontrolą ich wywozu za granicę nie wyeliminuje żadne usprawnienie legalnych poszukiwań, ale przynajmniej umożliwi ono państwu lepsze ich nadzorowanie. Wartością nadrzędną jest przecież nasze dziedzictwo, jak widać, coraz atrakcyjniejsze na międzynarodowym rynku. I nie ma się co łudzić – jeśli będziemy siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż problem sam się rozwiąże, będzie tylko gorzej.

ROZMAWIAŁA AGNIESZKA KRZEMIŃSKA

***

Dr hab. Katarzyna Zalasińska jest prawniczką z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, ekspertką w zakresie prawa ochrony zabytków, muzeów oraz rynku sztuki. Członkini m.in. Polskiego Komitetu Narodowego Międzynarodowej Rady Ochrony Zabytków i Miejsc Historycznych (International Council on Monuments and Sites) oraz Towarzystwa Opieki nad Zabytkami. Jedna z inicjatorek debaty wokół regulacji prawa dotyczącego kwestii poszukiwania zabytków archeologicznych.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Giszowiec i Nikiszowiec: miasta dla ludzi

Są od siebie diametralnie różne, ale wyglądają tak, jakby podawały sobie ręce. Były na Górnym Śląsku fenomenem kapitalizmu z ludzką twarzą.

Aleksandra Dziadul
06.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną