Nauka

Australia nadal płonie. Straty będą liczone w miliardach

Straty, jakie przyniosą pożary australijskiego buszu w sezonie 2019/2020, będą trudne do oszacowania. Straty, jakie przyniosą pożary australijskiego buszu w sezonie 2019/2020, będą trudne do oszacowania. Peter Parks / EAST NEWS
Straty, jakie przyniosą pożary australijskiego buszu w sezonie 2019/2020, będą trudne do oszacowania, ale już wiadomo, że obejmą miliardy dolarów i miliardy istnień.

Ustabilizowanie pogody, a nawet sporadyczne deszcze przyniosły tylko chwilowe wytchnienie w kryzysie trawiącym Australię. W ostatnich dniach gwałtowne zmiany kierunku i siły wiatrów roznieciły nowe i wzmogły istniejące pożary. Pozostają one niemal poza jakąkolwiek kontrolą i zagrażają dziesiątkom nowych miasteczek. Obszar strawiony przez pożary przekroczył już 100 tys. km kw., czyli niemal podwoił się od ostatnich szacunków z okolic Nowego Roku.

Utracone ekosystemy. Szczęście, że koale nie głosują?

Rośnie liczba ofiar wśród zwierząt. Według szacunków naukowców z uniwersytetu w Sydney mógł ich zginąć już ponad miliard, a kolejne miliony są zagrożone zarówno trwającymi pożarami, jak i utratą terenów lęgowych i żerowisk. Fauna będzie odczuwała skutki katastrofy przez lata, a niektóre unikalne ekosystemy mogą po prostu zniknąć – najlepszym przykładem jest Wyspa Kangurów na południowym wybrzeżu; połowa już spłonęła, a to zapewne nie koniec.

Na razie to mimo wszystko głównie zwierzęta i przyroda najbardziej odczuwają tragiczne skutki pożarów, bo liczba ofiar wśród ludzi zatrzymała się na 26, głównie dzięki niestrudzonej pracy służb ratunkowych i w porę wydawanym nakazom ewakuacji. Nic więc dziwnego, że na piątkowych protestach (zgromadziły 10 tys. osób w Sydney, Melbourne, Adelajdzie i Brisbane) przeciw antyśrodowiskowej polityce Partii Liberalnej, premiera Scotta Morrisona i jego fatalnym decyzjom w trakcie samego kryzysu pojawiły się transparenty: „Czyż politycy nie mają szczęścia, że koale nie głosują?”.

Ale mimo względnie małej liczby ofiar wśród ludzi (w 2009 r., gdy pożary strawiły przedmieścia Melbourne, zginęły 173 osoby), katastrofa będzie miała potężne skutki dla całego kraju.

Czytaj także: Fakty, nie fejki. Co o pożarach w Australii wiemy na pewno

Miliardy strat. Licznik tyka

Agencja ratingowa Moody’s podała, że straty spowodowane przez pożary z pewnością przekroczą poprzedni rekord z 2009 r., gdy oszacowano je na 4,4 mld dol. amerykańskich. John Quiggin z Uniwersytetu Queensland uważa, że rachunek przekroczy 70 mld. Jeśli dobrze policzyć wszystkie efekty, a to będzie bardzo trudne.

Nieco łatwiej oszacować materialne straty związane z samymi pożarami. Według Australijskiej Rady Ubezpieczeń do 6 stycznia do ubezpieczycieli wpłynęło prawie 9 tys. wniosków o wypłatę związaną ze stratami poniesionymi w pożarach, w tym prawie 1,9 tys. dotyczących spalenia całych domów. Wartość tych odszkodowań już przekroczyła 500 mln dol. amerykańskich, choć to na pewno tylko początek. Tysiące osób ewakuowano, nie ma dostępu do własnych domów znajdujących się w strefach pożarów; dla wielu priorytetem jest przetrwanie lub walka o ocalenie choć części majątku – o odszkodowania będą ubiegać się później. Te wyliczenia pomijają też oczywiście straty nieobjęte ubezpieczeniami.

Trudniej będzie policzyć pośrednie efekty pożarów, a tych jest mnóstwo.

Cios dla australijskiej turystyki

Australijska Rada Branży Turystycznej nie podała dokładnych szacunków, ale mówi o setkach milionów dolarów strat tego sektora. Całe południowo-wschodnie wybrzeże Australii żyje z turystyki, a okres noworoczny to szczyt sezonu. Region traci nie tylko przez to, że wiele miejscowości jest albo otoczonych pożarami, albo co najmniej nie da się do nich dojechać, ale także wizerunkowo. Turyści stanowili sporą grupę ponad tysiąca ewakuowanych okrętami marynarki z plaży w Mallacoocie w Nowy Rok.

O tym, jak ważnym sektorem jest turystyka, świadczy nowa kampania reklamowa regionu Australia Południowa. Choć w jego głębi trwa walka z ogniem (pożarów jest mniej niż w Wiktorii czy Nowej Południowej Walii), to stan reklamuje wybrzeże, które jest „open for business” (choć równocześnie zaleca turystom wcześniejszy kontakt z hotelami i kempingami, by potwierdzić, czy na pewno jest bezpiecznie). Turyści z zagranicy są pełni obaw przed rezerwacją biletów, a wpływy z ich odwiedzin szacuje się na 15 mld dol. amerykańskich rocznie.

Czytaj także: Zmiany klimatyczne wymykają się spod kontroli

Susza i pożary uderzą w przemysł mleczarski i winiarski

Zagrożony jest australijski przemysł mleczarski, bo najwięcej farm znajduje się w rejonach East Gippsland w Wiktorii i w południowej części Nowej Południowej Walii – tam, gdzie szaleją najintensywniejsze pożary. Poza bezpośrednimi stratami w pożarach rolników martwi spalona trawa – można się spodziewać problemów z wykarmieniem wielkich stad krów. Skutki pożarów nakładają się na kryzys wywołany suszą. Przemysł mleczny jest warty 2,3 mld dol. amerykańskich rocznie, a kraj jest siódmym największym eksporterem nabiału na świecie.

Pożary dotkną też przemysł winiarski, który zmagał się wcześniej z suszą. Pył niszczy nawet uprawy niedotknięte bezpośrednio pożarami. Kolejne miliardy dolarów będą musiały trafić na odbudowę infrastruktury.

Niemożliwe do oszacowania, ale warte miliardy dolarów będą też efekty związane z wpływem potężnego zanieczyszczenia pyłami na ludzkie zdrowie. Jeszcze trudniej oszacować wartość strat środowiskowych i utraconej bioróżnorodności.

Czy Australię stać?

Australia to jeden z najbogatszych krajów świata, ma PKB na mieszkańca takie jak Niemcy czy Dania. Jest znacznie lepiej zabezpieczona finansowo niż inne kraje, które w ostatnich latach dotykały katastrofy naturalne. Ale i tak na świecie trwają już setki zbiórek na wsparcie australijskich służb i ratowanie zwierząt. ABC opisało mieszkańców niewielkich wiosek w Papui Nowej Gwinei, którzy zebrali 400 dol. do taczek. Na Vanuatu w ten sam sposób zebrano 6,3 tys. dol. Wsparcie zadeklarowały także inne, mniejsze i jeszcze biedniejsze pacyficzne kraje.

To gesty symboliczne, bo w sierpniu premier Morrison osobiście uniemożliwił przyjęcie regionalnej deklaracji walki z przyczynami katastrofy klimatycznej podczas szczytu na Tuvalu. Premier Tonga ponoć płakał z bezsilności wobec uporu finansowanego przez węglowych magnatów Morrisona. Pacyficzne wyspy są jednymi z najbardziej narażonych na skutki katastrofy terenów świata.

Czytaj także: Australijskie lasy w ogniu, a premier na wakacjach

Czy Scott Morrison i australijska prawica się ugną?

Wobec powszechnej krytyki rząd Morrisona złagodził nieco stanowisko wobec przyczyn pożarów. Premier przyznał – niechętnie i niejednoznacznie – że katastrofa klimatyczna wpływa na intensywność pożarów; zakazał też wypowiedzi posłom ze swojej partii, którzy wciąż zaprzeczają nauce, obwiniając w zamian np. podpalaczy (podpalenia odpowiadają za 1 proc. pożarów). Rząd zapowiedział, że przeznaczy 2 mld dol. australijskich (ok. 1,4 mld amerykańskich) na pomoc w odbudowie kraju i jest gotowy zrezygnować z przywiązania do nadwyżek budżetowych.

Maskę prośrodowiskowych przybrały też media koncernu News Corp, należącego do Ruperta Murdocha, które przez lata zaciekle zaprzeczały informacjom o związku przemysłu wydobywczego ze zmianami klimatu i ich wpływem na planetę. Choć felietony ich wiodących dziennikarzy apelujących o działania na rzecz ograniczenia emisji zostały powszechnie wyśmiane, niewątpliwie pokazują, że nawet radykalna prawica czuje zmieniające się nastroje społeczeństwa. Magnat przemysłu wydobywczego Andrew Forrest zapowiedział, że przeznaczy 70 mln dol. na walkę ze zmianami klimatu – choć w praktyce będzie to tylko 10 mln, reszta trafi do jego greenwashingującej fundacji.

Czytaj także: Najwięksi truciciele wciąż nie spełniają zobowiązań klimatycznych

Następne australijskie wybory federalne w 2022 r. Morrisonowi ciężko będzie odzyskać do tego czasu zaufanie. Ale lata zaniedbań spowodowały, że nawet jeśli obecny rząd nawróciłby się na naukę w kwestii klimatu, to działania nie spowodują poprawienia sytuacji w najbliższych latach. Paradoksalnie największą nadzieją Australijczyków na w miarę spokojne kolejne zimy jest to, że czas potrzebny, by busz odnowił się do poziomu umożliwiającego równie gwałtowne pożary, to około pięciu lat.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Dawni medycy i lekarscy kaci

Balwierze, wyrwizęby i kaci, czyli dawni medycy i ich terapie.

Dariusz Łukasiewicz
17.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną