Nauka

Coraz więcej lekarzy, ratowników i pielęgniarek na kwarantannie. To pogłębia kryzys

Personel medyczny Szpitalnego Oddziału Ratunkowego Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego Nr 4 w Lublinie Personel medyczny Szpitalnego Oddziału Ratunkowego Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego Nr 4 w Lublinie Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
Coraz więcej szpitali pracuje na pół gwizdka i coraz więcej lekarzy, ratowników oraz pielęgniarek musi przebywać na kwarantannie. Bez wzmocnienia personelu medycznego system opieki medycznej jest niewydolny.

Już przed kryzysem wywołanym epidemią sytuacja była trudna. Teraz, gdy trzeba przyjmować wzbierającą falę pacjentów z podejrzeniem koronawirusa, a jednocześnie zajmować się chorymi, którzy nie przestają przecież leczyć się na raka albo mają zawał serca, grozi mu prawdziwa zapaść. – Pracownicy ochrony zdrowia nie tylko nie są bardziej odporni na Covid-19 niż zwykli ludzie, ale nie mogą zostać na kwarantannie domowej, bo muszą pracować. Często bez niezbędnych zabezpieczeń, bo ich wszędzie brakuje – komentuje dr Paweł Grzesiowski, prezes Fundacji Instytut Profilaktyki Zakażeń.

Czytaj też: Narodowy Instytut Onkologii zamyka usta pracownikom

Personel medyczny, który zapomniano przetestować

Każdy dzień przynosi coraz gorsze wiadomości o zamykaniu (nawet tylko tymczasowym) szpitali lub oddziałów. Okazuje się, że spełnia się czarny scenariusz, jakiego chyba nie przewidzieli zarządzający ochroną zdrowia, gdy wmawiali nam miesiąc temu, że placówki są pod ich zwierzchnictwem świetnie przygotowane do nadejścia epidemii. Albo cynicznie wierzyli, że jakoś to będzie, pozszywa się braki kadrowe tu i tam, część pacjentów się nie dodiagnozuje, innych przestawi w kolejce – ważne, by w społeczeństwie nie było paniki, no i żeby można było w aureoli chwały dociągnąć do wyborów prezydenckich.

Czytaj też: Pora powiedzieć wprost. Rząd oszukuje społeczeństwo ws. koronawirusa

Z tą paniką i koronawirusową histerią sprawa jest jednak dwuznaczna. Jestem ostatnią osobą, która by zamierzała rozkręcać spiralę strachu, ale obecna sytuacja nie może na pacjentów działać uspokajająco. Zwłaszcza kiedy czytają zawiadomienia takie jak to, które na swojej stronie umieścił szpital we Wrocławiu: „W trosce o zdrowie pacjentów Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego, by zminimalizować ryzyko zakażenia wirusem SARS-CoV-2, wstrzymujemy: wszystkie planowe przyjęcia na oddziały szpitalne, wszystkie planowe wizyty w poradniach specjalistycznych, planowe zabiegi fizjoterapeutyczne i rehabilitacji dziennej, planowe badania w pracowniach diagnostycznych”. Istnieje wprawdzie kilka wyjątków (m.in. terminy wizyt chorych w trakcie leczenia w ramach programów terapeutycznych i chemioterapii oraz do ściągnięcia szwów, gipsów i kontroli gojenia ran pooperacyjnych), ale dla większości osób przestoje w działalności szpitali to naprawdę duży problem. I panika: czy mój stan zdrowia się nie pogorszy, jeśli zostanę przyjęty dopiero „po ustaniu zagrożenia epidemicznego”? Czyli kiedy: za dwa miesiące, trzy? Czy spiętrzenie wizyt nie wydłuży kolejek?

Zawieszenie pracy ma różne przyczyny, ale w większości to skutek zbyt powolnego rozkręcania akcji testowania. Personel znalazł się na końcu tej długiej kolejki, jakby Ministerstwo Zdrowia chciało zaoszczędzić i nie brało pod uwagę, że właśnie lekarze, pielęgniarki oraz ratownicy medyczni wymagają najpilniejszego zabezpieczenia, a co się z tym wiąże – wiedzy, czy mogą bezpiecznie trwać przy chorych. Pomijam sytuacje, kiedy niektórzy lekarze świadomi zakażenia przychodzili do pracy (i o takich przykładach informowały w ostatnim czasie media), bo to skrajna nieodpowiedzialność. Argument, że przy braku rąk do pracy i zastępstwach na dyżurach nikt z personelu nie powinien leczyć „przeziębienia” w domu, jest niepoważny – dla większości zakażenie Covid-19 to tylko kaszel i lekka duszność, ale 10–20 proc. musi kłaść się do szpitala i nie sposób przewidzieć, na kogo padnie.

Czytaj też: Testy to klucz do pokonania epidemii. Jak zwiększyć ich liczbę?

Studenci medycyny, którzy czekają na wytyczne

Skoro nie wdrożono od początku systemu szybkiego wyławiania zakażeń wśród personelu medycznego, to wiele tysięcy ludzi nie tylko zostało wystawionych na niebezpieczeństwo, ale też naraziło innych na dzisiejsze kłopoty z brakiem kadr.

Do dzisiaj nie wiadomo, ile jest w tej grupie zakażonych, a ilu wysłano na kwarantannę. – Brakuje nam danych epidemiologicznych, ale wiadomo, że we Włoszech w początkowej fazie epidemii personel stanowił 1015 proc. wszystkich zakażonych, a w Hiszpanii było to 14 proc. – mówi dr Paweł Grzesiowski. – Jeśli u nas jest podobnie, to prawdopodobnie 300 pracowników medycznych zachorowało na Covid-19, a znacznie więcej jest na kwarantannie.

Lekarz z Bydgoszczy: W walce z wirusem służymy za mięso armatnie

Czy zarządzający mają orientację, jakie będą potrzeby kadrowe w najbliższych dniach, tygodniach, a może nawet miesiącach? Czy wojewodowie są tym zainteresowani i zbierają te informacje od dyrektorów placówek? Zdaniem dr. Grzesiowskiego nie do końca ustalono, czy można skrócić kwarantannę z 14 dni, jeśli w siódmej–ósmej dobie po kontakcie z osobą zakażoną powtórny test wypada ujemnie. – No i zbyt długo trwa oczekiwanie na wynik, jeśli w niektórych regionach kraju przeciąga się do czterech–pięciu dni – zauważa.

Niektóre szpitale mogą liczyć na studentów medycyny. Zwłaszcza ci z ostatnich lat studiów wydają się najbardziej użyteczni, bo można ich wykorzystać przy pracy na oddziałach, gdyż są już po praktykach i trudno ich nazwać naturszczykami. Ale niektórzy (np. z Gdańska i Warszawy) skarżą się, że zlecono im pracę w szpitalnych magazynach do przenoszenia paczek z lekarstwami – jakby nie mogli tego robić inni ludzie poszukujący dziś jakiegokolwiek zajęcia. Studentów VI roku widziałbym raczej w roli zbierających wywiady lekarskie lub wypełniających dokumentację (na co starsi lekarze zawsze się skarżą, gdyż zabiera im mnóstwo czasu), a nie delegowanych do wypełniania funkcji magazynierów i portierów.

Studentka z Łodzi, z którą rozmawiałem, chętnie odpowiedziała na maila, który otrzymała z zaproszeniem do pomocy w Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej przy wykonywaniu testów (rąk do pracy w laboratoriach również brakuje). W minioną środę otrzymała informację, że jeszcze nie nadeszły wytyczne z Ministerstwa Zdrowia, w jakim charakterze ją zatrudnić. Mijają dni, szpitale przestają funkcjonować, a wytycznych brakuje.

Czytaj też: Jak studenci i pracownicy z Poznania walczą z pandemią

Dyrektorzy szpitali, którzy odpowiadają za izolatoria

Od tego tygodnia mogą już zacząć działać izolatoria. To miejsca odosobnienia dla osób, które podczas kwarantanny nie powinny pozostać w domu, aby nie narażać swoich najbliższych. Będą to przystosowane dla nich hotele, hostele, akademiki i sanatoria. Przynajmniej w teorii, bo zdaniem lekarzy chorób zakaźnych – których jest przecież zbyt mało, by zaspokoić potrzeby – w wielu miejscach Polski dojdzie do sytuacji, że dyrektorzy w bezsilności będą wydzielać na izolatorium jakąś część szpitala, uszczuplając potencjalne miejsca dla chorych.

Lekarz z pierwszej linii frontu: Idziemy na wojnę z pustymi rękami

Zgodnie z rozporządzeniem ministra zdrowia, a więc znów w teorii, do objęcia opieką w izolatorium kwalifikują się osoby, od których pobrano wymazy w celu wykonania testu na obecność wirusa SARS-CoV-2 i które czekają na jego wynik. Ale również: z dodatnim wynikiem do momentu ustąpienia objawów i uzyskania ujemnych wyników dwóch testów kontrolnych, z dodatnim wynikiem testu do chwili podjęcia przez personel medyczny decyzji o przeniesieniu takiej osoby na oddział z powodu pogorszenia stanu zdrowia oraz wreszcie – hospitalizowani z powodu Covid-19, niewymagający jednak dalszego leczenia w szpitalu, którzy na wynik testu kontrolnego mogą czekać poza nim.

Będziemy więc nadal wypisywać zakażonych bez objawów do domu, bo miejsca będą tylko dla chorych objawowych. Scenariusz włoski to mało... – ostrzega prof. Robert Flisiak, prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, kierownik Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

W izolatoriach przewiduje się wizyty pielęgniarek nie rzadziej niż dwa razy na dobę, natomiast poradę lekarską – w sytuacji pogorszenia stanu zdrowia lub potrzeby podjęcia decyzji o wypisie. A zatem szpital musi delegować personel, aby wizytował pacjentów jak na normalnych oddziałach. – Ci pensjonariusze mogą być zakażeni, więc personel musi korzystać ze środków ochrony, a tych nie ma – komentuje prof. Flisiak. W wielu placówkach nie ma nawet właściwej obsady na oddziałach zakaźnych, izbach przyjęć i SOR. – Ja nie mam kogo oddelegować, a ochotnicy z innych oddziałów lub podstawowej opieki zdrowotnej nie zgłaszają się mimo apeli, zwłaszcza że nie oferuje się im nawet podstawowego zabezpieczenia personalnego.

Czytaj też: Kadry, głupcze! Personel medyczny jest coraz bardziej obciążony

W miniony piątek minister zdrowia zaapelował do lekarzy, zwłaszcza ze szpitali zakaźnych i tzw. jednoimiennych zajmujących się dzisiaj chorymi z Covid-19, by odstąpili od przyjmowania pacjentów w innych placówkach. Wiele oddziałów, gdzie personel pojawiał się tylko na dyżurach, trzeba będzie zamknąć, jeśli zabraknie w nich obsady. Kto ponosi za to odpowiedzialność: dyrektorzy niemogący spiąć grafików, lekarze nieprzychodzący do pracy, by nie zakażać innych, czy może Ministerstwo Zdrowia, które wydaje się zaskoczone smakiem piwa, jakie musi wypić?

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Historia

Hiroszima i Nagasaki – trauma Japonii

Ameryka przeczytała opis skutków zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę dopiero w rok po fakcie. Dla Japończyków to symbol narodowego męczeństwa. Wolą jednak nie rozpamiętywać, jaka droga zaprowadziła Japonię ku tragedii.

Adam Szostkiewicz
06.08.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną