Tsunami strachu
Katastrofa elektrowni jądrowej w Fukushimie w Japonii. To było 15 lat temu
Zegar wskazywał godz. 14.46 miejscowego czasu, gdy w piątek 11 marca 2011 r. zadrżało dno Oceanu Spokojnego u wschodnich wybrzeży japońskiego regionu Tōhoku. Wstrząs był tak potężny, że w ciągu zaledwie trzech minut główne wyspy Japonii przesunęły się o ponad dwa metry w kierunku Kalifornii i zapadły w ocean o niemal metr. Wibracje dna morskiego dotarły aż na Antarktydę, gdzie od lodowców z hukiem odrywały się gigantyczne bloki. A po drugiej stronie Pacyfiku, u wybrzeży Chile, powstały fale o wysokości dwóch metrów. Ponadto dzień na całym globie uległ skróceniu o ok. 1,4 mikrosekundy (milionowej części sekundy). Było to następstwem przemieszczenia ogromnych mas skał względem osi obrotu planety. Podobnie jak łyżwiarz, który przyciąga ramiona do ciała podczas piruetu i kręci się szybciej, Ziemia zaczęła się obracać z minimalnie większą prędkością.
Czytaj też: Japonia wraca do atomu
Polityczny chaos
Czujniki w elektrowni jądrowej Fukushima Daiichi w nadmorskim miasteczku Ōkuma natychmiast odnotowały potężne wstrząsy. Trzy z sześciu reaktorów, które w tamtej chwili pracowały, zachowały się zgodnie z procedurami i automatycznie wyłączyły. Wskutek uszkodzeń sieci energetycznej uruchomiły się awaryjne dieslowskie generatory, mające dostarczać prąd do potężnych pomp chłodzących, bo uranowe pręty paliwowe nadal wytwarzały duże ilości ciepła. Trzeba też było utrzymywać temperaturę w basenach ze zużytym paliwem jądrowym.
Początkowo wydawało się, że wszystko znajduje się pod kontrolą, ale ok. 50 min po trzęsieniu ziemi w japońskie wybrzeże uderzyła gigantyczna fala tsunami, która w paru miejscach na wschodnim wybrzeżu piętrzyła się na wysokość nawet 40 m.