Epidemia na Atlantyku. Hantawirus na pokładzie luksusowego statku zamienił rejs w kwarantannę
Epidemie nie zdarzają się wyłącznie w zatłoczonych metropoliach ani na wilgotnych targowiskach Azji. Czasem przytrafiają się w najbardziej ekskluzywnych okolicznościach – na środku oceanu, gdzie garstka zamożnych podróżnych płaci krocie za poczucie odosobnienia i bliskości z naturą.
MV „Hondius”, holenderski statek ekspedycyjny specjalizujący się w rejsach polarnych, miał być właśnie takim azylem. Zamiast tego stał się pływającą pułapką.
Trzy osoby nie żyją
Statek wypłynął mniej więcej trzy tygodnie temu z Ushui na południu Argentyny, kierując się przez Antarktydę, Falklandy, Georgię Południową, wyspy Tristan da Cunha, Świętej Heleny i Wniebowstąpienia, w stronę Wysp Kanaryjskich. Na pokładzie – według danych operatora Oceanwide Expeditions – znajdowało się 149 osób: 88 pasażerów i 61 członków załogi (z 23 krajów, w tym trzy osoby z Polski). MV Hondius to jednostka średniej wielkości jak na standardy pływających wycieczkowców: zaprojektowana dla maksymalnie 170–174 pasażerów i 70–72 osób załogi (w zależności od rejsu), z 80–82 kabinami. Kompaktowy, elegancki, idealny do tego, by w ciasnych pomieszczeniach, przy wspólnych toaletach, bufetach i wentylacji stworzyć dobre warunki dla rozwoju epidemii.
Zaczęło się 11 kwietnia. To wtedy na pokładzie zmarł pierwszy pasażer – 70-letni Holender. Jego ciało zabrano ze statku dopiero blisko dwa tygodnie później, 24 kwietnia, podczas postoju na wyspie Świętej Heleny. Mężczyzna przed śmiercią skarżył się na klasyczny, choć mylący zestaw objawów: gorączkę, bóle głowy i brzucha oraz biegunkę. Tragedia miała jednak swój ciąg dalszy na lądzie. Jego 69-letnia żona, która opuściła jednostkę wraz z ciałem męża, podczas próby powrotu do domu zasłabła na lotnisku w Johannesburgu.