AGNIESZKA KRZEMIŃSKA: – Mamy październik. Co dzieje się teraz z różami – to już dla nich koniec sezonu czy wciąż mają coś do roboty?
ŁUKASZ ROJEWSKI: – Przypomina mi się piosenka „Jesienne róże” i jej herbaciane kwiaty. Jest w tym obrazie coś prawdziwego: jesienią róże potrafią wyglądać zupełnie inaczej niż latem. Kwiaty, które w ostrym słońcu bladły, przy chłodniejszych dniach nabierają głębszych odcieni. Czasem trudno uwierzyć, że to ta sama odmiana. Niektóre róże nadal pięknie kwitną, ale krótszy dzień i chłód są już dla nich sygnałem, by powoli przygotowywać się do zimy.
A „Marian Turski”, wyhodowany przez pana na 100-lecie urodzin naszego redakcyjnego kolegi i rosnący od czerwca przed muzeum POLIN, też sobie jesienią jakoś poradzi?
Wciąż kwitnie. Jednak temperatury spadające poniżej dziesięciu stopni stopniowo wyhamowują jego wzrost i tworzenie nowych kwiatów. I bardzo dobrze. Róża ma teraz ważną pracę do wykonania – musi dojrzeć przed zimą i zgromadzić w pędach zapasy, m.in. cukry. Pomagają one chronić komórki podczas mrozów. Można powiedzieć, że gdy my podziwiamy jej ostatnie kwiaty, ona po cichu szykuje się już na pierwszy śnieg.
Dlaczego tak nazwał pan tę różę?
Żyjemy w czasach, w których trudno odróżnić prawdę od kłamstwa, jest mnóstwo przekłamań, półprawd czy ćwierćprawd...
Marian Turski był żywym dowodem, że prawda jest jedna, a jego nawoływanie, aby nie być obojętnym, jest dziś szczególnie ważne. Poza tym to fascynująca postać. Wybrałem dla niego białą różę o dużych kwiatach, bo od dawna pojawia się ona w ważnych momentach życia przy narodzinach, ślubach i śmierci.
Gdy nadaje pan różom imiona konkretnych ludzi, najpierw jest człowiek czy róża?