Lek na lęk
Helena Flam, socjolożka emocji: Strach to waluta polityki. Populiści potrafią nazwać lęk i wskazać winnego
MARCIN ZAREMBA: – „Płynny lęk” – czy to określenie wymyślone przez Zygmunta Baumana dobrze opisuje nasze czasy?
HELENA FLAM: – Mam wobec niego zastrzeżenie: w jego wizji strachu brakuje wojny. A przecież dziś w Polsce strach przed rosyjską inwazją jest bardzo silny, w Niemczech wraca falami, w całej Europie wojna przestała być czymś odległym. To nie znaczy, że wcześniej jej nie było. Mieliśmy zimną wojnę, kryzysy nuklearne, w 1982 r. Wielka Brytania starła się z Argentyną o dominację nad Falklandami, w latach 90. wybuchł konflikt na Bałkanach. Tymczasem tylko wyjątkowo socjolodzy zajmowali się wojną. Bauman, chociaż napisał „Nowoczesność i Zagładę”, należał do pokolenia naukowców, które patrzyło na modernizację, pracę, klasy społeczne, mobilność, a nie na przemoc i społeczeństwo wobec wojny. Ale wojna wróciła jako doświadczenie europejskie – nawet jeśli nie wszędzie bezpośrednie.
Bauman pisał o „płynnym lęku” jako o niepokoju rozproszonym, trudnym do uchwycenia. Ale polityka potrzebuje wskazać winnego, zagrożenie, obiekt.
Polityka przekuwa to, co rozproszone, w wyraźny obraz. Lęk krąży w społeczeństwie, a politycy wskazują palcem: migranci. Bruksela, elity. I to jest moment, gdy uczucie, które nie miało twarzy, dostaje ją. A wtedy można iść do wyborów.
Gdyby miała pani wymienić jedną główną emocję naszych czasów, jaką by pani wskazała?
Raczej nie szukałabym jednego wspólnego mianownika. Jedni żyją lękiem klimatycznym, inni poczuciem degradacji społecznej, jeszcze inni strachem przed wojną albo bezrobociem. Ale jeśli miałabym wskazać emocję szczególnie ważną dla populizmu, powiedziałabym: upokorzenie. Albo jeszcze precyzyjniej: poczucie, że stało się porządnie w kolejce po godne życie, a nagle ktoś inny wepchnął się przed nas.