Tajemnice faktury za prąd

Kilowaty dajcie, co łaska
Wciąż rosną rachunki za prąd. Ale taniej nie będzie. Polityka klimatyczno-energetyczna UE będzie prowadzić do wzrostu cen energii.
Ingy The Wingy/Flickr CC by SA

Od wysokich rachunków za elektryczność włosy dosłownie stają dęba na głowie.
johnwilson1969/Flickr CC by SA

Od wysokich rachunków za elektryczność włosy dosłownie stają dęba na głowie.

TheAlieness GiselaGiardino²³/Flickr CC by SA

Polski prąd kryje wiele tajemnic. Na przykład: jaki jest prawdziwy koszt jego produkcji? Nawet energetycy przyznają, że ze względu na zagmatwaną sytuację ekonomiczno-prawną nie da się tego precyzyjnie policzyć. Albo inna zagadka: czy ceny dla odbiorców domowych są wolne czy regulowane? Prezes Urzędu Regulacji Energetyki (URE) Mariusz Swora uważa, że oczywiście regulowane. Dystrybutorzy upierają się, że wolne, a mimo to składają w URE wnioski taryfowe.

Wszystko za sprawą decyzji byłego prezesa URE Adama Szafrańskiego, który dwa lata temu zwolnił dystrybutorów z obowiązku zatwierdzania taryf dla odbiorców domowych (grupa G). Chwilę później sam został za to zwolniony, a jego następca natychmiast zaczął odkręcać decyzję poprzednika. Do dziś sądy nie rozstrzygnęły, czy zrobił to skutecznie. Jeśli okaże się, że nie, wówczas dystrybutorzy wystawią Skarbowi Państwa rachunki za poniesione straty. Jak twierdzą, prezes URE zmusza ich do sprzedawania energii poniżej kosztów. Wnioski taryfowe, jakie dziś składają, są więc, być może, przygotowaniem do przyszłego procesu, żeby łatwiej dowieść, ile prezes uciął z proponowanego cennika.

Wnioski o podwyżki złożyli wszyscy sprzedawcy, choć zdaniem prezesa URE nie ma powodów do zmian cen. Na energetycznych rynkach Czech i Niemiec widać tendencję spadkową. Za naszą zachodnią granicą za energię płaci się już często mniej niż w Polsce. Także ceny na polskim rynku spot (dostaw bieżących) wykazują tendencję zniżkową. Ceny węgla energetycznego spadają, a kopalnie mają spore zapasy niesprzedanego paliwa, więc nie da się nikogo przekonać, że to przez górników. Tymczasem propozycje podwyżek zgłoszone przez sprzedawców energii wahają się od 17 do 22 proc. Każda firma zapewnia, że są konieczne i uzasadnione. Prezes Swora podchodzi do tego z nieufnością.

Jeśli spółka we wniosku taryfowym wskazuje, że w ciągu roku jej koszty własne wzrosły o 60 proc., to trudno przyjąć to bezkrytycznie – wyjaśnia prezes URE. Wygląda na to, że proces negocjacji taryf będzie długi i burzliwy. Choć nie brakuje i takich, którzy uważają to za rodzaj teatru. Dystrybutorzy zawsze świadomie zawyżają żądania, by prezes URE mógł potem powiedzieć: „domagali się 20 proc., zgodziłem się na 5 proc.”. I wychodzi, że mamy 15 proc. obniżki. Tak jest każdego roku. Energetycy płaczą, że muszą dokładać do interesu. Faktycznie żyją nieźle, zaś wyniki ekonomiczne spółek wykazują zyski. Widać to choćby na przykładzie giełdowego debiutu PGE: inwestorzy masowo się zadłużają, żeby kupić jak najwięcej akcji energetycznego monopolisty.

Dziś bowiem handel energią wygląda tak: elektrownie sprzedają go spółkom dystrybucyjnym po cenach, jakie uznają za opłacalne. Nie muszą ich zatwierdzać w URE. Konkurencja praktycznie nie istnieje, bo rynek – decyzją rządu PiS – został podzielony między pionowo zintegrowane holdingi, z których największą jest Polska Grupa Energetyczna (PGE). Dysponuje własnymi kopalniami, elektrowniami i ponad połową rynku odbiorców końcowych. Jako jedyna ma nadwyżkę energii w stosunku do potrzeb.

Pozostałe grupy mają pojedyncze elektrownie albo, jak RWE, nie mają ich wcale. Muszą się więc zaopatrywać u wielkiego konkurenta. Ten zaś może ich trzymać na krótkiej smyczy. W końcu to jego rywale. Zaledwie kilka procent produkcji trafia na Towarową Giełdę Energii, więc giełdowe notowania nic nie mówią o rzeczywistym poziomie cen. Być może to się zmieni po wprowadzeniu obowiązku handlu za pośrednictwem giełdy. To ma być taka namiastka wolnego rynku.

Nabijanie rachunku

Ceny energii dla przedsiębiorstw są od dwóch lat wolne i teoretycznie każdy może wybrać tego, kto zaoferuje mu najniższą cenę. W praktyce korzystają z tego nieliczni. Na tak zmonopolizowanym i nieprzejrzystym rynku możliwości negocjacyjne są ograniczone. Nic więc dziwnego, że po uwolnieniu rynku odbiorców biznesowych według przybliżonych szacunków ceny energii skoczyły nawet o 90 proc.

Energetycy zwalili winę na górników (którzy rzeczywiście podnosili ceny) oraz na prezesa URE, który – zdaniem dystrybutorów – zaniżył ceny dla gospodarstw domowych (to 25 proc. rynku) i zmusił przedsiębiorstwa do finansowania tych politycznych prezentów. Przedsiębiorcy narzekają więc na energetyczną drożyznę i coraz głośniej upominają się o całkowite uwolnienie rynku. Nie chcą dotować gospodarstw domowych.

Cena zakupu energii stanowi połowę rachunku, jaki musi zapłacić odbiorca. Druga część, obok podatków, obejmuje koszt jej przesłania. Rachunek za prąd nabija dodatkowo obowiązek kupowania tzw. energii kolorowych – „zielonej” ze źródeł odnawialnych czy „czerwonej” z elektrociepłowni. Są drogie, bo w ten sposób państwo wspiera wytwarzających je przedsiębiorców. Plan przewiduje, że po 2014 r. pojawi się jeszcze „opłata dywersyfikacyjna” (na budowę gazoportu czy elektrowni atomowej).

Miłosierdzie gminy

Nic więc dziwnego, że prezes URE obawia się uwolnienia cen energii elektrycznej dla gospodarstw domowych. O uwolnieniu cen gazu (o czym marzy PGNiG) w ogólne nie chce rozmawiać. Nie wiadomo, o ile by one wzrosły i jak zareagowaliby na to odbiorcy. Na pewno byłoby to dla nich bolesne doświadczenie. W końcu energia elektryczna i gaz to towary pierwszej potrzeby, a Polacy wciąż nie przekonali się do ich oszczędzania.

Dlatego prezes Swora postawił kilka warunków, bez spełnienia których nie godzi się na uwolnienie cen energii. Jeden z nich dotyczy wprowadzenia ochrony tzw. odbiorców wrażliwych – osób, które mogą mieć kłopoty z regulowaniem rachunków za energię. W Wielkiej Brytanii, gdzie narodziło się pojęcie energetycznego ubóstwa (fuel poverty), uznaje się, że mamy z nim do czynienia, gdy gospodarstwo domowe wydaje ponad 10 proc. swojego dochodu na zakup energii elektrycznej, gazu i ogrzewania.

Z badań prowadzonych przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych wynika, że ok. 800 tys. polskich rodzin można uznać za zagrożone energetycznym ubóstwem. Przeprowadzone symulacje wskazują, że wzrost wydatków na energię o 10 proc. spowoduje powiększenie tej grupy do 1 mln. Przy wzroście o 30 proc. już 1,5 mln gospodarstw może mieć kłopoty.

Dziś co dziesiąta rodzina objęta systemem pomocy społecznej (w sumie ok. 1,5 mln rodzin) korzysta ze wsparcia w opłacie rachunków za prąd i media. Problem z regulowaniem rachunków nie dotyczy bowiem wyłącznie prądu. Podobnie rzecz wygląda z gazem czy centralnym ogrzewaniem. W ubiegłym roku w ok. 140 tys. domów odcięto zasilanie za niezapłacone rachunki, z czego ponad 40 tys. pozostawało bez prądu aż kwartał. Trudni klienci coraz częściej korzystają z liczników przedpłatowych, gdzie za prąd płaci się z góry (działają na podobnej zasadzie jak telefony na kartę). Niekiedy instalowanie takich liczników prowadzone jest w ramach współpracy dystrybutora energii z ośrodkiem pomocy społecznej, bo w systemie przedpłatowym łatwiej udzielać wsparcia potrzebującym. Rozwiązanie takie stosuje Vattenfall na Śląsku.

Od wielu miesięcy trwają negocjacje w rządzie, Sejmie, Komisji Trójstronnej nad ustaleniem, kogo uznać za odbiorcę wrażliwego i jak go chronić przed energetycznym ubóstwem. Ministerstwo Gospodarki proponuje, by ochroną objęto ok. 600 tys. gospodarstw, które korzystałyby z 30 proc. zniżki w zakupie energii na podstawie zaświadczeń z opieki społecznej. Obowiązywałby limit zużycia wysokości 1,2 tys. kWh rocznie na mieszkanie. Firmy energetyczne kredytowałyby odbiorców wrażliwych, a poniesione wydatki potrącały z podatku odprowadzanego do budżetu.

Ministerstwo Finansów nie zgadza się na potrącanie zniżek z podatku VAT przez firmy energetyczne. Także URE jest przeciwne temu pomysłowi. – Opowiadamy się za stworzeniem systemu wsparcia wykorzystującego istniejącą sieć placówek opieki społecznej. Tam najlepiej wiedzą, kto potrzebuje pomocy i jak skutecznie jej udzielać – przekonuje prezes Swora. Odbiorcy wrażliwi otrzymywaliby dofinansowanie do rachunku w ramach ustalonego limitu. Niekoniecznie do ręki, ale np. w formie kodu pozwalającego aktywować licznik przedpłatowy w konkretnym mieszkaniu. Pomysłem URE nie są zachwyceni samorządowcy, na których spadłby nowy poważny obowiązek i, jak zwykle, byłyby kłopoty z zapewnieniem finansowania takiej działalności.

– Dopłaty mogą być finansowane albo bezpośrednio z budżetu – tu jednak pojawia się problem możliwości publicznej kasy – albo poprzez specjalny fundusz zasilany przez wszystkich odbiorców energii. W drugim przypadku byłby to swego rodzaju podatek, a wprowadzanie nowych danin publicznych obwarowane jest wieloma ograniczeniami – ocenia dr Filip Elżanowski, ekspert w dziedzinie prawa energetycznego.

W Europie problem ten rozwiązuje się różnie. Kraje skandynawskie postawiły na pomoc społeczną. Belgia i Rumunia mają taryfę socjalną, a w Wielkiej Brytanii rozmaite instrumenty wsparcia dystrybutorzy stosują dobrowolnie, we współpracy z regulatorem. Bywają też rozwiązania (Węgry, Włochy) łączące cechy taryfy socjalnej z promocją oszczędnego zużycia energii: każdy odbiorca domowy mieszczący się w określonym miesięcznym limicie (do 110 kWh – Węgry i 150 kWh –Włochy) płaci obniżoną stawkę. Różnica jest doliczana do rachunku pozostałym zużywającym ponad wyznaczony limit. System bilansowania rachunków na zasadzie „bogatsi dopłacają do biedniejszych w ramach solidarności społecznej” jest praktykowany także w krajach z taryfą socjalną.

Oszczędzajmy

Problem zwalczania ubóstwa energetycznego dostrzegła także Unia Europejska. Od 2007 r. realizowany jest projekt EPEE (European Fuel Poverty and Energy Efficiency Project) mający za zadanie zbadanie skali zjawiska w UE i znalezienie dla niego rozwiązań. Ustalono, że dziś może on dotykać 50–125 mln mieszkańców Europy. Państwa członkowskie otrzymały zalecenie zbudowania systemu opieki odbiorców wrażliwych. Zalecono także wprowadzenie zakazu odłączania energii odbiorcom „energetycznie upośledzonym”.

Władze Unii Europejskiej zdają sobie sprawę, że polityka klimatyczno-energetyczna UE (tzw. pakiet 3x20) będzie prowadzić do wzrostu cen energii. Także tworzenie energetycznego wspólnego, zliberalizowanego rynku dla wielu krajów będzie oznaczało wyższe rachunki za energię. Z drugiej jednak strony Europa musi energię i paliwa zużywać oszczędnie, bo w dużym stopniu zdana jest na ich import. A nic tak nie mobilizuje do oszczędzania, jak troska o stan własnej kieszeni. W Polsce, jeśli chodzi o oszczędzanie energii, mamy do zrobienia znacznie więcej niż inni.

Adam Grzeszak

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną