Streżyńska Anna

Wolne łącza
W walce z monopolem Telekomunikacji Polskiej wykazała skuteczność, jakiej nikt się po niej nie spodziewał. A TP w szczególności.
Facebook

O ósmej wieczorem budynek Urzędu Komunikacji Elektronicznej robi wrażenie wymarłego. Znudzony strażnik wskazuje, jak dojść do windy. Potem wędrówka długim biurowym korytarzem, który opuszczają ostatnie sprzątaczki. Na końcu drzwi do gabinetu prezes Anny Streżyńskiej. Wchodzi się przez sekretariat. Drzwi otwarte, ale sekretarki dawno już nie ma. Zza następnych drzwi wyłania się pani prezes z pytaniem: Dlaczego pan nie wchodzi?

O tej porze w całym urzędzie tylko ona jeszcze pracuje. Pracownicy już się do tego przyzwyczaili, choć czasem ciężko to znoszą. Zwłaszcza ostatnio, gdy trwały negocjacje z Telekomunikacją Polską. Pracowali przez wiele dni po kilkanaście godzin dziennie.

– Trochę się przestraszyłam, bo ludzie zaczęli mi się wykruszać. Nie wytrzymywali fizycznie i zaczęli chorować – wspomina Anna Streżyńska. Kiedyś w środku nocy, gdy trzeba było podjąć ważne decyzje, zadzwonili do prezesa Telekomunikacji Polskiej Macieja Wituckiego, żeby przyjechał. Obudzony, wstał z łóżka, wsiadł do samochodu i zjawił się w UKE. – Było już dobrze po północy, puściliśmy pracowników do domów i sami uzgadnialiśmy ostatnie szczegóły. Poszło szybko, bo oboje marzyliśmy, by wreszcie odpocząć – wspomina Streżyńska.

Coraz bliżej celu

Obejmując w 2006 r. Urząd Komunikacji Elektronicznej obiecała, że doprowadzi do powstania w Polsce wolnego, konkurencyjnego rynku telekomunikacyjnego. Nikt nie traktował tego serio. Niespełna czterdziestoletnia, niedoświadczona, nie wie, na kogo się porywa – przekonywano.

Choć do końca kadencji zostało jej jeszcze 16 miesięcy, jest coraz bliżej wymarzonego celu. 22 października 2009 r. był z tego punktu widzenia ważnym dniem: prezes Telekomunikacji Polskiej Maciej Witucki uroczyście złożył podpis pod porozumieniem kończącym wojnę TP z regulatorem rynku telekomunikacyjnego. Zobowiązał się, że firma ostatecznie otworzy bramy swoich central udostępniając własną infrastrukturę telekomunikacyjną operatorom alternatywnym na identycznych zasadach i warunkach, z jakich korzystają jej własne spółki operatorskie. I że nie będzie, jak dotychczas, szykan, piętrzenia sztucznych przeszkód. Konkurenci zyskają wreszcie dostęp do systemów informatycznych TP, niezbędnych do świadczenia usług. Telekomunikacja zobowiązała się też do sporych inwestycji. Jednocześnie przyjęła zobowiązanie do wycofania z sądów wszelkich spraw prowadzonych przeciw decyzjom prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej. I to mimo że nie może liczyć w tej sprawie na wzajemność. Postępowania przeciw TP – w tym dwa karne – nadal się toczą.

Po co zatem Telekomunikacji takie porozumienie? Bo w zamian za dobrowolne rynkowe koncesje prezes Streżyńska zawiesiła procedurę przymusowego podziału Telekomunikacji Polskiej na część infrastrukturalną, czyli odpowiadającą za druty, oraz handlową, czyli sprzedającą usługi telekomunikacyjne. – Zawieszam, ale z niej nie rezygnuję. Procedura może zostać wznowiona w każdej chwili – podkreśla prezes Streżyńska. Pod koniec 2010 r. oceni, jak TP wywiązuje się z przyjętych zobowiązań.

Telekomunikacja Polska bała się przymusowego podziału jak ognia. Kiedy Streżyńska zadeklarowała, że na politykę blokowania konkurentów nie ma innej rady jak podział giganta, ten wpadł w panikę. Zmobilizował wszystkie siły – wynajął najlepsze kancelarie prawnicze i zatrudnił wybitnych ekspertów. Starał się docierać do polityków i mediów, wynajął agencję PR, straszył gniewem Unii Europejskiej. W prasie pojawiły się krytyczne artykuły i personalne ataki na Streżyńską. Kiedy jednak ówczesna komisarz UE ds. społeczeństwa informacyjnego i mediów Viviane Reding przyznała, że podział operatora zasiedziałego to w polskich warunkach dobry i potrzebny pomysł, w TP zorientowano się, że trzeba zwinąć flagę i wysłać parlamentariuszy. Lepiej bowiem skapitulować na honorowych warunkach, niż toczyć wojnę z góry skazaną na przegranie. Dlatego w gabinecie Streżyńskiej pojawił się też przedstawiciel zarządu koncernu France Telecom – właściciela Telekomunikacji Polskiej – by zadeklarować poparcie FT i rządu francuskiego (głównego akcjonariusza) dla porozumienia. Było to niezwykle ważne, bo wcześniej regulator i rząd byli straszeni gniewem France Telecom i wpływami Francji w Komisji Europejskiej.

Zaczęły się wielodniowe negocjacje, których część prowadzili we dwoje: Streżyńska z Wituckim. Dziś wypowiada się o nim z szacunkiem: profesjonalista, przyjmujący racjonalne argumenty, wykazał wiele dobrej woli.

Zdaniem Tomasza Kulisiewicza, eksperta rynku telekomunikacyjnego, porozumienie UKE-TP to spory sukces Anny Streżyńskiej i nowatorskie rozwiązanie w dziedzinie regulacji rynku telekomunikacyjnego, dostrzeżone w Komisji Europejskiej. Ona sama też nie kryje satysfakcji: – Decyzję o podziale podjąć łatwo, ale jej skuteczne wyegzekwowanie zajęłoby co najmniej pięć lat. A nam się spieszy. Polski rynek telekomunikacyjny musi nadganiać stracony czas. Pod względem dostępu do Internetu wleczemy się w europejskim ogonie. Dodaje, że inwestycje, do których zobowiązała się Telekomunikacja Polska, to będzie spory impuls rozwojowy dla gospodarki, zwielokrotniony przez pozostałych graczy, którzy zadeklarowali, że oni też nie pozostaną w tyle. Ich realizacji ma sprzyjać przygotowana właśnie ustawa o wspieraniu rozwoju usług i sieci telekomunikacyjnych, przełamująca bariery prawne, które blokują dziś wiele inwestycji związanych z układaniem kabli światłowodowych czy stawianiem masztów radiowych.

Walka z gigantami

Nominacja Anny Streżyńskiej na stanowisko prezesa UKE okazała się jedną z lepszych decyzji, jakie podjął premier Kazimierz Marcinkiewicz. Decyzją niełatwą, bo rynkowy radykalizm od początku przysparzał jej wpływowych wrogów. Co gorsza, na skutek dość zagmatwanej procedury prawnej legalność jej nominacji była przez dłuższy czas kwestionowana, a to nie ułatwiało pracy.

Mimo to od początku rozpoczęła demonopolizację polskiego rynku telekomunikacyjnego, zmuszając największych graczy – Telekomunikację Polską i głównych operatorów komórkowych – by posunęli się, robiąc miejsce dla mniejszych konkurentów. Wielcy podnosili larum twierdząc, że Streżyńska domagając się dzielenia z rywalami własną infrastrukturą, a potem także klientami (i to po cenach odgórnie narzuconych, niepokrywających kosztów), promuje nie konkurencję, lecz pasożytnictwo. W efekcie, zamiast rozwijać polską telekomunikację, niszczy ją, bo mali operatorzy sami niczego nie zbudują, zaś wielkich do inwestowania skutecznie zniechęcą. Ostatnio nawet Komisja Europejska wytknęła jej, że w ekonomicznym faworyzowaniu sieci Play poszła nieco za daleko.

Streżyńska głucha jest jednak na argumenty gigantów, a próby sabotowania jej decyzji demonopolizacyjnych łamała surowymi karami i w końcu rozpoczęciem procedury podziału TP. Uważała, że polski rynek jest rządzony przez rynkowy oligopol, a cenę za to płacą użytkownicy w zawyżonych rachunkach za usługi. Dlatego sama chętnie pokazuje wyliczenia – o ile dzięki jej działaniom regulacyjnym spadły ceny usług telekomunikacyjnych.

Cierpi na ciężką odmianę pracoholizmu. W efekcie już raz z biura trafiła do szpitala w ciężkim stanie (szybko uciekła do pracy). Jest laureatką Nagrody im. Andrzeja Bączkowskiego dla najlepszego urzędnika państwowego. Jej współpracownicy obawiają się, że może skończyć jak patron nagrody, minister pracy w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza, który zmarł z przepracowania. Domem i wychowaniem córek zajmuje się mąż. Ona sama steruje wszystkim zdalnie za pomocą esemesów. 11 maja 2011 r. skończy się jej kadencja. – Wszystko, co zaplanowałam, wykonam – zapowiada i dodaje: – Ale o kolejną kadencję ubiegać się już nie zamierzam.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną