BP: problemy koncernu naftowego

Bankructwo Prawdopodobne
Koncern BP był pionierem greenwashingu, budując wizerunek firmy przyjaznej środowisku. Teraz może nie przetrwać katastrofy ekologicznej, którą sam wywołał.
Stefan Wermuth/Reuters/Forum

Kurs akcji BP na giełdzie w Nowym Jorku (NYSE) w ostatnim roku (w dol.)
Polityka

Kurs akcji BP na giełdzie w Nowym Jorku (NYSE) w ostatnim roku (w dol.)

Prezydent USA wypowiedział kolejną wojnę. „Chcę porozmawiać z wami o bitwie, jaką toczymy z wyciekiem ropy atakującym nasze wybrzeża i naszych obywateli” – rzekł Barack Obama w swoim pierwszym orędziu z Gabinetu Owalnego. Dalej padły groźby: „Będziemy walczyć z tym wyciekiem na wszystkie możliwe sposoby i tak długo, jak będzie trzeba. Zmusimy BP do zapłaty za zniszczenia, jakie spowodowała ich firma”. Prezes koncernu, który dzień później wylądował na dywaniku w Gabinecie Owalnym, już z orędzia dowiedział się, co usłyszy. „Ma odłożyć tyle pieniędzy, ile tylko trzeba, by pokryć straty pracowników i właścicieli firm, którzy ucierpieli wskutek lekkomyślności jego koncernu. Ten fundusz nie będzie kontrolowany przez BP” – uprzedził Obama. Dzień wcześniej grupa senatorów zażądała od firmy natychmiastowej wpłaty 20 mld dol. na poczet odszkodowań i kosztów oczyszczania Zatoki Meksykańskiej.

BP zgodził się na utworzenie funduszu, nie ma jednak tyle gotówki, musi więc zrezygnować z wypłaty tegorocznej dywidendy. Udziałowcy są wściekli, ale koncern jest pod ścianą. Obama jest gotów doprowadzić BP do bankructwa, jeśli firma nie spełni jego żądań, może też w każdej chwili odebrać jej licencję na wydobywanie. W Zatoce Meksykańskiej prezydent walczy bowiem nie tylko z wyciekiem, ale także o własną reelekcję. Naukowcy podwoili tymczasem szacowaną ilość ropy, jaka ucieka z uszkodzonego szybu – według najnowszych danych komisji rządowej może to być nawet 60 tys. baryłek dziennie, objętość czterech basenów olimpijskich. Jeśli przyjąć te maksymalne liczby, to dzwon założony nad szybem zasysa tylko jedną czwartą wycieku. Jakby kłopotów było mało, 15 czerwca w statek przechwytujący uderzył piorun, wywołując krótkotrwały pożar na pokładzie.

Wróg publiczny numer jeden

Plama ropy pokrywa obszar o powierzchni dwóch Luksemburgów. Według Instytutu Geologicznego USA, do 10 czerwca do Zatoki Meksykańskiej trafiło 2,12 mln baryłek brunatnej mazi. Największa katastrofa ekologiczna w historii Stanów zaczęła się 20 kwietnia, gdy seria eksplozji gazu zniszczyła platformę wiertniczą Deepwater Horizon, zabijając 11 ze 126 pracowników na jej pokładzie. Gdy po dwóch dniach nie udało się ugasić pożaru, platforma zatonęła zrywając rurę, z której ucieka ropa. Jeśli nie uda jej się szybko zatkać, to na przełomie lipca i sierpnia plama w Zatoce Meksykańskiej pobije rekord świata. Padł on po pierwszej wojnie w Iraku – ze zniszczonych rurociągów do Zatoki Perskiej wyciekło wtedy 5,7 mln baryłek ropy.

Nic dziwnego, że w Stanach koncern BP zajmuje powoli miejsce Iranu i Toyoty jako wroga publicznego numer jeden. Amerykanie bojkotują stacje paliw brytyjskiej spółki, jeden z demokratycznych senatorów przekonuje, że „w sprawie wycieku nie należy wierzyć ludziom mówiącym z brytyjskim akcentem”, a urzędnicy Białego Domu uparcie powtarzają nazwę British Petroleum, której BP nie używa od 1998 r. Firma jest dziś międzynarodowa – do Brytyjczyków należy już tylko 40 proc. akcji koncernu, kolejne 39 proc. znajduje się w posiadaniu amerykańskich inwestorów. Powtarzane w kółko słowo british, bojowa retoryka Obamy i rosnące prognozy kosztów sprzątania po wycieku sprawiły, że od wybuchu na Deepwater Horizon cena akcji BP na giełdzie w Nowym Jorku spadła z ponad 60 do 30 dol., a wartość rynkowa koncernu zmalała o 48 proc. To najniższy poziom od 14 lat.

BP to wciąż gigant tzw. big oil, wielkiej ropy, czyli starej elity zachodnich korporacji naftowych. Nawet po ostatnich spadkach koncern wart jest ponad 100 mld dol., pozostaje czwartą co do wielkości firmą na świecie i trzecią w sektorze energetycznym, a swoim rozmiarem ustępuje tylko Exxon Mobil i Royal Dutch Shell. Coraz więcej analityków twierdzi jednak, że BP nie uniesie finansowych i politycznych kosztów katastrofy. Wpływowy amerykański ekspert Matt Simmons twierdzi nawet, że firma ogłosi w lipcu bankructwo. Tak źle było ostatni raz w latach 80. Koncern British Petroleum, wówczas należący jeszcze do państwa, został właśnie przepędzony z Bliskiego Wschodu przez tamtejszych nacjonalistów. Firma była dla rządu obciążeniem, więc premier Margaret Thatcher zdecydowała się na prywatyzację. BP natychmiast przyciągnął inwestorów, którzy sfinansowali kosztowne wiercenia na Morzu Północnym, gdzie kilka lat wcześniej odkryto spore złoża ropy.

Pionier greenwashingu

Złota dekada BP nastała za panowania Króla Słońce przemysłu naftowego. Gdy w 1995 r. John Browne przejmował stery firmy, miała opinię najbrudniejszej z brudnych. Po serii katastrof ekologicznych na przełomie lat 80. i 90. cały przemysł naftowy miał fatalną prasę, ale BP, ze względu na wiercenia na Morzu Północnym, była dla ekologów diabłem wcielonym. Dlatego Browne zaczął właśnie od ekologii. W 1997 r. BP jako pierwsza firma naftowa na świecie uznała związek między ociepleniem klimatu a spalaniem ropy. Rok później, dzięki przejęciu firmy Solarex, koncern stał się największym producentem paneli słonecznych na świecie. W 2000 r. ruszyła kampania reklamowa ze skróconą nazwą BP i nowym logo w postaci żółto-zielonego słoneczka mającego symbolizować troskę o środowisko naturalne. Już hasło kampanii – beyond petroleum, poza erę ropy – sugerowało, że BP nie chodzi tylko o brunatną maź.

Magia elokwentnego Browne’a sprawiła, że firma pod jego rządami dziewięciokrotnie powiększyła swoją wartość rynkową, stając się flagową korporacją międzynarodową z Wysp Brytyjskich. Sam prezes, namaszczony przez Tony’ego Blaira, wielbiącego ekologię na równi z wielkim kapitałem, wszedł do Izby Lordów. Jego koncern został pionierem greenwashing, w wolnym tłumaczeniu „wyzieleniania”, zabiegu marketingowego pozwalającego nawet koncernom naftowym budować wizerunek firm przyjaznych środowisku. To samo zrobił holenderski Shell ze swoją żółtą muszelką w źródlanej wodzie. Magia prezesa Browne’a działała również na jego partnerów. Gdy w 2007 r. wyszło na jaw, że za firmowe pieniądze sponsorował kochankowi wakacje, studia w Wielkiej Brytanii i garnitury po 2 tys. funtów, rada nadzorcza zmusiła Króla Słońce do abdykacji.

Wielu ekspertów, również wewnątrz BP, krytykowało Browne’a, że w szale ekologii zapomniał o zasadniczej działalności firmy, czyli o szukaniu i wydobywaniu ropy. Dlatego na nowego prezesa wybrano Tony’ego Haywarda, wyciszonego geologa, który kierował wcześniej wydobyciem i eksploracją nowych złóż. Wybór Haywarda był sygnałem, że firma zainwestuje w wiercenia głębinowe, czyli najbardziej obiecujący segment wydobycia. Wbrew temu, co mówią dziś przedstawiciele Białego Domu, wydobywanie ropy z głębokości kilku tysięcy metrów nie jest „niebezpiecznym szaleństwem opętanych chciwością nafciarzy”, tylko walką o przetrwanie zachodnich koncernów. Rynkiem ropy nie rządzi już big oil, tylko państwowe giganty, czyli kwartet Aramco (Arabia Saudyjska), Gazprom (Rosja), NIOC (Iran) i PDVSA (Wenezuela). To przy nich Shell, Chevron czy BP muszą walczyć o przetrwanie.

Państwowy kwartet kontroluje dziś 75 proc. światowych rezerw ropy i niemal wszystkie łatwo dostępne złoża. Każda z firm jest własnością miejscowego rządu, który zapewnia swojemu czempionowi lokalny monopol. Zachodnim koncernom pozostaje więc szukanie ropy w coraz bardziej niedostępnych miejscach. BP wierci na głębokości 1,5 tys. m, bo posiada niezbędne technologie, ale także dlatego, że mimo wysokiego ryzyka katastrofy nie ma innego wyjścia. Koszt wydobycia baryłki ropy z takiej głębokości waha się między 35 a 65 dol. Cena ropy oscyluje dziś wokół 75 dol. za baryłkę, więc interes mimo wszystko się opłaca.

Opłaca się również takim odbiorcom ropy jak USA. Amerykanie od lat próbują ograniczyć uzależnienie od dostaw ropy z Bliskiego Wschodu, dlatego w marcu prezydent Obama zgodził się na udostępnienie kolejnych akwenów amerykańskich wód przybrzeżnych dla wierceń głębinowych pomimo silnego sprzeciwu ekologów. Po tragedii na Deepwater Horizon wprowadził półroczne moratorium na wiercenia przybrzeżne i szykuje się do przykładnego ukarania BP. Nie będzie to trudne, bo korporacja ma w USA opinię recydywisty. Od 2005 r. koncern zapłacił już w USA 485 mln dol. kar. Nie tak dużo, zważywszy, że tylko w pierwszym kwartale firma zarobiła 5,65 mld dol.

Sprawa Deepwater Horizon ma jednak inny kaliber. Na mocy ustawy z 1990 r. BP musi pokryć wszystkie koszty sprzątania po wycieku. Może też otrzymać karę – do 75 mln dol. Jeśli jednak okaże się, że na platformie zaniedbano wymogi bezpieczeństwa, nie istnieje górna granica kary. Według wstępnych szacunków w takiej sytuacji może ona sięgnąć 247 mln za każdy dzień katastrofy. Do tego dojdą sumy zasądzone w cywilnych pozwach o odszkodowania. Do połowy czerwca firma wydała już 1,6 mld dol. na ugody pozasądowe i doraźną pomoc dla władz lokalnych. Bank Credit Suisse ocenia, że sprzątanie będzie kosztować 23 mld dol., a odszkodowania pochłoną kolejne 14 mld. BP musi więc odłożyć ok. 40 mld dol. i to przy założeniu, że wyciek zostanie zacementowany nie później niż w sierpniu. Dlatego władze USA zażądały od koncernu stworzenia funduszu.

Sprzątanie po wycieku

BP to nie Lehman Brothers, którego zobowiązania były 23 razy większe niż aktywa. Problem w tym, że koncern ma tylko ok. 12 mld dol. w gotówce i na krótkoterminowych lokatach, a do bankructwa wystarczy w USA utrata płynności finansowej. Jeśli okaże się, że BP nie ma gotówki na odszkodowania lub sprzątanie po wycieku, może zostać zmuszone do upadłości i pozbawione części amerykańskich aktywów. O zbieżności przypadków BP i Lehman Brothers jest przekonany Biały Dom. Obama, oceniając działania koncernu, już kilkakrotnie użył słowa „chciwość”, dodając przy tym kilka pogróżek w stylu Władimira Putina. Tak jak w przypadku kryzysu bankowego sugerował też „zażyłe, czasem korupcyjne powiązania przemysłu naftowego z nadzorcami”, które trzeba ukrócić, nakładając jeszcze bardziej bezwzględne regulacje.

Ale Obamie chodzi o coś więcej. Obok obietnicy ukarania BP głównym akcentem jego pierwszego orędzia był apel do Ameryki o przejście z konsumpcji ropy naftowej na odnawialne źródła energii. „Od dziesięcioleci mówimy o potrzebie zakończenia zależności Ameryki od paliw kopalnych. Tragedia na naszym wybrzeżu to najbardziej bolesny i dobitny znak, że nadszedł czas, by postawić na czystą energię” – mówił Obama. Reakcja na tę część przemowy była jednak chłodna, Amerykanie nie zapomnieli prezydentowi bezczynności w pierwszych tygodniach po katastrofie. A za plamę w Zatoce Meksykańskiej wciąż wolą winić brytyjski koncern niż własny apetyt na tanią benzynę.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną