Grozi nam światowa wojna walutowa

Wygrywa słabsza?
Janusz Kapusta/Corbis

Mogło się wydawać, że straszliwa lekcja z kryzysu lat 30. nie poszła na marne. Ustalając ramy powojennego porządku finansowego, zgodzono się, że wojny walutowe nie mają prawa się powtórzyć. Przez pierwsze powojenne ćwierćwiecze bronił przed tym stabilny, powiązany sztywną ceną ze złotem amerykański dolar. Potem, gdy rząd USA w 1971 r. uwolnił cenę złota i przestał być gwarantem stabilności światowych finansów, równowagę zapewniała dość zgodna współpraca głównych potęg gospodarczych świata. W ciągu ostatnich kilku dekad sprawnie też działały globalne rynki finansowe, które umożliwiały kapitałowi płynne przemieszczanie się z miejsc, gdzie był w nadmiarze, do miejsc, gdzie go brakowało. Ale tylko do czasu.

Gdy załamała się wiara w doskonałe działanie rynków, spadło zaufanie do walut i emitujących je mocno zadłużonych państw. Świat znalazł się w obliczu najpierw recesji, a następnie gospodarczej stagnacji. Widmo ponownego sięgnięcia przez różne kraje po narzędzia protekcjonizmu stało się znów realne.

W dzisiejszych czasach, gdy politycy nie mają rąk spętanych przez wymienialność walut na złoto, najprostszym z tych narzędzi jest osłabienie własnej waluty w stosunku do walut gospodarczych partnerów i rywali. Oczywiście z całkowicie irracjonalnym przekonaniem, że oni na pewno z tym się pogodzą i zaakceptują swoje straty (spadający eksport, rosnące bezrobocie). Bo jeśli nie, trzeba się będzie z nimi ścigać – kto osłabi swoją walutę skuteczniej. O potrzebie obrony przed wybuchem takiej właśnie wojny walutowej mówią więc dziś wszyscy. Ostrzegają przed nią zarówno prezes Banku Światowego Robert Zoellick, dyrektor generalny Międzynarodowego Funduszu Walutowego Dominique Strauss-Kahn, jak i szef Światowej Organizacji Handlu (WTO) Pascal Lamy.

Postronny obserwator może się zdziwić: przed czym ostrzegać, skoro niemal wszyscy oficjalnie deklarują, że nie będą psuć własnego pieniądza? Przywódcy państw UE wystosowali ostatnio ogólnoświatowy apel, by kraje nie uległy pokusie stosowania narzędzi protekcjonistycznych i nie dążyły do sztucznego osłabienia swoich walut w celu poprawy konkurencyjności eksportu. Wojnę walutową wykluczają zarówno oficjalni przedstawiciele Waszyngtonu, jak i Pekinu.

Kłopot tylko w tym, że mimo formalnej zgody niemal każdy inaczej widzi faktyczne zręby porozumienia, wybierając interpretację najwygodniejszą z punktu widzenia kraju, który reprezentuje. Spośród czterech głównych personae dramatis skrajne stanowisko zajmują Amerykanie, którzy domagają się, by nie wpływać sztucznie na kursy i pozostawić ich kształtowanie globalnym rynkom walutowym. Wszyscy jednak dobrze wiedzą, o co chodzi. Ponieważ USA są potężnie zadłużone, a jednocześnie ciągle beztrosko wypuszczają na rynek biliony dolarów, jasne jest, że prędzej czy później nastąpi trwałe osłabienie dolara i wzmocnienie innych walut, zwłaszcza chińskiego juana. Tym bardziej że Amerykanom całkiem na rękę byłby zarówno wzrost inflacji, który pozwoliłby im pozbyć się części zadłużenia (w ogromnej mierze kosztem reszty świata – beggar thy neighbour!), jak osłabienie dolara, które pomogłoby zwiększyć eksport i podrożyłoby import. Ostatnia decyzja o wypuszczeniu na rynek kolejnych 600 mld dol. świadczy o tym, że Waszyngton nie cofnie się przed niczym, byle poprawić sytuację swojej gospodarki.

Unia Europejska (zwłaszcza Niemcy) chce z kolei, by USA powstrzymały się z lekkomyślnym drukowaniem dolarów, które nieuchronnie wiedzie do wzmocnienia euro (jedynej poważnej alternatywy dla dolara jako waluty do lokowania inwestycji).  Europejska gospodarka zależy od eksportu znacznie bardziej niż amerykańska, a jednocześnie boi się nadmiernego zadłużenia. Jeśli więc Amerykanie kontynuowaliby świadome osłabianie dolara, Europa zapewne odczułaby to w postaci recesji (chyba że sama zdecydowałaby się na to, by drukiem pustego pieniądza jeszcze bardziej osłabić euro – co raczej nie wchodzi w grę).

W jeszcze gorszej sytuacji jest Japonia, gdzie wszystkie problemy Europy podniesione są do kwadratu. Rząd jest dramatycznie zadłużony, a druk pieniądza nie prowadzi do osłabienia waluty, bo gospodarka od lat tkwi w stagnacji. A im więcej pieniędzy trafia na rynek, tym więcej Japończycy oszczędzają. Nadzieją pozostaje eksport, ale właśnie dla niego zabójczy jest mocny jen.

Czwarty wielki gracz, Chiny, najbardziej obawia się właśnie losu Japonii – wzmocnienia waluty, które doprowadziłoby do spadku eksportu i wyhamowania wzrostu gospodarczego. Szacują, że w ślad za tym pojawiłoby się 100 mln bezrobotnych. Skutki ich rozgoryczenia trudno sobie nawet wyobrazić.

Kto pierwszy wystrzeli

No i mamy zaklęty krąg. Wszyscy chcieliby poprawić własną sytuację, ale boją się bolesnych konsekwencji przeciwdziałania ze strony pozostałych. Wojna walutowa wisi jednak w powietrzu, tak jak prawdziwa wojna wisiała nad Europą w 1914 r. Każdy uważa, że się tylko broni, ale – zaatakowany – bez wahania odpowie ogniem. Jeśli dojdzie do porozumienia czterech głównych graczy, wojny walutowej uda się uniknąć. Ale jeśli ktoś pierwszy wystrzeli, wojna wybuchnie.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną