Nowe zasady przetargów. Co z ceną?

Cudowna pigułka
Komisja „Przyjazne Państwo” w pośpiesznym trybie przygotowała nowelizację prawa zamówień publicznych. Chce, by osoby decydujące o przetargach, brały pod uwagę - poza ceną - także inne elementy oferty.

To reakcja na kłopoty z chińską firmą COVEC, która złożyła rewelacyjnie tanią ofertę na budowę dwóch odcinków autostrady A2 Łódź-Warszawa, a potem oświadczyła, że za takie pieniądze niczego wybudować się nie da.

Mamy tu klasyczny scenariusz reakcji  państwa na pojawiające się problemy, zwłaszcza te medialnie nagłośnione. Natychmiast pada hasło: trzeba zmienić prawo! Tak było z problemem pedofilów,  pijanych kierowców, czy handlarzy dopalaczami. Panuje wiara, że zmiana prawa w cudowny sposób może rozwiązać każdy problem. Tymczasem cudów nie ma, nie istnieje prawnicza pigułka lecząca każdą społeczną dolegliwość. Zwłaszcza taką jak, zaniżanie ofert przetargowych. Bo problem tkwi zupełnie gdzie indziej.

Przecież już dzisiaj prawo zamówień publicznych przewiduje, że oceniając ofertę można brać pod uwagę - poza zaproponowaną ceną - także inne elementy. Fakt, że niemal wszystkie przetargi mają tylko jedno kryterium – cenę – wynika nie z wadliwego prawa, ale z atmosfery, jaka się wytworzyła wokół zamówień publicznych. Przez wiele lata padały oskarżenia, że przetargi są ustawiane i wygrywają ci, którzy mają układy z rozstrzygającymi. Sporo wyłapano w tej dziedzinie "afer", gdy wygrywała droższa oferta, a oceniający twierdzili, że były inne - ważniejsze elementy - które uznali za bardziej istotne. Zaczynała się dyskusja, dlaczego istotne i czy na pewno. Potem pojawiało się CBA, CBŚ, NIK albo prokurator i zaczynało dochodzenie, dlaczego nie wygrała tańsza oferta.

Ta atmosfera doprowadziła do sytuacji, w której jedynie kryterium ceny ratowało organizatora przetargu przed spotkaniem z prokuratorem. X był o tyle tańszy od Y i dlatego wygrał. Koniec, kropka. W przypadku dróg tłumaczono, że przecież w zamówieniu dokładnie opisuje się wymogi określające, jaka to ma być droga, jak zbudowana i z czego. Nie ma więc co filozofować, tylko trzeba brać najtańszych.

Nikogo nie zastanawiało, jak to jest możliwe, by ktoś mógł zaoferować cenę o kilkadziesiąt procent niższą od kosztorysu inwestorskiego. Przecież taki kosztorys nie jest brany z sufitu – ktoś to liczy, biorąc pod uwagę obowiązujące na rynku ceny. Jeśli wykonawca zaoferował o połowę niższą cenę, to jego problem – tłumaczono. Dziś okazuje się, że nie tylko.

Dopuszczanie do przetargów niewiarygodnych wykonawców, akceptowanie nierealistycznych ofert, prowadzi do takich efektów jakie mamy: ślimaczące się inwestycje, kłopoty z jakością, ucieczki firm wykonawczych z placów budów. Tego problemu nie rozwiąże poseł Szejnfeld ze swoją nowelizacją przewidującą, że komisja przetargowa - jeśli będzie brała pod uwagę jedynie kryterium ceny - musi się z tego wytłumaczyć uzasadniając swoją decyzję. Problem tkwi gdzie indziej: w przygotowaniu dokumentów przetargowych, w stosowanych procedurach, w ludziach, którzy te procedury stosują. 

Ale tego nie da się rozwiązać przy pomocy jednej prawnej pigułki.         

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj