Kto ma rację w sprawie gazu łupkowego?

Świeczki nie gaście
Gaz łupkowy budzi skrajne emocje. Jedni widzą w nim cudowne źródło taniej energii, inni poważne zagrożenie dla ludzi i środowiska. Kto ma rację?
Poszukiwanie gazu budzi lęk i protesty.
Wojciech Strozyk/REPORTER/EAST NEWS

Poszukiwanie gazu budzi lęk i protesty.

Gaz łupkowy jest paliwem niezwykle użytecznym. Dowiodła tego zakończona właśnie kampania wyborcza, w której niemal wszystkie partie korzystały z zasilania gazowego. Donald Tusk obiecywał, że dzięki łupkowemu bogactwu będziemy niebawem nie tylko bezpieczni energetycznie, ale i ekonomicznie, bo wpływy z gazu zasilą przyszłe emerytury Polaków. Waldemar Pawlak zapowiadał, że PSL pieniędzmi z gazu wesprze samorządy, a szef PJN Paweł Kowal, że powstrzyma w Brukseli te siły, które są niechętne polskim łupkom. PiS obiecywało, że wyrwie nasz gaz łupkowy z obcych rąk, by stał się dobrem narodowym i prawdziwym gwarantem bezpieczeństwa energetycznego. Zdaniem Jarosława Kaczyńskiego, nasz gaz wart jest bilion dolarów i może zmienić układ geopolityczny w tej części Europy.

Zaletą gazu łupkowego jest to, że jednocześnie go mamy i nie mamy. Mamy w prognozach i analizach. I to w imponujących ilościach. Według rozmaitych szacunków, nasze złoża kryją od 3 do 5 bln m sześc., co oznaczałoby, że przez najbliższe kilkaset lat nie musimy się martwić o gaz. Polska uchodzi za kraj najbardziej zasobny w Europie. A ponieważ autorami tych prognoz są Amerykanie, traktuje się je jako rzecz pewną, bo kto jak kto, ale oni znają się na łupkach.

Nasz gaz jest na razie na papierze, więc odpadają rozmaite kłopoty związane z jego wydobyciem. Jeśli jednak ma nam zapewnić bezpieczeństwo energetyczne i być emerytalną polisą, trzeba go najpierw znaleźć, a potem zacząć wydobycie. I tu zaczyna się problem. Jak wykazało najnowsze badanie CBOS, Polacy cieszą się, że będą obywatelami europejskiego mocarstwa gazowego, ale obawiają się wydobycia, które zdaniem większości jest niebezpieczne dla ludzi i środowiska.

Już samo poszukiwanie gazu budzi lęki i protesty, o czym przekonują wydarzenia we wsi Rogów na Zamojszczyźnie, relacjonowane przez reporterów TVN. Kiedy pojawili się tam geolodzy z Geofizyki Toruń prowadzący wstępne rozpoznanie, mieszkańcy zaczęli się skarżyć, że ściany w domach pękają, a woda w studni robi się brudna. Zapowiedzieli, że na żadne wydobycie gazu łupkowego zgody nie dadzą. Podobnie jak mieszkańcy nadmorskiej wsi Niestków w rejonie Ustki, gdzie wiosną pojawiły się wieże wiertnicze. Mieszkańcy protestowali przekonując, że gaz łupkowy będzie dla nich oznaczał hałas, zanieczyszczenie wody, drgania gruntu, a wszystko to zniszczy walory turystyczne ich gminy. Wystarczy w Internecie wpisać „gaz łupkowy”, żeby trafić na amerykański film dokumentalny „GasLand” (polski tytuł „Kraj gazem płynący”), pokazujący, jakie spustoszenie może powodować wydobycie gazu niekonwencjonalnego. Choć eksperci zarzucają, że obraz ten jest tendencyjny i manipulatorski, skutecznie sieje strach.

Okazuje się jednak, że są enklawy, gdzie strach nie dotarł. – Bać się? E, nie ma czego! – przekonuje Henryk Doering, wójt nadmorskiej gminy Krokowa w powiecie puckim. – My tu jesteśmy przyzwyczajeni do nafciarzy. Na terenie naszej gminy PGNiG od 40 lat wydobywa ropę i gaz ziemny. A teraz okazało się, że w Lubocinie dowiercili się do gazu łupkowego. Krokowa to wyjątkowo energetyczna gmina, bo poza gazem i ropą na jej terenie działa elektrownia szczytowo-pompowa Żarnowiec, a tuż obok ma powstać pierwsza elektrownia jądrowa. – Jeśli jest gaz, to może nie trzeba budować tu elektrowni atomowej? – zastanawia się wójt i natychmiast zastrzega: – Ale niech pan nie myśli, że jestem przeciwnikiem energetyki jądrowej.

W Lubocinie od niedawna płynie pierwszy polski gaz łupkowy. To jeden z 10 odwiertów poszukiwawczych, jakie zostały dotychczas wykonane w całym kraju. Takich otworów trzeba wykonać tysiące, żeby poważnie ocenić, jakie są nasze zasoby i na ile opłacalne będzie wydobycie.

Na razie gazu jest niewiele, ale można go z daleka zobaczyć, jak pali się na szczycie wysokiej rury, zwanej przez nafciarzy świeczką. To właśnie pod tą świeczką Donald Tusk składał swoje łupkowe zapowiedzi. Sami nafciarze przyznają, że są na początku długiej drogi, której sukces nie jest wcale przesądzony. Na razie wykonali pierwszy pionowy odwiert na głębokość 3 km. Przewiercili się przez warstwę łupków sylurskich – wyjątkowo twardych skał zawierających w sobie materię organiczną, w której uwięziony jest gaz ziemny. Żeby go uwolnić, trzeba skałę pokruszyć, tak by przez powstałe szczeliny gaz mógł się przedostać do otworu, a potem rurą na powierzchnię. Na tym polega niekonwencjonalność tego gazu, bo w klasycznym złożu skała jest porowata i gaz może się wydostawać sam bez przeszkód.

Dobranie się do takiego łupkowego złoża nie jest łatwe ani tanie. Gaz staje się jednak coraz droższy, więc i pokusa jest coraz większa. Na wybranym odcinku rurę najpierw się perforuje za pomocą mikroładunków wybuchowych, a potem przez otwory tłoczy mieszankę wody z piaskiem pod bardzo wysokim ciśnieniem. W efekcie skała pęka, a w powstałe szczeliny wdziera się piasek, zapobiegając ich ponownemu zaciśnięciu. W łupkowym złożu trzeba takich zabiegów szczelinowania wykonać bardzo wiele, wiercąc z powierzchni otwory jeden obok drugiego albo też tworząc pod ziemią poziome odgałęzienia od centralnego otworu. Wykonanie jednego otworu na głębokość kilku kilometrów kosztuje kilkadziesiąt milionów złotych. Ile się płaci za szczelinowanie, to ścisła tajemnica. Wiceprezes PGNiG Marek Karabuła narzeka, że drogo, ale ma nadzieję, że z czasem ceny spadną.

W Lubocinie, podczas pierwszego zabiegu szczelinowania hydraulicznego zużyto 1,6 tys. m sześc. wody i 100 m sześc. piasku. Tę skomplikowaną i kosztowną operację wykonują u nas na razie tylko dwie amerykańskie firmy – Haliburton i Schlumberger. Wymaga to zbudowania przy otworze sporego basenu i napełnienia go wodą. Reszta sprzętu przyjeżdża w konwoju wielkich ciężarówek, na których zainstalowane są pompy, generatory, blendery do przygotowywania mieszanki. A także zbiorniki z chemikaliami, które dodaje się do mieszanki szczelinującej.

Z tymi chemikaliami jest największy problem. Przeciwnicy wydobycia gazu niekonwencjonalnego ostrzegają, że tłoczenie pod ziemię rozmaitych substancji może doprowadzić do skażenia gruntu oraz wód podziemnych i powierzchniowych.

Dodatki stanowią zaledwie 0,5 proc. mieszanki szczelinującej. Służą zmniejszeniu tarcia, redukują napięcie powierzchniowe wody, zapobiegają rozwojowi bakterii. Przeciwdziałają także pęcznieniu skały, bo łupki zawierają smektyt minerał, który w ten sposób reaguje na kontakt z wodą – wyjaśnia dyr. Jerzy Woźniak z firmy Haliburton i dodaje: – To są wszystko substancje bezpieczne, z którymi spotykamy się na co dzień w kosmetykach, chemii gospodarstwa domowego czy wyrobach spożywczych, jak np. kwasek cytrynowy, guma guar (stosowana w żelkach), sól borowa (detergenty, kosmetyki), glikol etylenowy (rozpuszczalniki przeciw osadom), isopropanol (środki do czyszczenia szyb).

Zabieg odbywa się na głębokości 3 km, daleko poniżej warstwy wód gruntowych, przekonuje dyrektor Woźniak. Jeśli jest wykonywany prawidłowo, płyn szczelinujący nie ma prawa wydostać się na powierzchnię. Także inne zagrożenia, jego zdaniem, są wyolbrzymiane. Szczelinowanie powoduje minimalne drgania gruntu, nieodczuwalne na powierzchni, więc pojawiające się oskarżenia o wywoływanie trzęsień ziemi (były takie podejrzenia w Kanadzie) są bezpodstawne. Większe wstrząsy wywołuje uderzenie pioruna.

Mimo tych zapewnień technologia wydobycia gazu łupkowego budzi obawy. Ich wynikiem są ograniczenia i zakazy wprowadzane przez niektóre kraje. Stan Nowy Jork już w 2009 r. wprowadził ograniczenia środowiskowe, blokując wydobycie gazu niekonwencjonalnego (a ma bogate złoża, zwane formacją Marcellus). Ostatnio jednak te zastrzeżenia złagodził. EPA, federalna agencja ochrony środowiska USA, ogłosiła program badań potencjalnych zagrożeń szczelinowania dla wody pitnej. W lutym kanadyjska prowincja Quebec wprowadziła oficjalne moratorium na wydobycie gazu, a w kwietniu zrobiła to Francja. W czerwcu w Parlamencie Europejskim pojawiła się deklaracja pięciu jego członków, wzywająca do ogłoszenia moratorium na terenie całej Unii. Wprawdzie wydobycie surowców nie podlega (na razie) prawu unijnemu, ale są już pomysły, by takie regulacje wprowadzić. Na razie zaś bliższy realizacji jest pomysł wprowadzenia takich obostrzeń dla procesu szczelinowania, by faktycznie zablokować wydobycie gazu łupkowego. Sugeruje to zamówiony przez Komisję Europejską raport niemieckich ekspertów.

Zaostrzenie polityki forsują Niemcy i Francja. Niemcy znaczących złóż gazu łupkowego nie mają, w przeciwieństwie do Francuzów, którzy jednak mają silne lobby energetyki jądrowej, niezainteresowane tworzeniem gazowej konkurencji. Polscy europosłowie sugerują, że za antyłupkową akcją w Parlamencie Europejskim stoją także lobbyści Gazpromu, który obawia się uniezależnienia Europy od ich gazu. Przy okazji sypią się też gromy na środowiska ekologiczne, które mają być jakoby tajnie opłacane przez Rosjan, by blokować łupki. W polskich mediach pojawiły się takie sugestie, powołujące się na byłych oficerów WSI. W związku z tym Greenpeace Polska zaprotestował wydając oświadczenie, że to oszczerstwo, bo organizacja od 40 lat stosuje zasadę, że nie przyjmuje pieniędzy od jakichkolwiek rządów i firm. Wiosną przyjechał do Polski José Bove, francuski alterglobalista, wiceprzewodniczący komisji rolnictwa PE i członek frakcji Zielonych, by przekonywać nas do rezygnacji z wydobycia gazu łupkowego. Polscy działacze ekologiczni na razie nie zabierają głosu w tej sprawie. Walczą przeciw węglowi i atomowi, więc rozciąganie frontu nie miałoby sensu. Zwłaszcza że uznają zalety gazu jako pośredniego etapu na drodze od energetyki węglowej do zielonych źródeł energii.

PGNiG zainicjowało społeczną akcję „Płomień nadziei” i zbiera podpisy poparcia dla gazu łupkowego (plomiennadziei.eu).

Jadę do Brukseli, by w trakcie publicznego wysłuchania przekonywać europarlamentarzystów, by nie podejmowali działań wstrzymujących poszukiwanie gazu z łupków – zapowiadał pod koniec września prezes Karabuła. W PE trwa debata na temat gazu łupkowego.

Szefowie PGNiG, spółki kontrolowanej przez państwo, mają świadomość politycznej odpowiedzialności. Wiedzą, że dla polskich polityków nie ma dziś ważniejszej sprawy niż łupki, więc demonstrują, że i PGNiG świata poza nimi nie widzi. Tymczasem większość prac poszukiwawczych spółki dotyczy złóż konwencjonalnych, dużo tańszych i jak na razie bardziej obiecujących pod względem wydobycia. Przykładem nowo odkryte złoże w rejonie Kutna, szacowane na 500 mld m sześc. (Polska rocznie zużywa 14 mld). Cóż to jednak znaczy wobec 5 bln m sześc. łupkowego, który mamy mieć?

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną