Rynek

Kanty na kontach

Kryzys: Nie tylko banki zawiniły

Właścicielami banków we współczesnym kapitalizmie (wbrew wyobrażeniom demonstrantów okupujących Wall Street) nie jest wąska grupa chciwych grubasów z cygarami. Właścicielami banków we współczesnym kapitalizmie (wbrew wyobrażeniom demonstrantów okupujących Wall Street) nie jest wąska grupa chciwych grubasów z cygarami. david_shankbone / Flickr CC by 2.0
Oburzeni demonstranci na ulicach Nowego Jorku, Madrytu i Aten nie mieli cienia wątpliwości: kryzysowi winne są banki. To skandal, że rządy je dziś ratują, zamiast wspierać zwykłych ludzi.
Politycy chętnie gromią banki za nieodpowiedzialność, demonstranci za chciwość, narody zmuszone do oszczędności budżetowych za bezduszność.Janusz Kapusta/Corbis Politycy chętnie gromią banki za nieodpowiedzialność, demonstranci za chciwość, narody zmuszone do oszczędności budżetowych za bezduszność.
Za sporą część całego zamieszania banki są odpowiedzialne. Ale chyba nie za wszystko.Janusz Kapusta/Corbis Za sporą część całego zamieszania banki są odpowiedzialne. Ale chyba nie za wszystko.

Artykuł w wersji audio

To że protestujący ludzie obwiniają o wszystko banki, nie powinno specjalnie dziwić. Najpierw zanieśli tam swoje oszczędności. Mili urzędnicy szybko im wytłumaczyli, że standardowe lokaty dużych zysków nie przyniosą. Prawdziwe dochody osiągną kupując oferowane przez banki nowe produkty finansowe: fundusze inwestycyjne, obligacje, polisy emerytalne. Jednocześnie zaczęło się kuszenie tanimi kredytami.

Karta kredytowa? Jeszcze niedawno prestiżowy produkt przysługujący tylko najlepszym klientom raptem stał się dostępny dla wszystkich. Kredyt na samochód? Teraz mógł go dostać nawet bankrut. Kredyt hipoteczny? W przeszłości ci, którzy go najbardziej potrzebowali – np. startujący w życie młodzi ludzie – nie mieli na co liczyć. Teraz to się jednak zmieniło. Bank był najlepszym przyjacielem człowieka, na wszystko były pieniądze, a dochody z inwestycji bez kłopotów starczały na opłacenie umiarkowanych rat i odsetek. W ciągu niecałych dwóch dekad, pomiędzy 1990 a 2008 r., zadłużenie bankowe gospodarstw domowych w USA wzrosło więc z 60 do 100 proc. PKB, w Hiszpanii z 30 do 80 proc., we Francji z 25 do 40 proc.

Nadszedł jednak 2008 r. i urzędnicy bankowi przestali się uśmiechać. Raptem okazało się, że wspaniałe aktywa, w których klienci ulokowali oszczędności, straciły dużą część wartości. Zamiast informacji o świetnych wynikach inwestycyjnych z banków zaczęły przychodzić groźne wezwania do spłat kredytów. Posiadane przez klientów aktywa skurczyły się, wobec coraz bardziej powszechnego zalegania z płatnościami do wielu drzwi zastukały firmy rewindykacyjne.

Zanim klienci otrząsnęli się z szoku, czekała ich kolejna niespodzianka. Jesienią 2008 r. banki ogłosiły: mamy kłopoty, grozi nam niewypłacalność. Albo rządy natychmiast wspomogą nas setkami miliardów dolarów, albo zbankrutujemy. I rządy na całym świecie szybko zgodziły się, że takiej pomocy trzeba udzielić. Właśnie wtedy, gdy klienci zmagali się z bezlitosną egzekucją długów, jednocześnie z mediów dowiadywali się, że płacone przez nich podatki wędrują do banków. A później stwierdzali, że z wygenerowanych w ten sposób zysków szefowie banków wypłacają sobie nadal gigantyczne premie.

Układanka stała się raptem dla ludzi bardzo prosta: pasożytnicze banki najpierw oszukańczo wyłudziły i roztrwoniły ich pieniądze. Potem, utrzymując ciemne związki z politykami, zapewniły sobie zastrzyk pieniędzy podatników, dzięki którym nadal mogą opływać w luksusy, jednocześnie dręcząc klientów żądaniem spłat kredytów. I nadal dyktują wszystkim warunki gry, wymuszając kolejne subsydia, rujnując firmy i rządy, wypłacając sobie gigantyczne premie.

Uczciwe wynagrodzenie

Banki patrzą na to wszystko całkiem inaczej i nie uważają, że kogokolwiek oszukały. Przede wszystkim przypominają o swojej zasadniczej roli w gospodarce. Celem ich istnienia jest pośrednictwo finansowe – a więc zbieranie oszczędności ludzi i ich inwestowanie.

Większość ludzi dysponuje większymi lub mniejszymi nadwyżkami finansowymi, które pragnie zaoszczędzić na przyszłość. Jeśli pieniądze te mają przynieść jakiś dochód, powinny zostać zainwestowane, czyli zamienione w kapitał i wpuszczone do gospodarki (bo leżący w szafie pieniądz jedynie traci wartość z powodu inflacji). Naturalnym sposobem zainwestowania jest założenie własnej firmy, która będzie wypracowywać zyski i pomnażać kapitał. Większość ludzi nie ma jednak głowy do interesów i firm nie zakłada, zresztą ich oszczędności są zazwyczaj zbyt szczupłe, by dokonać liczących się inwestycji. I wtedy pomocą służą banki. Zbierają oszczędności w formie depozytów, a następnie zebrane sumy inwestują w zyskowne przedsięwzięcia gospodarcze.

Część z tych zysków zachowa przedsiębiorca, resztę w formie odsetek odda bankowi. Bank z kolei wypłaci odsetki właścicielom depozytów zachowując marżę, z której żyje. I która jest – z punktu widzenia banku – tylko uczciwym wynagrodzeniem za umiejętne inwestowanie pieniędzy klientów i branie na siebie całego ryzyka. Bo choć wiadomo, że nie każdy kredyt jest zwracany, w normalnych czasach nie jest to zmartwienie klienta, ale banku.

Banki widzą więc obecne problemy tak: naszym zadaniem jest korzystne inwestowanie pieniędzy klientów po to, by zapewnić odpowiedni dochód z oszczędności i marżę. Oczywiście mogliśmy inwestować je tylko w tradycyjne kredyty dla firm. W ciągu minionych kilku dekad na rynku pokazało się jednak wiele nowych, atrakcyjnych instrumentów finansowych. Banki musiały zaoferować je swoim klientom – bo gdyby tego nie zrobiły, klienci wycofaliby swoje pieniądze i poszli do innych pośredników finansowych. Jednocześnie banki uznały, że coraz lepiej potrafią oceniać ryzyko kredytowe. Dawniej sądziły, że danie do ręki ubogiemu człowiekowi karty kredytowej to szaleństwo. Potem przekonały się, że kredyt dla gospodarstwa domowego jest znacznie mniej ryzykowny niż kredyt dla firmy. Zwłaszcza kiedy kredyty są dobrze zabezpieczone dzięki rosnącym cenom nieruchomości.

Dla nas 2008 r. był również szokiem, mówią banki. Inwestowaliśmy środki naszych klientów w instrumenty pochodne emitowane przez renomowane banki inwestycyjne. Kupowaliśmy tylko takie obligacje, które miały wysoki rating (ocenę, że zostaną bez kłopotów wykupione). My też padliśmy więc ofiarą beztroski banków inwestycyjnych i agencji ratingowych, które nie umiały oszacować ryzyka. Nas też zaskoczył gwałtowny spadek cen akcji i nieruchomości. Cierpieliśmy razem z naszymi klientami wpadając w straty grożące bankructwem.

Jeśli zwróciliśmy się do rządów o pomoc i otrzymaliśmy ją, to nie dlatego, aby sobie nadal wypłacać premie. Rządy pomogły nam, bo gdybyśmy zbankrutowali, przepadłyby oszczędności milionów ludzi. Zniknęłoby również źródło kredytu dla przedsiębiorstw, a gospodarka wpadłaby w straszliwą recesję. Rządy po prostu musiały przejąć nasze śmieciowe aktywa (dziś właśnie przejęcie odpowiedzialności za kolejne, utopione w nietrafionych inwestycjach zobowiązania banków rozważa stojący sam na skraju bankructwa rząd Hiszpanii). Nie było więc wyjścia – nawet jeśli popełniliśmy błędy, ukaranie nas bankructwem najmocniej uderzyłoby w naszych klientów, którzy straciliby pracę i oszczędności życia.

Słowem, bez nas nie ma normalnej gospodarki i normalnego rynku. Zwróciliśmy się o pomoc rządową po to, by odbudować normalne mechanizmy jego funkcjonowania. A że wypłacamy wysokie premie naszym zarządom? No cóż, dziś bardziej niż kiedyś potrzebujemy najwyżej wykwalifikowanych finansistów. I musimy im dobrze płacić.

Chłopiec do bicia

Jak to często bywa w ekonomii, każda ze stron ma swoje racje. Nie ma wątpliwości, że banki nie spełniły obietnic, które przez lata składały swoim klientom. Nie ma też wątpliwości, że tradycyjnie już okazały się mistrzami w „prywatyzacji zysków i nacjonalizacji strat”, a ich heroiczna walka o prawo do wypłacania sobie wielkich premii może wzbudzać niesmak. Ale prawdą też jest, że bankom trzeba było pomóc, bo konsekwencje ich masowego upadku byłyby wręcz niewyobrażalne. I że nie tylko one są winne temu, że doszło do tego, do czego doszło.

Nie ma wątpliwości, że do popełnienia błędów banki zostały w jakiejś mierze zmuszone. Rzecz w tym, że rola banków, jako uczciwych pośredników zbierających depozyty i udzielających firmom kredytów, mogła klarownie wyglądać kilkadziesiąt lat temu. W ciągu minionych dekad ten prosty obrazek uległ jednak komplikacji. Przede wszystkim rynek finansowy stał się znacznie bardziej złożony i przybyło na nim aktywnych graczy. Pojawiły się liczne alternatywne w stosunku do kredytów formy finansowania inwestycji – i alternatywne formy inwestowania oszczędności. Spekulacje na rynku papierów wartościowych przynosiły wielokrotnie wyższe zyski niż zwykłe kredyty.

Obok zajmujących się prostymi operacjami depozytowo-kredytowymi banków komercyjnych (z którymi ludzie najczęściej się stykają, więc oskarżają je o całe zło kryzysu) karierę zrobiły banki inwestycyjne zajmujące się wielkimi transakcjami związanymi z obrotem papierami wartościowymi. A trzeba przyznać, że najgorsze rzeczy, które doprowadziły do kryzysu – przede wszystkim emisja instrumentów pochodnych, czyli papierów wartościowych przynoszących dochód zależny od dochodów z innych operacji finansowych i tym samym ukrywających ryzyko związane z inwestowaniem – były właśnie dziełem amerykańskich banków inwestycyjnych.

Sporą część winy ponoszą też agencje ratingowe, które nie były w stanie ocenić ryzyka związanego z różnymi papierami wartościowymi (dziś twierdzą, że „wyrażały tylko swoje opinie”, więc za nic nie odpowiadają). Do tego wszystkiego dołączyli rynkowi piraci – fundusze hedgingowe, wyspecjalizowane w destabilizujących rynek krótkookresowych spekulacjach finansowych. Banki komercyjne, do których wszyscy mają teraz pretensje, są więc trochę chłopcem do bicia: one pozostały na pobojowisku ze swoimi oddziałami i bankomatami, podczas gdy inni, bardziej winni, zapadli się pod ziemię i słuch o nich zaginął.

Banki działały nie tylko pod naciskiem konkurencji, ale również swoich właścicieli. To nie sami bankowcy wpadli na szatański pomysł wypłacania zarządom premii w nagrodę za krótkookresowe zyski, co zmuszało je do wchodzenia w coraz bardziej ryzykowne operacje. Zrobili to ich właściciele. A właścicielami banków we współczesnym kapitalizmie (wbrew wyobrażeniom demonstrantów okupujących Wall Street) nie jest wąska grupa chciwych grubasów z cygarami. Właścicielami są miliony posiadających akcje przeciętnych obywateli, a także starające się osiągnąć maksymalne zyski dla swoich członków fundusze inwestycyjne i emerytalne. Ci inwestorzy zazwyczaj głosowali nogami, wyprzedając akcje tych banków, które nie przynosiły dostatecznie wysokich zysków. A to tworzyło potężny mechanizm, zmuszający je do podejmowania nadmiernego ryzyka.

A klienci banków? Czy nie żądali jak najwyższych dochodów ze swoich oszczędności, nie zadając sobie nawet pytania, czy owe zyski nie powstają skutkiem nadmiernej kumulacji ryzyka? Większość z oszczędzających nie zna się na ekonomii i finansach. Ale dobrze wie, że 5 proc. odsetek to więcej niż 4 proc. – i bez wahania zmienia bank, jeśli tylko inny zaoferuje lepsze warunki. I ponownie walczące o klientów banki musiały się z tym pogodzić, szukając wyższych zysków za cenę wzrostu ryzyka.

Ktoś jednak powinien uchronić banki przed tymi wszystkimi błędami. Ponieważ wiadomo, że klienci zazwyczaj nie mają wiedzy ekonomicznej, na straży ich interesu postawiono specjalne instytucje państwowe nadzorujące funkcjonowanie banków komercyjnych (zazwyczaj jest to funkcja banków centralnych). One również nie interweniowały na czas. Spokojnie patrzyły na zwiększające się ryzyko związane z inwestycjami i rosnące na rynkach finansowych bańki spekulacyjne. Dlaczego? Być może w grę wchodziła polityka. Wydaje się niemal pewne, że Alan Greenspan, żarliwie republikański wieloletni szef banku centralnego USA, robił wszystko, aby odsunąć moment załamania, póki w Białym Domu urzędował republikański prezydent. Zamiast podwyższać stopy procentowe i hamować kredytowe szaleństwo, obniżał je zachęcając do dalszego zaciągania długów.

Kozioł ofiarny

Biały Dom życzliwie patrzył na kredyty hipoteczne udzielane skromnie zarabiającym osobom, bo to wydawało się rozszerzać klasę średnią i stabilizować społecznie Amerykę. Z podobnym zadowoleniem rządy niemiecki i francuski patrzyły na inwestycje swoich banków w greckie obligacje, bo w ten sposób zapewniano finansowy spokój w strefie euro. Rząd Grecji cieszył się z możliwości łatwego finansowania deficytów, a rząd Hiszpanii z kredytowego boomu na rynku nieruchomości. Bo kredyty przekładały się na większe wydatki, a to na głosy wyborców.

Tak jak wczoraj banki odgrywały rolę twórcy iluzorycznego dobrobytu, tak dzisiaj odgrywają rolę idealnego kozła ofiarnego. Politycy chętnie gromią je za nieodpowiedzialność, demonstranci za chciwość, narody zmuszone do oszczędności budżetowych za bezduszność. Ci, którzy zaciągnęli kredyty, domagają się ich umorzenia, ci którzy mają w bankach oszczędności, mają pretensję o niskie odsetki i straty na inwestycjach. Za sporą część całego tego zamieszania banki są odpowiedzialne. Ale chyba nie za wszystko.

Polityka 50.2011 (2837) z dnia 07.12.2011; Rynek; s. 42
Oryginalny tytuł tekstu: "Kanty na kontach"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

UKRAINA: Wołodymyr i jego drużyna

Prezydent Wołodymyr Zełenski wystartował z najbardziej ambitnym programem reform w historii kraju. Krytycy twierdzą, że ta niecierpliwość zgubi albo jego, albo Ukrainę.

Oleksandra Iwaniuk
18.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną