Benedyktyni: mało święte interesy

Powołanie do biznesu
Tynieccy benedyktyni przeżywają ciężkie dni. Produkty sprzedawane w sklepach opactwa, które według zapewnień mnichów miały powstawać na podstawie klasztornych receptur, okazały się fabryczną masówką. A to początek kłopotów.
Opactwo Benedyktynów w Tyńcu.
Adam Ławinik/EAST NEWS

Opactwo Benedyktynów w Tyńcu.

O. Zygmunt Galoch, członek zarządu Benedicite, na zdjęciu z nieodłącznym koszem produktów benedyktyńskich.
Robert Szwedowski/EAST NEWS

O. Zygmunt Galoch, członek zarządu Benedicite, na zdjęciu z nieodłącznym koszem produktów benedyktyńskich.

Opat Bernard Sawicki, członek zarządu Benedicite: - My nie jesteśmy ochronką. Albo ta firma ma zarabiać, albo prowadzić działalność charytatywną.
Jakub Ociepa/Agencja Gazeta

Opat Bernard Sawicki, członek zarządu Benedicite: - My nie jesteśmy ochronką. Albo ta firma ma zarabiać, albo prowadzić działalność charytatywną.

W Europie Zachodniej produkty wytwarzane przez mnichów na podstawie tradycyjnych receptur (utrzymywanych często w ścisłej tajemnicy) cieszą się ogromnym powodzeniem.
Łukasz Falkowski/Agencja Gazeta

W Europie Zachodniej produkty wytwarzane przez mnichów na podstawie tradycyjnych receptur (utrzymywanych często w ścisłej tajemnicy) cieszą się ogromnym powodzeniem.

Zakonników z podkrakowskiego Tyńca do wejścia w biznes zmusiła – dająca się im we znaki – doczesność. Założony w XI w. klasztor, doświadczony przez kolejne dziejowe zawieruchy, domagał się pilnych inwestycji. Mnisi od lat marzyli o odbudowie dawnej biblioteki, którą jeszcze w XIX w. strawił pożar. Ale z trudem wystarczało im pieniędzy na bieżące utrzymanie opactwa i 40 mieszkających w nim braci.

Pomysł zarabiania na klasztornych produktach kołatał się w głowach niektórych z nich od dawna, ale realnych kształtów nabrał w 2006 r., podczas małopolskich Dni Dziedzictwa Kulturowego. Do Tyńca zjechały wówczas tłumy turystów. Bracia ustawili na dziedzińcu klasztoru stragan z serem, miodem, konfiturami. Szły jak woda. Uznali, że biznes może się udać. Z doświadczeń innych zakonów wynikało, że warto spróbować.

W Europie Zachodniej produkty wytwarzane przez mnichów na podstawie tradycyjnych receptur (utrzymywanych często w ścisłej w tajemnicy) cieszą się ogromnym powodzeniem. Klasztory skupiają się zwykle na produkcji jednego, najwyżej kilku specjałów, np. węgierskie opactwo Pannonhalma i włoski klasztor Muri-Gries wytwarzają wina, benedyktyni z toskańskiego Monte Oliveto Maggiore – oliwę, a belgijscy i czescy trapiści – piwo. W Polsce bardzo popularny jest ziołowy Balsam kapucyński zakonników z Krakowa i nalewka Benedyktynka od siedmiu boleści, produkowana przez spółkę mnichów z Lubinia.

Wiosną 2006 r. powstała Jednostka Gospodarcza Opactwa Benedyktynów w Tyńcu Benedicite. Zgodnie z ustawą o stosunku państwa do Kościoła katolickiego dochody jednostek kościelnych przeznaczone na cele kultu, działalność kulturalną czy konserwację zabytków są wolne od podatków. Na takie właśnie cele miała przeznaczać swe zyski Benedicite. W jej zarządzie zasiedli: o. Bernard Sawicki – wówczas 36-letni opat tyniecki, absolwent Akademii Muzycznej w Warszawie i doktor teologii, o. Zygmunt Galoch – ówczesny podprzeor, absolwent historii na KUL, oraz brat Łukasz – szafarz zakonu (odpowiadający za finanse).

Ojciec Zygmunt został formalnym dyrektorem Benedicite. Ukończył nawet dość szybko podyplomowe studia menedżerskie, ale do prowadzenia biznesu nie miał głowy – był raczej jego twarzą i rzecznikiem. Na zdjęciach w prasie zawsze z nieodłącznym koszem produktów benedyktyńskich albo chociaż słoiczkiem konfitury – wspomina były pracownik Benedicite (tak jak większość dawnych współpracowników mnichów, chce zachować anonimowość). Faktycznie Jednostką zarządzał Piotr Fugiel, tyniecki parafianin, biznesmen, który sam o sobie mówił, że ma to szczęście, że nie musi pracować dla pieniędzy.

Na terenie klasztoru szybko otwarto kawiarnię i restaurację (obecnie na ponad 200 miejsc), które miały serwować benedyktyńskie przysmaki turystom, oraz sklepik, w którym mogli kupić coś na wynos. Produkty sprzedawane były również przez Internet, a także w sieci marketów Alma. – Do Tyńca zaczęli zgłaszać się ludzie, którzy chcieli sprzedawać wyroby w swoich sklepach. Mnisi podjęli wówczas decyzję o utworzeniu sieci franczyzowej. To było coś nowego, bo dotąd klasztory nie tworzyły własnych sieci; powoływały zrzeszenia pośredniczące w sprzedaży produktów. Benedyktyni przekonywali, że w dwa lata otworzą sto sklepów. W szczytowym okresie było ich około 40 – mówi była kierowniczka jednego z działów w Benedicite.

Prawdę sercem i słowem wyznawać*

Sklepy franczyzowe powstawały pod wspólnym szyldem Produkty Benedyktyńskie. Relacjonując otwarcie pierwszych placówek media cytowały opata Sawickiego i o. Galocha, którzy przekonywali, że zakonnicy będą w nich sprzedawać produkty z przyklasztornego gospodarstwa, powstające na podstawie tradycyjnych receptur („Zakonnicy sięgnęli do swoich archiwów i znaleźli przepisy kulinarne sprzed wieków” – donosiła „Gazeta Wyborcza”). – Wtedy było jeszcze przy klasztorze małe gospodarstwo – parę krów, kur, ogród warzywny. Mnisi sami w nim pracowali – zgodnie z regułą św. Benedykta – ora et labora. Ale wkrótce potem uznali, że gospodarstwo jest nierentowne i zlikwidowano je – wspomina były pracownik Benedicite.

Członkowie zarządu Benedicite zaczęli wówczas głosić, że ich produkty powstają według receptur, które tyniecki zakon opracowywał przez wieki i teraz chce się nimi podzielić. Nie są jednak wytwarzane w klasztorze, lecz w małych firmach, tradycyjnymi metodami, z ekologicznych składników. W „Gościu Niedzielnym” o. Galoch przekonywał: „Sami nie dalibyśmy sobie rady, przy produkcji zatrudniliśmy więc małe rodzinne przedsiębiorstwa (...). Sprawdzamy starannie proces produkcji. Na przykład ostatnio rozmawiałem z producentem soku, który wyrabia go wyciskając owoce przez brzozowe gałązki”. M., pracuje w Benedicite niemal od początku: – Było mi głupio, gdy ktoś mnie pytał, skąd mnisi wygrzebali te przepisy: „przecież po tym, jak w XIX w. klasztor został zlikwidowany, bibliotekę wywieziono do Lwowa i tam spłonęła?”. W końcu stanęło na tym, że receptury w większości nie są z Tyńca, że benedyktyni przeczesali biblioteki innych klasztorów. Taka była wersja oficjalna. W rzeczywistości żadnych dawnych receptur nie było.

Jak więc powstawały benedyktyńskie produkty? Była szefowa działu jakości Benedicite tłumaczy: – Gdy ktoś z naszych pracowników natknął się np. na dobry dżem, pytał producenta, czy nie chciałby zostać naszym dostawcą. Czasami taką firmę udało się przekonać, by zmieniła jakiś składnik wyrobu. I wtedy mieliśmy własną niepowtarzalną recepturę. Jeśli zakłady stosowały sztuczne środki konserwujące albo polepszacze, co nie bardzo pasowało do naszej marki – prosiliśmy, żeby je ograniczyły albo całkiem wyeliminowały. Niektóre z góry mówiły, że dla nas linii produkcyjnej nie będą zmieniać, i sprzedawały nam taki sam wyrób jak innym, tylko inaczej zapakowany i pod inną nazwą. Tak było z firmą dr Gurgul z Jarosławia produkującą dla Benedicite Biszkopty sióstr benedyktynek z Sandomierza. U mnichów kosztują 8 zł. W innych sklepach te same ciastka można kupić o połowę taniej.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną