Wywiad: Jak polskie firmy radzą sobie z kryzysem

Z duszą na ramieniu
Rozmowa z dr Małgorzatą Starczewską-Krzysztoszek, główną ekonomistką PKPP Lewiatan, członkinią Rady Gospodarczej przy premierze
dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka PKPP Lewiatan, członkini rady gospodarczej przy premierze.
Tadeusz Późniak/Polityka

dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka PKPP Lewiatan, członkini rady gospodarczej przy premierze.

„Dobrze zarządzane firmy z reguły potrafią bowiem wykorzystać szanse także w czasie kryzysu. Widząc, że konkurent słabnie, szybko i zdecydowanie na to reagowały.”
Tadeusz Późniak/Polityka

„Dobrze zarządzane firmy z reguły potrafią bowiem wykorzystać szanse także w czasie kryzysu. Widząc, że konkurent słabnie, szybko i zdecydowanie na to reagowały.”

***

Pełną wersję tegorocznej Listy 500 największych polskich firm z sektora przemysłu, usług i handlu zamieszczamy na naszej stronie internetowej:www.lista500.polityka.pl

***

Paweł Tarnowski: – Politycy opozycji za skarby świata tego nie potwierdzą, ale dla polskiej gospodarki miniony rok był dobry. Wyraźnie wzrósł produkt krajowy brutto i produkcja przemysłowa. Po dwóch latach spadków wzrosły wreszcie inwestycje, nie zawiedli eksporterzy i konsumenci w kraju. W przedsiębiorstwach sytuację ocenia się podobnie?
Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek: – W większości tak. Nie może być inaczej skoro, jak podaje GUS, przychody ze sprzedaży w firmach średnich i dużych (zatrudniających 50 i więcej pracowników) w 2011 r. wzrosły aż o 13 proc. Podobne wskaźniki mieliśmy w latach 2006–07, w szczycie koniunktury, kiedy PKB rósł o ponad 6 proc. rocznie. To oznacza, że większość przedsiębiorstw potrafiła spełnić oczekiwania odbiorców, przekonać ich, że mają dobre produkty, stawić czoło ostrej konkurencji.

Są więc powody do satysfakcji.
Tym większe, że udało im się też utrzymać w ryzach koszty, co przecież wcale nie było łatwe. Niemal przez cały rok ceny wielu kluczowych surowców, zwłaszcza paliw i energii, rosły. Na ten element kosztów firmy w praktyce nie mają większego wpływu. Wprowadzając nowe rozwiązania technologiczne, troszcząc się o jak najlepsze wykorzystanie materiałów, mogą próbować optymalizować ich zużycie, ale takie zabiegi mają swoje granice.

Z danych GUS wynika, że w każdym kwartale 2011 r. koszty zakupu surowców i materiałów w firmach rosły szybciej niż wszystkie pozostałe ich rodzaje. W sumie jednak koszty rosły wolniej niż przychody.

Firmy trzymały koszty w ryzach, bo gorzej płaciły, zwalniały pracowników?
Taka strategia nie miała wzięcia w czasach największego kryzysu, więc tym bardziej nie jest popularna teraz. W 2011 r. zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło do 5,5 mln osób (czyli o 3,2 proc.), przeciętne wynagrodzenie do 3605 zł (o 5 proc.). Przedsiębiorcy od dawna wiedzą, że dobrego pracownika, z doświadczeniem, szkoda się pozbywać, bo potem trudno go na rynku odnaleźć. Wyjedzie na saksy, pójdzie do konkurenta.

System szkolnictwa, także wyższego, nie jest dostosowany do potrzeb rynku, szczególnie do potrzeb przemysłu, budownictwa, ale także usług. Za dużo humanistów, za mało inżynierów. W minionym roku w firmach zazwyczaj obowiązywała więc ta sama strategia co w poprzednich latach: koncentracja na utrzymaniu miejsc pracy, szczególnie kluczowych pracowników. A gdy sytuacja jest trudna – próbujemy razem przetrwać gorszy czas, jeśli to niezbędne nie podwyższamy płac.

Pomogły też obowiązujące przez ponad dwa lata przepisy pakietu antykryzysowego, w tym roczne rozliczanie czasu pracy. Większość już jednak nie musiała o tym myśleć, bo rosły zamówienia, było co robić. Jeśli już kogoś zwalniano, to ludzi bez kwalifikacji, łatwo zastępowalnych. To był taki czas, że niemal każdy z dyplomem wyższej uczelni technicznej znajdował zatrudnienie. Właściciele dobrych, wyspecjalizowanych firm budując swoją załogę, starali się utrzymywać mieszankę doświadczenia i młodości, uznając, że to przyniesie najlepsze praktyczne rezultaty.

Skoro ceny surowców rosły, płace też, choć wolniej, to gdzie szukano oszczędności?
Cudownych recept nie ma. Pozostają stare, sprawdzone metody: zmiany organizacyjne, dostosowanie produkcji do potrzeb i oczekiwań klientów, wprowadzanie nowoczesnych technologii, innowacje.

Rysujemy tu, zresztą wspólnie, chyba zbyt optymistyczny obraz.
Dlaczego? Rozmawiamy o danych, które każdego roku przedstawia GUS, opisując stan przedsiębiorstw. Metodologia jest porównywalna, te liczby nie kłamią.

Były jednak przedsiębiorstwa, które funkcjonowały zdecydowanie gorzej, w 2011 r. poniosły straty. GUS wyliczył, że to 22 proc. wszystkich. Czym różniły się od tych dobrych? Jakie popełniły błędy?
W wielu przypadkach był to odłożony skutek kryzysu z lat 2008–09, z którym część firm nie potrafiła sobie poradzić. Te największe rzadziej znajdowały się w tej grupie, ale średnie już tak. W okresie dobrej koniunktury, do połowy 2008 r., rosły bardzo dynamicznie, ale nie zawsze towarzyszyły temu wzrostowi niezbędne zmiany w zarządzaniu, w tym zarządzaniu ryzykiem. Firmy te nie umiały z wyprzedzeniem odczytać rynkowych sygnałów, zlekceważyły ostrzeżenia, nie potrafiły konsekwentnie ograniczyć kosztów, a potem zapłaciły za to rachunek.

Na to nałożyło się zjawisko konkurencji rosnącej w warunkach osłabienia gospodarczego. Dobrze zarządzane firmy z reguły potrafią bowiem wykorzystać szanse także w czasie kryzysu. Widząc, że konkurent słabnie, szybko i zdecydowanie na to reagowały. Starały się przejąć przynajmniej część jego rynku, zabrać zamówienia. To standard zachowań, ale w kryzysie tego rodzaju walka przybiera na sile. Widać to było m.in. w telekomunikacji, przemyśle lekkim, spożywczym, informatycznym, w budownictwie. Efekt jest taki, że mamy firmy, które rosną ponadprzeciętnie, i takie, które nie mogą się wydostać z dołka. Część zostanie w nim już pewnie na zawsze, decydując się na zakończenie działalności, część zostanie postawiona w stan upadłości przez wierzycieli.

Wróćmy do tych, którzy dobrze sobie w ubiegłym roku radzili. Jak wyglądała ich strategia inwestycyjna?
W latach 2009–10 inwestycje w Polsce spadały, a w 2011 r. – w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających ponad 50 osób – wzrosły o 10,8 proc. Firmy wydały na ten cel o 10 mld zł więcej niż rok wcześniej. W sumie ubiegłoroczne inwestycje dużych i średnich firm szacuje się na 100 mld zł, czyli niemal tyle, ile wyniosły w ub.r. ich zyski netto. To dużo, jeśli zważyć, co działo się w Europie, jak przebiegał kryzys grecki, jaki był poziom zagrożeń i niepewności, jak bardzo spadło tempo wzrostu gospodarczego w krajach Unii – u głównych odbiorców polskich towarów.

Co było przyczyną tej zmiany?
Niezły popyt wewnętrzny (spożycie indywidualne wzrosło o 3,1 proc., a nakłady na środki trwałe o 8,5 proc.), a także zdolność do konkurowania na rynkach europejskich mimo słabnących tam gospodarek. W efekcie nastąpił wzrost zamówień, a tym samym produkcji. A nie da się osiągnąć wzrostu przychodów o 13 proc. przy tym samym aparacie wytwórczym.

No, chyba że jest wysoka inflacja albo duże i niewykorzystane wolne moce produkcyjne.
To nie ten przypadek. W 2011 r. inflacja wyniosła u nas 4,2 proc. A z prowadzonych co kwartał przez NBP badań wynika, że w ubiegłym roku średnie wykorzystanie aparatu wytwórczego sięgało w Polsce 80–82 proc., a w wielu branżach było wyższe. W praktyce jest to już poziom, przy którym wiele więcej wyprodukować się nie da. Firmy podeszły jednak do inwestycji bardzo rozważnie – nie była to rozbudowa posiadanego potencjału wytwórczego, a przede wszystkim jego modernizacja.

Przedsiębiorstwa wymieniały stare maszyny na nowe, wprowadzały nowe technologie, stawiały na innowacje, bo to zawsze poprawia im efektywność.

Ale przedsiębiorcy na pewno brali też pod uwagę umiarkowane prognozy wzrostu PKB w Polsce na lata 2012–13 (2,5–3 proc.), widzieli, że finansowy kryzys w Europie nie został do końca opanowany, więc w sumie radykalnego przyspieszenia w dziedzinie inwestycji w średniej perspektywie się nie spodziewam.

Przedsiębiorcy są krytykowani, że zamiast śmielej inwestować, wolą wypłacać akcjonariuszom dywidendy, prowadzić wykup własnych akcji, trzymać świeżo zarobione pieniądze w bankach na kontach. Pod koniec 2011 r. na bankowych rachunkach mieli ok. 200 mld zł i to był najwyższy wynik w historii.
To tylko marne uzasadnienie polityków, żeby m.in. podwyższyć od lutego br. składkę rentową o 2 punkty proc.: „Jak przedsiębiorcy nie wiedzą, co zrobić z zarobionymi pieniędzmi, to łatwo zniosą powrót do wyższych składek”. Tymczasem jest inaczej. Jeśli przedsiębiorstwa coraz więcej produkują i sprzedają, to muszą dysponować większymi środkami pieniężnymi na bieżące operacje handlowe i większymi oszczędnościami, które budują ich wiarygodność kredytową w negocjacjach z bankami przy finansowaniu tak bieżącej, jak i inwestycyjnej działalności.

Sam poziom bankowych oszczędności o niczym nie świadczy. Musi być zderzany chociażby z wielkością sprzedaży, wartością zapasów i należności niezbędnych przy danym poziomie sprzedaży. A takich porównań zabrakło.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną