Wywiad z z Lechem Witeckim, p.o. generalnego dyrektora GDDKiA

Drogi i bezdroża
Rozmowa z Lechem Witeckim, p.o. generalnego dyrektora Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.
„Protestuję przeciwko takiemu stawianiu sprawy, że wszystkie kłopoty spółek budowlanych mają jedno źródło: udział w programie budowy autostrad i bezduszną postawę GDDKiA”.
Łukasz Jóźwiak/Reporter

„Protestuję przeciwko takiemu stawianiu sprawy, że wszystkie kłopoty spółek budowlanych mają jedno źródło: udział w programie budowy autostrad i bezduszną postawę GDDKiA”.

„Autostrady nie będą nas kosztować więcej, niż to wynika z umów. Właśnie dlatego, że nie zgadzamy się na dopłacanie do kontraktów, choć wiele firm liczy, że jak nas postraszy sądem, to zapłacimy szybciej albo więcej”.
Przemysław Piątkowski/PAP

„Autostrady nie będą nas kosztować więcej, niż to wynika z umów. Właśnie dlatego, że nie zgadzamy się na dopłacanie do kontraktów, choć wiele firm liczy, że jak nas postraszy sądem, to zapłacimy szybciej albo więcej”.

Z 30 mld zł, w rekordowym roku, którymi dysponuje, jest jednym z najpotężniejszych urzędników państwowych. I to absolutnie newralgicznym. Do drogownictwa przyszedł z NIK. Ma opinię twardziela, który od kompromisu zawsze woli walkę w sądzie. I okrutnego grabarza polskiej branży budowlanej. A jego perypetie na tym stanowisku stanowią opowieść samą w sobie.

Generalny dyrektor GDDKiA zarządza drogami krajowymi oraz wydaje pieniądze z budżetu na ich budowę, remonty i utrzymanie.

Lech Witecki pełni te obowiązki od maja 2008 r. Zastąpił Janusza Kopera, zdymisjonowanego w nagłym trybie przez premiera, po bardzo krótkim urzędowaniu. Ten miał bowiem kwestionować realność niezwykle szeroko zakrojonego programu budowy dróg i autostrad (jak się potem okazało, nie bez podstaw). Witecki nie miał takich wątpliwości, być może dlatego, że jest pierwszą osobą, która trafiła na to stanowisko nie mając wcześniej doświadczeń w dziedzinie drogownictwa.

Wybór niedrogowca wynikał z przekonania premiera o „układzie drogowym”, czyli spisku firm budownictwa infrastrukturalnego planujących utuczyć się na państwowo-unijnych miliardach. Witecki miał ten układ rozbić i uważnie patrzeć na ręce firm drogowych. Miał w tym doświadczenie, bo wcześniej w NIK zajmował się kontrolowaniem wykorzystania środków unijnych.

Od 2008 r. ma status pełniącego obowiązki, ponieważ – mimo dwukrotnych prób – nie zdał dotychczas egzaminu na urzędnika służby cywilnej. Pod koniec 2008 r. premier ogłosił konkurs na szefa GDDKiA. Zgłosił się tylko Witecki i konkursu… nie wygrał. W 2009 r. zmieniono przepisy i stanowisko generalnego dyrektora obsadzane jest w otwartym konkursie, organizowanym przez ministra transportu. Minister jednak konkursu nie ogłasza. Stan tymczasowości był już przedmiotem debaty sejmowej i wielu procesów sądowych, bowiem firmy drogowe, procesujące się z GDDKiA, kwestionowały legalność decyzji podejmowanych przez p.o. generalnego dyrektora. Naczelny Sąd Administracyjny nie podzielił ich wątpliwości.

Adam Grzeszak: – Panie dyrektorze, jest pan oskarżony o zniszczenie polskiej branży budownictwa infrastrukturalnego. Lista pana ofiar jest długa: DSS, Poldim, spółki z Grupy PBG, Polimex-Mostostal, żeby wymienić tylko te najgłośniejsze. Przyznaje się pan do winy?
Lech Witecki: – Kto mnie oskarża?

Branża budowlana. Polski Związek Pracodawców Budownictwa złożył oficjalną skargę do ministra transportu, a szef związku Marek Michałowski powtarza: każdy wykonawca, który zaangażował się w program budowy autostrad, miał straty. GDDKiA wymuszała trudne, a często niewykonalne warunki kontraktów i narzucała szaleńcze tempo, by wszystko było gotowe na Euro 2012, bo takie było zamówienie polityczne.
To nie było zamówienie polityczne, ale wielkie wyzwanie. Zawsze powtarzałem, że autostrad i dróg ekspresowych nie budujemy dla kibiców na Euro. Mają służyć krajowi.

Czyżby? A słynny odcinek A2 z Łodzi do Warszawy, którego budową emocjonowała się cała Polska? Przecież trzeba było zmieniać przepisy, żeby przed mistrzostwami dopuścić go do ruchu, choć nie został ukończony do dziś.
W przypadku A2 Łódź–Warszawa rzeczywiście zależało nam na uzyskaniu przejezdności przed Euro 2012, bo prognozy ruchu zakładały, że sieć drogowa nie podoła zwiększonemu obciążeniu i kibice mogą mieć kłopoty z dojechaniem do Warszawy. Nasze obawy okazały się zresztą wyolbrzymione, poradzilibyśmy sobie nawet bez tego odcinka. Z pewnością jednak Euro 2012 wywołało pozytywny impuls dla całego programu drogowego. Spowodowało niezwykłą mobilizację, szczególnie na etapie przygotowania projektów, wydawania decyzji środowiskowych czy pozwoleń na budowę.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną