Rynek

Układ globalny

Nowy Sącz - zagłębie skrzywdzonych milionerów

Posiadłość braci Koralów, znanych producentów lodów, w Nowym Sączu. Posiadłość braci Koralów, znanych producentów lodów, w Nowym Sączu. Mariusz Makowski / Forum
W powiatowym Nowym Sączu mieszka najwięcej w kraju milionerów, rodzi się najwięcej dzieci, a miastem rządzi Prawo i Sprawiedliwość, które bogatych nie lubi. Biznes i lokalnych polityków łączy jednak poczucie krzywdy, że państwo ich opuściło.
Kazimierz Pazgan - jego firma Konspol zatrudnia dziś ponad 2 tys. osób w Nowym Sączu i prawie drugie tyle za granicą.Marek Wiśniewski/Puls Biznesu/Forum Kazimierz Pazgan - jego firma Konspol zatrudnia dziś ponad 2 tys. osób w Nowym Sączu i prawie drugie tyle za granicą.
Ryszard Florek, właściciel Fakro - drugiego na świecie producenta okien dachowych.Tadeusz Późniak/Polityka Ryszard Florek, właściciel Fakro - drugiego na świecie producenta okien dachowych.

Informacje, że w całej Polsce ponad milion złotych rocznie zarabia 11,5 tys. osób, z tego aż 830 mieszka w Nowym Sączu, wyciekły ze skarbówki. Oczywiście bez nazwisk. Kiedy jednak biznesmen W. przeczytał w lokalnej gazecie, że najbogatszy zapłacił 8 mln zł podatku i porównał podaną sumę ze swoim zeznaniem podatkowym, wiedział, o kogo chodzi.

A jednak w żadnym rankingu najbogatszych jeszcze nie występuje. Prasa kłamie? Niekoniecznie. To tylko z milionerami, a zwłaszcza z miliarderami, jest w Polsce kłopot. Ci, którzy zajmują najwyższe miejsca w rankingach, podatków osobistych w kraju nie płacą.

A w Nowym Sączu bogaci płacą. Mimo że kilku z nich, jak Ryszard Florek czy Kazimierz Pazgan, jest już właścicielami firm globalnych, którym optymalizacja podatkowa obca nie jest. Taka specyfika lokalna. Żartują, że z powodu marnej infrastruktury komunikacyjnej doradcom podatkowym nie chce się tu dojeżdżać.

Ale chińskiej delegacji z miasta Jiaonan w prowincji Szandong, mimo kłopotów z dojazdem z Krakowa, chciało się do Sącza przyjechać. Oba miasta od zeszłego roku są ze sobą zaprzyjaźnione. To zasługa Ryszarda Florka. Jego firma Fakro (drugi na świecie producent okien dachowych) od 2005 r. ma fabrykę także w Chinach, właśnie w Jiaonan. Nazywa się tam Qingdao FBM Building Materials, co samemu Florkowi trudno wymówić. Więc Ryszard Nowak, obecnie prezydent miasta Nowy Sącz, a wcześniej poseł PiS, ma nadzieję, że Chińczycy w drodze rewanżu zainwestują także u nas. Miastu bardzo potrzeba nowych miejsc pracy.

Na spotkaniu z delegacją pod przewodnictwem pana Li Depei, zastępcy przewodniczącego Komitetu Politycznego miasta, było więc sześciu największych nowosądeckich przedsiębiorców gotowych z Chinami współpracować. Florek przetarł szlaki, udowodnił, że można. W Nowym Sączu jeden ciągnie drugiego.

Zanim oba miasta się ze sobą zaprzyjaźniły, Florek stracił sporo czasu, by wytłumaczyć włodarzom powiatu, że Fakro nie tylko nie wyprowadza nowosądeckich miejsc pracy do Chin, ale wręcz odwrotnie. Dzięki budowie fabryki tam, tutaj więcej ludzi dostanie pracę. Na tym, że powstała polska fabryka w Chinach, polski region sporo zyskuje. Bo wożąc okna z Nowego Sącza do Państwa Środka, na pewno ich tam nie sprzeda, będą cenowo niekonkurencyjne. Fakro nie zarobi. Ale zarobi, gdy projekty (żeby jeszcze nie mówić know-how), okucia i coś tam jeszcze do chińskiej fabryki pojedzie, a tańszą resztę dokupi się na miejscu i okna powstaną w Państwie Środka. A zarobione w Chinach pieniądze wrócą do Polski. Florek wyliczył, że koszty produkcji okien to tylko 7 proc. ceny, a koszty ich zaprojektowania, na których zarabiają nowosądeczanie, to 10 proc. Chińczycy też płacą nam za licencję, a nie odwrotnie. Kiedy już władze Nowego Sącza zrozumiały, że jak polski biznes buduje fabryki za granicą, to Polacy się bogacą, Florek poczuł potrzebę wytłumaczenia tego władzom centralnym. Ale na razie nikt go nie chce słuchać.

Kolację z zaprzyjaźnioną delegacją chińską zakrapiano, oczywiście, śliwowicą łącką. To najsłynniejszy nowosądecki produkt lokalny. Otrzymują go w prezencie biznesowi partnerzy nowosądeckich biznesmenów, dostała go także delegacja chińska. Lokalna wódka, z 70 proc. zawartością spirytusu, bardzo im smakowała, ale twierdzą, że u siebie mają jeszcze mocniejszą. Śliwowica łącka jest pędzona i sprzedawana… nielegalnie. Kierowcy przez CB Radio informują się, że najlepsza jest na plebanii. Ale w sklepach też można kupić. Tyle że spod lady, jak już inni klienci wyjdą. Dla ostrożności, a nuż ktoś doniesie. – Pędzą w co drugim domu – informuje mieszkaniec Nowego Sącza. – Ale donoszą tylko wtedy, gdy jeden góral podpadnie drugiemu. Specyfika lokalna.

Globalizacja dotarła nie tylko do dużego biznesu, ale i do nielegalnych gorzelni. Tradycyjną śliwowicę łącką, co to „daje zdrowie, krasi lica”, robi się ze śliwek i cukru. Coraz częściej, żeby proces produkcji przyspieszyć i zwiększyć jego efektywność, dolewa się też przemycanego z Czech spirytusu. Po niedawnych wypadkach śmiertelnych w Czechach pewne źródło pochodzenia śliwowicy łąckiej stało się jeszcze ważniejsze.

Eksperymenty władzy

Dla nowosądeckich górali zawsze ważne były słowa, które padały z ambony, a księża każą głosować na PiS. Miejscowi skłonni są uważać, iż fakt, że w każdej niemal rodzinie normą jest sześcioro, a nawet dziewięcioro dzieci, to także skutek głębokiej wiary. Piszcząca tu bieda doskwierała więc czasem także rządzącym w Warszawie. I wtedy próbowali coś zrobić. Po raz pierwszy przed pół wiekiem, gdy Nowy Sącz – jak twierdzą miejscowi – często odwiedzał ówczesny premier Józef Cyrankiewicz, także koneser śliwowicy łąckiej.

Górale twierdzą, że miał tu babcię. To on skłonił władzę ludową, by zgodziła się na eksperyment nowosądecki. Polegał na tym, że pozwolono góralom legalnie się bogacić. Zakładać knajpy, pensjonaty, zarabiać na coraz chętniej odwiedzających region turystach. Kiedy jednak okazało się, że górale bogacą się za szybko, eksperymentu zaniechano. Ci, którym przedsiębiorczość się spodobała, znów coraz liczniej zaczęli wyjeżdżać za ocean, na saksy.

Kazimierz Pazgan, prezes i właściciel nowosądeckiego Konspolu, był wtedy dzieckiem i niewiele pamięta. Stał się beneficjentem, a o mały włos także ofiarą, kolejnego eksperymentu, już na skalę ogólnopolską. W latach 80., gdy na sklepowych półkach został tylko ocet, partia i rząd pozwoliły na zakładanie firm polonijnych. Wtedy właśnie powstał Konspol, największy dziś producent wyrobów z kurczaków. Kiedy jednak Pazgan za szybko zaczął się bogacić, władza sprowadziła go na ziemię domiarami.

Jan Załubski, dziś właściciel dużej firmy transportowej w Nowym Sączu, Zet Transport, był wtedy dzieckiem. Przykład Pazgana zachęcił go do założenia firmy. Nie wtedy jednak, gdy Konspol zarabiał oszołamiające pieniądze, ale wtedy, gdy podnosił się z kolejnego upadku. – Ile razy ludzie w Sączu przekonani byli, że to już koniec Konspolu – wspomina Załubski. – A on się podnosił, znaczy, że można wygrać nawet ze skarbówką i urzędnikami. Dziś w samym Sączu Konspol zatrudnia ponad 2 tys. osób. Prawie drugie tyle za granicą.

Swój obecny sukces Kazimierz Pazgan zawdzięcza dwóm największym upadkom. Pierwszy raz Konspol zaczął padać, gdy w kraju zabrakło nawet świńskiego podgardla. – Żeby zrobić wędlinę z kurczaka, trzeba mieć coś, co kurze mięso ze sobą połączy – wyjaśnia Pazgan. – Lepiszcze, które spowoduje, że kabanos nie będzie się kruszył. Myśmy łączyli kurczaka podgardlem, w krajach muzułmańskich używa się ziemniaków albo alg, co jednak psuje smak. Pod koniec lat 80., gdy o kawałku byle jakiej wieprzowiny trzeba było zapomnieć, mieliśmy do wyboru – paść albo coś wymyślić. Dziś mamy patent, jedyny na świecie. Pozwala łączyć kurze mięso ze sobą bez wieprzowiny i bez dodatków niekorzystnie wpływających na smak.

Dzięki patentowi ten drugi upadek – przed kilku laty, gdy dolar kosztował ledwie dwa złote, a euro 3,20 i do eksportu trzeba było coraz więcej dopłacać – nie był już taki groźny. Obecnie Konspol buduje ogromną wytwórnię wędlin w Indonezji, największym kraju muzułmańskim. Będzie je wytwarzał z miejscowych kurczaków, podobnie jak robi to w Chinach. Stał się firmą globalną. Z ulg inwestycyjnych, których nie ma w Polsce, korzysta w innych krajach. Kurs polskiej waluty przestał być dla jego interesów aż tak istotny.

Popierają się

Nowosądecki biznes jedzie do przodu jak kolarski peleton. Kto może, chowa się za plecami poprzednika, żeby mniej wiało w oczy. Wszyscy korzystają na tym, że są w grupie. – Kiedy Kazimierz budował największe hale dystrybucyjne w mieście, czepiali się go wszyscy – wspomina Ryszard Florek. Bo za duże. Fakro też rosło i także potrzebowało dużych magazynów. Więc zbudowaliśmy i my, ale trochę mniejsze. Żeby nie rzucać się w oczy i żeby zainteresowanie prasy i skarbówki nie przestało się koncentrować na Konspolu.

Za plecami Florka wyrósł o pokolenie młodszy Andrzej Wiśniowski. Bramy i ogrodzenia, jakie produkuje jego firma, potrzebne są tym, którzy wstawiają okna. Więc któregoś razu z Florkiem na międzynarodowe targi do Niemiec udał się też Wiśniowski. – Kiedy wkrótce potem przyszło zamówienie z Surinamu, nawet nie bardzo wiedziałem, gdzie to jest – przyznaje. Dziś już sprzedaje bramy i ogrodzenia w wielu krajach. Jego bezpośrednim konkurentem jest globalna firma niemiecka Hormann.

W zeszłym roku Wiśniowski wziął 10 pracowników i polecieli do Chin zobaczyć, skąd się bierze chińska cena. Po powrocie zaczęli kombinować, co tu zrobić, żeby nasze było tańsze. Sporo się udało, zamówień jest coraz więcej. Więc Andrzej Wiśniowski nie trzyma zysków na koncie, jak wielu innych przedsiębiorców. Inwestuje. – Takich rabatów na nowe maszyny i urządzenia, jakie dają mi dzisiaj, za rok już nie dostanę – twierdzi. To najlepsza pora, żeby się rozwijać. W firmie robotę znalazło także liczne rodzeństwo Andrzeja.

Skarbówka przez te lata bardzo się zmieniła, nie traktuje już każdego przedsiębiorcy jak potencjalnego złodzieja. Tylko czasami. Przypadek Romana Kluski, też z Nowego Sącza, jak na razie był ostatni. Zrujnował przedsiębiorcę, ale go nie złamał. Kluska zaszył się w górach, gdzie hoduje owce i produkuje ekologiczne sery. Na razie dokłada do interesu. Ale udało mu się do walorów owczej wełny przekonać Ryszarda Florka. Tak powstał przebój dekarzy i narciarzy – bawełniana koszulka podbita w dolnej części pleców owczą wełną. Pazgan i Florek wypróbowali ją także na quadach, którymi rozjeżdżają okoliczne góry.

Wiśniowski nie boi się tak jak starsi koledzy, że fiskus zniszczy mu firmę. Lokalni urzędnicy coraz częściej starają się biznesowi pomagać. Na pozwolenie, żeby dwie części rozbudowującego się przedsiębiorstwa, przez którego teren biegnie ruchliwa szosa, móc połączyć biegnącym górą łącznikiem, czekał wyjątkowo krótko, ale od dwóch lat, żeby dostać się z firmy do domu, czyli wsi Chełmiec pod Sączem, musi nadkładać 40 km. Z firmy do domu jedzie dłużej niż do Warszawy, odkąd kupił sobie helikopter. Drogę w 2010 r. podmyła powódź. Od tej pory, zamiast ją odbudować, urzędnicy gromadzą ekspertyzy. Wydali już na nie więcej niż na nową. Martwią się, co będzie, jak znów przyjdzie woda, gromadzą podkładki. – Władze lokalne boją się mniej, próbują nawet pomóc – uważa przedsiębiorca. Wójt którejś nocy prowizorycznie drogę naprawił i postawił znak „przejazd techniczny”. Formalnie nadal jest nieprzejezdna, ale wszyscy jeżdżą, tyle że na własne ryzyko. W razie czego wójt jest kryty.

Kiedy górale wracają z saksów, starają się podczepić do biznesowego peletonu. Na przykład Jan Załubski, dziś właściciel największej firmy transportowej Zet Transport, w pewnym momencie uznał, że już wymalował w Norwegii wszystkie mieszkania, więc za zarobione pieniądze kupił starą ciężarówkę. Był 1992 r. – Dziś w Nowym Sączu zarejestrowanych jest najwięcej tirów w kraju – twierdzi Paweł Kukla, szef Sądeckiej Izby Gospodarczej. Polska, po Hiszpanii i Niemczech, stała się trzecią potęgą transportową Europy. Wożą po świecie nie tylko okna Florka, kurczaki Pazgana czy krzesła Nowego Stylu. Rząd zdaje się tego nie zauważać. Nie pomaga, za to potrafi przeszkadzać.

Dopóki Załubski walczył z lokalnymi konkurentami, tempo rozwoju zależało od niego. Wejście do Unii otworzyło mu Europę. Dziś jego tiry jeżdżą po całej Unii, skąd wiozą towary na Wschód. Czasem jednak muszą zajechać do Sącza. Lokalnych konkurentów Załubskiego wykończyły ostre normy ekologiczne, jakim ich stare ciężarówki nie były w stanie sprostać. Niemieckie czy francuskie rządy, choć nie wprost, pomogły w ten sposób własnym firmom. Załubski przeżył dzięki patentowi na „przeszczepianie naczep”. Zainwestował w nowe, ekologiczne tiry, które jeżdżą po Unii. Kiedy jednak towar trzeba wieźć do Kazachstanu czy Nowosybirska, w Nowym Sączu przeszczepiają załadowany kontener do starych ciężarówek, które dzięki temu nadal mogą zarabiać.

Po co Załubskiemu pomoc rządu? Żeby wreszcie do Sącza i dalej na Wschód ciężarówki mogły dojechać autostradą. Autostrada A4 ma być gotowa do końca roku, ale zjazdu dla ciężarówek do Sącza nie będzie co najmniej do końca 2014 r. Zemsta polityczna? Raczej nieudolność. Nie będzie też bowiem pieniędzy z cła za towary wożone ze Wschodu.

Importerzy mogliby opłacać cło w Polsce, ale wolą w Niemczech czy Austrii – tłumaczy Załubski. – Bo u nas minister finansów liczy sobie także VAT. Po jakimś czasie go zwróci, ale dlaczego importerzy mają kredytować polski budżet? Tamte kraje podatku nie pobierają, za to dobrze zarabiają na cle. Polska na pazerności traci.

Władza nie wie, skąd się biorą pieniądze

Przykładów na to, jak dużo Polska traci z powodu tego, że rządzący nie wiedzą, skąd biorą się pieniądze, nowosądecki biznes ma sporo. Dzieli się nimi każdego roku z włodarzami miasta na corocznej Wigilii. Ale prezydent Ryszard Nowak, były poseł PiS, choć chciałby pomóc, to nie może.

No bo jak pomoże Florkowi w walce z duńską firmą, która jest numerem 1 na światowym rynku? Fakro, które depcze jej po piętach, twierdzi, że konkurent gra nieczysto. Skompletowało dowody, żeby o tym przekonać Komisję Europejską. Oczekuje jednak od polskiego rządu tego, co bez proszenia dostają od władzy inne europejskie firmy – czyli wsparcia. Pomocy w poruszaniu się po europejskich urzędach. Bez skutku. Mimo że Fakro jest pierwszą polską firmą globalną i nie miało kiedy się tych europejskich przepychanek nauczyć.

Ale nie pierwszą, dla której te wielkie, światowe są bezpośrednim i największym konkurentem. Bracia Koralowie („zawsze jest pora na lody koral”) pozostaną na rynku, jeśli wytrzymają napór Nestle. Mieszkańcy Nowego Sącza o Koralach wiedzą niewiele. Głównie to, że dzięki nim liczba mieszkańców przypadających na jednego Maybacha jest tu najmniejsza w kraju. Ale i to, że sporo osób zatrudnionych w wytwórni lodów straciło właśnie pracę. „Dobry Tygodnik Sądecki” stara się zaciekawić czytelników jeszcze innymi danymi. Publikuje infografiki pokazujące, jak ten wielki nowosądecki biznes jest malutki przy obrotach swoich bezpośrednich, światowych konkurentów. Obchodzą ludzi o wiele mniej niż luksusowe auta Koralów.

Lokalna gazeta zrobiła też ranking, którego w polskich mediach jeszcze nie było. Według kryterium „koszt utworzenia jednego miejsca pracy”. Paweł Kukla uzupełnia go pytaniem: Dlaczego rząd pomaga te miejsca pracy sfinansować inwestorom zagranicznym, ale nie wspiera swoich? Przecież Fakro, Pazgan, Wiśniowski czy Załubski gotowi są zatrudniać.

Prezydent Nowak nie jest w stanie przełamać nawet oporu krakowskiego wydziału ochrony środowiska, który blokuje Florkowi realizację projektu „Siedem Dolin”. Bo uznał ekspertyzę przekonującą, że sieć wyciągów narciarskich nie naruszy walorów środowiska, za nierzetelną. Wychodzi na to, że władze miasta nie mogą nawet wesprzeć Pazgana, który chce po sobie zostawić pasaż na nowosądeckim rynku. – Trzeba by zburzyć jedną kamienicę, ale jej zabytkową elewację odnowilibyśmy według wskazań konserwatora zabytków – zapewnia Kazimierz Pazgan. I podświetliliby średniowieczne podobno kamienie w piwnicach, których dziś nikt oglądać nie może. Na realizację projektu nie godzi się konserwator zabytków. Więc tegoroczną Wigilię, podobnie jak kilka poprzednich, biznesmeni i nowosądecka władza skwitują konkluzją, że Warszawa ma ich gdzieś.

Kiedy do nowosądeckiego biznesowego peletonu dołączyła fundacja Instytut Studiów Wschodnich, organizująca coroczne forum w Krynicy pod Nowym Sączem, lokalny biznes chętnie wspierał finansowo przedsięwzięcie Zygmunta Berdychowskiego. To jedyny lokalny biznesmen mający świetne kontakty z warszawskimi politykami. O wiele lepsze niż jego kolega z partii, który po epizodzie w roli ministra skarbu, w nowosądeckim biznesie odnalazł się zaledwie w charakterze właściciela kantoru. Berdychowski jest w stanie przekonać do przyjazdu na krynickie forum pół każdego rządu. Więc choć za każdą akredytację, upoważniającą tylko do wejścia, fundacja każe sobie płacić po 7 tys. zł, słono kasuje też za noclegi, Krynica we wrześniu pęka w szwach.

Nowosądeccy biznesmeni wspieranie fundacji Berdychowskiego traktowali jak inwestycję w przyszłość. Liczyli, że rządzący, którzy tak licznie każdego roku przybywają do polskiego Davos, bardziej zainteresują się, jak mogliby pomóc polskim przedsiębiorcom. Przeliczyli się. Politycy przyjeżdżają do Krynicy głównie po to, żeby się spotkać sami ze sobą. A Berdychowski oderwał się od nowosądeckiego peletonu. Wielkie i bezinwestycyjne przedsięwzięcie biznesowe, jakim jest organizacja forum, ciągle działa jako fundacja zarejestrowana w Warszawie. Nowy Sącz ma z tego tylko PR.

Chęć wysłuchania wykładu Ryszarda Florka, skąd w budżecie biorą się pieniądze, zgłosił natomiast poseł Mularczyk z Solidarnej Polski. Po wysłuchaniu i konsultacji z partyjnym szefem miał Florkowi zaproponować tytuł oficjalnego doradcy Solidarnej Polski. – Rozmawiać będę z każdym, ale do żadnej partii mnie nie przykleją – twierdzi jednak prezes Fakro, podobnie jak reszta nowosądeckiego biznesu, który władza tak uporczywie lekceważy.

Polityka 51-52.2012 (2888) z dnia 19.12.2012; Rynek; s. 58
Oryginalny tytuł tekstu: "Układ globalny"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Kompozytorki wchodzą do gry

Kiedyś mieliśmy wśród kompozytorek pojedyncze przykłady spektakularnych karier. Ale najmłodsze pokolenie idzie całą ławą, co było widoczne na jesiennych festiwalach muzyki współczesnej.

Dorota Szwarcman
01.12.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną