Rynek

Portfel do przeglądu

Jak Polak oszczędza w kryzysie

Myriams-Fotos / Pixabay
Polacy niepokoją się kryzysem. Jeszcze go nie widzą, ale o nim słyszą, więc na wszelki wypadek starają się żyć oszczędniej. Dla polskiej gospodarki to spory kłopot.
Polacy coraz bardziej zwracają uwagę na cenę. Rośnie sprzedaż towarów najtańszych, rozwija się także rynek marek własnych sieci handlowych.Image Source/EAST NEWS Polacy coraz bardziej zwracają uwagę na cenę. Rośnie sprzedaż towarów najtańszych, rozwija się także rynek marek własnych sieci handlowych.
Najtrudniejsze będzie dla polskiej gospodarki pierwsze półrocze 2013 r.Krzysztof Wierzbowski/Forum Najtrudniejsze będzie dla polskiej gospodarki pierwsze półrocze 2013 r.
Nastroje konsumenckie najłatwiej ocenić po tym, co dzieję się na rynku samochodowym.Tomasz Paczos/Forum Nastroje konsumenckie najłatwiej ocenić po tym, co dzieję się na rynku samochodowym.
Ekonomiści prognozują, że zaciskanie pasa nie skończy się szybko.REB Images/Image Source/Corbis Ekonomiści prognozują, że zaciskanie pasa nie skończy się szybko.

Artykuł w wersji audio

Salony samochodowe są wyjątkowo czułym barometrem nastrojów konsumenckich. Zawsze kiedy pojawia się niepokój dotyczący sytuacji ekonomicznej, tu dostrzegany jest najwcześniej. Zakup nowego auta to spora inwestycja, dlatego w domowym budżecie skreśla się go w pierwszej kolejności. Tak na wszelki wypadek, do czasu nim sytuacja się nie wyjaśni. Stare auto może pojeździć przecież jeszcze rok czy dwa. Zresztą czy tak dużo trzeba jeździć? Benzyna jest droga, więc może lepiej przesiąść się do komunikacji miejskiej. A może skorzystać z roweru? To dobre dla zdrowia, modne i da wymierne oszczędności. Potrójna korzyść.

W połowie ubiegłego roku salony samochodowe zaczęły pustoszeć. Nigdy nie było tam tłoku, ale teraz wyraźnie było widać, że klientom minął animusz do zakupów. Dotychczas rynek dzieliły pół na pół firmy i osoby prywatne. Jesienią, jeśli ktoś kupował, to głównie firmy. Prywatnych nabywców sprzedawcy starali się wabić większymi niż dotychczas obniżkami, premiami, wyposażeniem dodatkowym. – Polski rynek od ponad 10 lat szoruje po dnie. Dealerzy są zahartowani. Wiedzą, że o każdego klienta muszą walczyć, nawet ograniczając marże do minimum – wyjaśnia Marek Konieczny, prezes Związku Dealerów Samochodowych (ZDS).

Jeśli w pierwszej połowie roku wszystko wskazywało, że po dającym nadzieję 2011 r. sprzedaż wzrośnie, to dziś wszyscy są szczęśliwi, że skończyło się spadkiem zaledwie 2,5-proc. Sprzedano 270 tys. aut osobowych. Prognozy na ten rok są jednak dużo gorsze. – Jeśli rząd nam nie pomoże, to sprzedaż może spaść o 1015 proc. – prognozuje Marek Konieczny i zapowiada, że według ocen ZDS, firmy, ratując się przed bankructwem, będą zwalniać, więc pracę stracić może 6 tys. osób. Dealerzy apelują o stworzenie programu dopłat do zakupu nowych aut w zamian za złomowanie pojazdów ponad 15-letnich. Twierdzą, że oni ocaleją, a budżet na tym nie straci. Minister Rostowski nie chce ich słuchać. Samochody dla polskiego fiskusa to towar luksusowy, a w kryzysie nad luksusem nikt roztkliwiać się nie będzie.

Optymizm maleje

Jesienne rozterki nabywców aut nie były przypadkowe. To był jeden z symptomów spowolnienia gospodarczego. Konsumenci zaczęli czuć, że dzieje się coś złego. Do lata wszyscy żyli w innym świecie. Emocjonowali się przygotowaniami do Euro 2012, wykańczanymi stadionami, remontowanymi dworcami, nowymi autostradami. Kiedy emocje opadły, nagle pojawiły się informacje o kurczącym się PKB, bankrutujących firmach, spadku produkcji, redukcji zatrudnienia i rosnącym bezrobociu. A eksperci nie szczędzą pesymistycznych prognoz na 2013 r., przekonując, że to dopiero początek i może być gorzej.

Pojawił się więc lęk o własną przyszłość – o pracę, zarobki, rosnące koszty życia, niespłacone kredyty.

Wskaźnik optymizmu konsumenckiego od lipca z miesiąca na miesiąc spada. W listopadzie nieco odbił w górę, ale w grudniu wrócił na spadkową ścieżkę. Wraz z nim spada skłonność do zakupów. W grudniu tylko 22 proc. badanych było zdania, że sprawy kraju zmierzają w dobrym kierunku, a blisko połowa obawiała się pogorszenia sytuacji gospodarczej w ciągu najbliższego roku.

Ten proces zaczął się już wcześniej. Pierwsza fala kryzysu lat 2008–09 nieźle nas nastraszyła, ale tak naprawdę jej nie poczuliśmy. Za to 2011 r. był pierwszym od sześciu lat, kiedy dochód rozporządzalny polskiej rodziny (w uproszczeniu: suma dochodów po opodatkowaniu), zamiast wzrosnąć, lekko się skurczył (o 1,4 proc.). Na początku 2012 r. Polacy deklarowali obawę, że skutki europejskiego kryzysu mogą się ujawnić i w naszym kraju. Pod koniec roku większość ankietowanych przez CBOS była zdania, że ceny bardzo wzrosły, a oni sami w 2013 r. będą musieli solidnie zaciskać pasa, ograniczając zakupy nawet produktów podstawowych – żywności, odzieży, obuwia.

 

Wstrzymywanie się z zakupem samochodu jest jedną z typowych reakcji na sytuację ekonomicznej niepewności. Psychologowie zachowań konsumenckich nazywają to efektem rygla, a ekonomiści wygładzaniem konsumpcji. – W ten sposób wiele osób stara się obronić dotychczasowy poziom życia w sytuacji kurczących się dochodów – wyjaśnia dr hab. Małgorzata Bombol, profesor w Katedrze Poziomu Życia i Konsumpcji SGH. Wykorzystują oszczędności, zaciągają kredyty, większe inwestycje, takie jak zakup nowego samochodu, mieszkania, mebli, odkładają na przyszłość.

Pani profesor prowadziła szczegółowe badania reakcji polskich konsumentów na pierwszą falę kryzysu. Jest zdania, że wówczas Polacy działali w sytuacji stresu nakręcanego przez media. – Ludzie byli bombardowani groźnie brzmiącymi informacjami, których sensu do końca nie rozumieli. Choć sami nie odczuwali skutków kryzysu, po pewnym czasie zaczęli przyjmować różne strategie adaptacyjne – wyjaśnia prof. Bombol.

Pierwszy etap psychologowie nazywają wypieraniem. Staramy się nie przyjmować do wiadomości, że coś złego może wpłynąć na naszą kondycję ekonomiczną. Tym tłumaczy się często zaskakujące rozdwojenie jaźni: czarnowidztwu w patrzeniu na sytuację gospodarczą kraju towarzyszy optymizm w ocenach własnych perspektyw. Potem przychodzi szok. Zwykle pojawia się, gdy w otoczeniu zaczynamy dostrzegać potwierdzenie pesymistycznych wieści. Znajomi stracili pracę, komuś zredukowano zarobki, w naszej firmie nie dzieje się najlepiej. Wtedy zaczynamy myśleć: trzeba zacisnąć pasa. Tak wchodzimy w etap adaptacji.

To zaciskanie jest bolesne dla samych zainteresowanych, jak i polskiej gospodarki. Konsumpcja była dotąd jednym z silników ją napędzających i stabilizujących wzrost. Dziś wyraźnie hamuje. – Wygładzanie konsumpcji dobiega końca. W trzecim kwartale tempo jej wzrostu wyniosło zaledwie 0,1 punktu procentowego. Polacy dostrzegli, że spowolnienie gospodarcze ma poważniejszy charakter i potrwa dłużej – zauważa dr Jakub Borowski, wykładowca SGH, członek doradzającej premierowi Rady Gospodarczej. Dlatego wielu z nich zmienia model konsumpcji i zaczyna żyć oszczędniej. Będzie im w tym pomagać spadające tempo inflacji.

Upusty nie pomagają

Skutki spowolnienia gospodarczego dotykają nie tylko rynku samochodów, ale także paliw. Sprzedaż benzyny w ubiegłym roku była o 4 proc. mniejsza niż rok wcześniej, a oleju napędowego o 7 proc. Widać wyraźnie, że Polacy ograniczyli korzystanie z aut. Cieszy się za to branża autogazu, bo szukając oszczędności, coraz więcej osób montuje w samochodach instalacje na gaz LPG. Wysokie ceny benzyny sprawiają, że taka inwestycja szybko się zwraca. – Już 2,6 mln samochodów korzysta z autogazu. W ubiegłym roku przybyło kolejne 130150 tys. Po Korei i Turcji jesteśmy trzecim rynkiem autogazu na świecie – wyjaśnia dyr. Andrzej Olechowski z Polskiej Organizacji Gazu Płynnego. Ocenia, że sprzedaż gazu w ubiegłym roku utrzymała się na niezmienionym poziomie, a może nawet wzrosła.

Zaciskanie pasa odczuwa boleśnie rynek mieszkaniowy. Tu efekt jest dodatkowo wzmocniony, bo zakończył się program Rodzina na Swoim, a banki zostały zmuszone do zaostrzenia polityki udzielania kredytów hipotecznych. Jak twierdzą deweloperzy, jeśli dziś ktoś kupuje mieszkanie, to z reguły całą potrzebną kwotę ma zgromadzoną na koncie. Ale takich nie ma wielu.

Nic więc dziwnego, że sprzedawcy dwoją się i troją, by znaleźć nabywców. Nie pomagają upusty, prezenty, darmowe stanowiska parkingowe czy wyposażenie wnętrz. Na rynku wtórnym sprzedawcy miesiącami czekają, aż ktoś się zainteresuje ich ofertą, a do transakcji dochodzi, gdy cena zjedzie o 20–30 proc. Do łask wróciły mieszkania w blokach z wielkiej płyty. Deweloperzy jeśli rozpoczynają nowe inwestycje, to budują domy z małymi mieszkaniami w peryferyjnych dzielnicach dużych miast. Bo tylko tak można obniżyć cenę. Na oszczędzaniu też można robić biznes.

 

Strategia zaciskania pasa zależy od wielu czynników: wieku, wykształcenia, klasy społecznej. Jednak najważniejszy jest osiągany dochód. – Barierą jest kwota stanowiąca 50 proc. średniej krajowej – wyjaśnia prof. Bombol. Osoby mające niższe dochody tną wydatki, osoby znajdujące się powyżej tej granicy starają się utrzymać model konsumpcji, zmieniając jedynie jej charakter. Wybierają tańsze zamienniki, szukają przecen, tańszych sklepów itd. Z badań wynika, że cięcie zaczyna się od wydatków związanych z wolnym czasem i własnym zdrowiem. Na pierwszy ogień idą koszty medyczne oraz wszystko, co związane jest z rozrywką i kulturą. Rezygnuje się z jedzenia poza domem, kupna sprzętu sportowego, wyjazdów wakacyjnych, gier komputerowych. Najsilniej chronione są wydatki na dzieci i na używki. Także cięcie kosztów jedzenia jest rzadkie, choć z zaciskaniem pasa wiąże się zwykle pogorszenie jakości kupowanych towarów.

Co ciekawe, pod szczególną ochroną poza dziećmi są też zwierzaki domowe. Niektórzy badacze zachowań konsumenckich mówią także o paradoksie kupowania wybranych towarów luksusowych (np. drogich kosmetyków) przez osoby zaciskające pasa. To taki rodzaj zakupowego środka znieczulającego. W czasie kryzysu w USA w 2001 r. zaobserwowano wzrost sprzedaży drogich szminek. Dlatego zjawisko zyskało nazwę efektu szminki.

Moda na skromność

Wszystkie te zjawiska najlepiej dostrzegają handlowcy. – Polacy coraz bardziej zwracają uwagę na cenę. Rośnie sprzedaż towarów najtańszych, rozwija się także rynek marek własnych sieci handlowych. Korzystają na tym szczególnie sieci dyskontów – wyjaśnia Andrzej Faliński, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, skupiającej firmy handlujące towarami codziennego użytku. W efekcie w ubiegłym roku zanotowaliśmy spory wzrost sprzedaży pod względem ilości, a dużo mniejszy pod względem wartości.

Prof. Bombol zwraca jeszcze uwagę na inne zjawisko: – Spowolnienie gospodarcze, które nas dotknęło, zbiegło się w czasie z kryzysem konsumpcjonizmu. Pierwszym, jaki Polska przeżywa od ponad 20 lat kapitalizmu. Wiele osób jest zmęczonych natrętnym marketingiem, wszechobecną reklamą, dyktatem marek i sieci handlowych. Uciekają od tego w nowe mody i alternatywne style życia.

Jej zdaniem polska klasa średnia stara się z zaciskania pasa zrobić modę, rodzaj zabawy. W dobrym tonie jest chwalić się kupowaniem w dyskontach i sklepach z używaną odzieżą, jeżdżeniem rowerem zamiast samochodem. Karierę robią spotkania przy szafie, kiedy panie przeglądają zawartość swoich garderób i pożyczają sobie ciuchy. Zamiast wyjść do restauracji, można się umawiać na wspólne domowe gotowanie i celebrować picie wina z Lidla. – Karierę robi etnocentryzm – powrót do polskich tradycji w dziedzinie ubierania się, jedzenia, a także wypoczynku. Dziś można się pochwalić, że zamiast na egzotyczne wczasy jedziemy, tak jak w młodości, pod namiot na Mazury – twierdzi pani profesor.

Polacy nie przejadają na razie oszczędności ani nadmiernie się nie zadłużają. W ubiegłym roku ich zobowiązania wobec banków wzrosły zaledwie o 1,3 mld zł. W sumie wartość zadłużenia to 538 mld zł. Bankowcy na razie obserwują więc sytuację ze spokojem. Wprawdzie i oni odczują skutki spowolnienia gospodarczego, zyski banków się kurczą, ale nic prawdziwie dramatycznego na razie nie widać. 2012 r. był kolejnym, kiedy dobrowolne oszczędności Polaków (czyli bez OFE) wzrosły i to o blisko 40 mld zł. W sumie szacuje się, że osiągnęły wartość ok. 800 mld zł. To ponad połowa polskiego PKB.

Rok 2013 powinien być stabilny. Rynek, zwłaszcza kredytów hipotecznych raczej nie wzrośnie. Sytuacja będzie zależała od czynników makroekonomicznych, zwłaszcza poziomu bezrobocia – wyjaśnia Szymon Wałach, dyrektor Pionu Klienta Detalicznego PKO BB. Prognozuje, że spowolnienie gospodarcze przełoży się w 2013 r. na wolniejszy przyrost depozytów. Zwłaszcza jeśli polityka RPP doprowadzi do obniżenia stóp procentowych, a co za tym idzie, spadnie opłacalność trzymania pieniędzy na lokatach bankowych.

Problemem polskich banków jest niska skłonność Polaków do systematycznego i długoterminowego oszczędzania. Królują lokaty nieprzekraczające roku. Zaledwie 1,5–2 proc. pieniędzy lokowanych jest na dłużej niż dwa lata. – Próbujemy przekonywać klientów do systematycznego oszczędzania od najmłodszych lat. Dlatego reaktywowaliśmy program Szkolnych Kas Oszczędności – wyjaśnia dyrektor Wałach.

Ekonomiści prognozują, że zaciskanie pasa nie skończy się szybko. Najtrudniejsze będzie dla polskiej gospodarki pierwsze półrocze 2013 r. W drugiej połowie jest szansa na poprawę sytuacji, a perspektywy na 2014 r. są dużo lepsze. Polska gospodarka powinna złapać drugi oddech. Pomogą jej w tym inwestycje zasilane pieniędzmi z unijnego budżetu. Na razie więc trzeba uzbroić się w cierpliwość i polubić wyprawy rowerem do dyskontu po tanie towary z promocyjnej gazetki.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jak nie skrzywdzić swoich dzieci

Anna Górska o tym, jak radzić sobie z przekonaniem o niesprawiedliwym traktowaniu w dzieciństwie.

Joanna Cieśla
13.11.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną