Rynek

Bigos w Kotle

Czy warto było budować Stadion Śląski

Przeciągająca się przebudowa Stadionu Śląskiego jest coraz bardziej kompromitująca dla władz, utrudnia też życie okolicznym mieszkańcom. Przeciągająca się przebudowa Stadionu Śląskiego jest coraz bardziej kompromitująca dla władz, utrudnia też życie okolicznym mieszkańcom. Sebastian Kucharz/Reporter / EAST NEWS
Nie widać końca przebudowy Stadionu Śląskiego. Coraz częściej powraca pytanie: czy trwająca od 20 lat inwestycja, która pochłonie co najmniej 800 mln zł, w ogóle miała sens?
Stadion Śląski: tak jest, a tak ma być. Po prawej stronie wizualizacja odnowionego obiektu.Katarzyna Zaremba/SE/EAST NEWS Stadion Śląski: tak jest, a tak ma być. Po prawej stronie wizualizacja odnowionego obiektu.

Wojciech Jopkiewicz, inżynier kontraktu z firmy Hochtief Polska, wykonawcy przebudowy Stadionu Śląskiego, prowadzi gości na plac budowy. Którędy by tu…? – zastanawia się na głos, klucząc między rozlewiskami, tłustym, gliniastym błotem oblepiającym buty a wysepkami odrobinę twardszego podłoża.

Dopóki dach nie będzie gotowy, nie możemy wykonać wokół stadionu instalacji podziemnych ani położyć asfaltu – informuje. Przebudowa Śląskiego wyhamowała w połowie lipca 2011 r., gdy w końcowej fazie podnoszenia szkieletu dachu pękły dwa elementy konstrukcji, tzw. krokodyle. Robotników z konieczności skierowano do remontowania pomieszczeń oraz montażu instalacji. Główne prace siadły.

Od awarii – jak lipcowe zdarzenie nazywa inwestor (czyli śląski urząd marszałkowski), bądź katastrofy – jak chcą ci, którzy mianem cudu określają fakt, że uszkodzona konstrukcja nie spadła na głowy robotników, minęło ponad półtora roku. Przez ten czas usiłowano ustalić, dlaczego krokodyle pękły.

Najpierw, na zamówienie byłego już marszałka Adama Matusiewicza, swoje wnioski przedstawili specjaliści z warszawskiego Instytutu Techniki Budowlanej. Stwierdzili, że winne są wady materiałów w krokodylach. Dla inwestora była to niezła wiadomość, rokująca rychłe wznowienie prac. Ale mimo takiej diagnozy wątpliwości narastały. Wzmogło je publiczne zdystansowanie się od wyników ekspertyzy jednego z fachowców ITB inż. Jerzego Kowalewskiego. Z jego wypowiedzi wynikało, że postępowanie zgodnie z zaleceniami ekspertyzy (czyli wznoszenie dachu według zatwierdzonego projektu) może w przyszłości doprowadzić do tragedii. Opinia Jerzego Kowalewskiego nie spodobała się przełożonym. – Wyrzucono mnie z pracy, straszono pozwami sądowymi – mówi.

Wywody innych ekspertów z ITB też nie brzmiały przekonująco, bo budowa stała. W maju 2012 r. ówczesny marszałek śląski Adam Matusiewicz zamówił kolejną ekspertyzę w grupie fachowców pracujących pod kierunkiem doktora Krzysztofa Żółtowskiego z Politechniki Gdańskiej. Pod koniec grudnia przekazali swoje ustalenia na ręce marszałka. Ten z kolei oddał je fachowcom z Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego, którzy swego czasu zadali fundamentalne pytanie: czy na podstawie istniejącego projektu można w ogóle Śląski remontować? – Niestety, okazuje się, że projekt trzeba poprawić – mówi osoba znająca szczegóły ekspertyzy.

Dalsze losy inwestycji zależą od decyzji inspektorów nadzoru – czas na jej wydanie mają do połowy marca. Najczarniejszy scenariusz to rozbiórka konstrukcji dachu.

Kocioł Czarownic

Przeciągająca się przebudowa Stadionu Śląskiego jest coraz bardziej kompromitująca dla władz, utrudnia też życie okolicznym mieszkańcom. Niemniej na Śląsku dominuje przekonanie, że chorzowski stadion musi ożyć. Kolebka, legenda, nawet świątynia – te słowa w odniesieniu do Śląskiego padają często, również jako uzasadnienie dla jego przebudowy.

Wzniesiony w latach 50. ubiegłego wieku (dzięki m.in. czynowi społecznemu oraz sprzedaży cegiełek o nominale 10 zł) szybko stał się dla piłkarskich kibiców miejscem szczególnym. Inaugurację miał jednak niefortunną – przegraliśmy z NRD 0:2.

 

Ale gdy w kolejnym spotkaniu Polska pokonała 2:1 ZSRR (w 1957 r.), przyjęło się uważać, że Śląski jest dla reprezentacji szczęśliwy. Kojarzy się z największymi sukcesami polskiego futbolu, przede wszystkim awansami reprezentacji na mistrzowskie turnieje oraz meczami zabrzańskiego Górnika w europejskich pucharach, niemal pół wieku temu. Podczas jednego z tych spotkań, z Austrią Wiedeń, jesienią 1963 r. ustanowiono rekord frekwencji. Na trybunach było ponad 120 tys. ludzi, chociaż oficjalna pojemność stadionu to 87 tys. miejsc.

Częścią legendy Śląskiego jest również specyficzna atmosfera, która miała przyprawiać przyjezdnych piłkarzy o drżenie nóg. Największą, acz niezamierzoną zasługę w kreowaniu takiego klimatu ma jeden z brytyjskich dziennikarzy, którzy przy okazji jedynego wygranego przez biało-czerwonych spotkania z Anglikami (2:0 w 1972 r.), będąc pod wrażeniem pełnych trybun spowitych przez mgły oraz dymy z pobliskich kopalń i zakładów, nazwał stadion Kotłem Czarownic.

Tworzeniu legendy Śląskiego sprzyjał brak konkurencji. Warszawski Stadion X-lecia nie był przez piłkarzy lubiany. Po samospaleniu Ryszarda Siwca w 1968 r. w politycznym proteście przeciwko interwencji wojskowej w Czechosłowacji zyskał złą sławę, niszczał i w końcu przejęli go kupcy. Legendzie Śląskiego nie przeszkadzał nawet fakt, że z powodu rozłożystych trybun komfort oglądania meczu był marny. Odczucia przeciętnego widza dobrze oddał Zbigniew Boniek, mówiąc, że jedynym polskim piłkarzem, którego można rozpoznać z trybun Śląskiego, jest naturalizowany Nigeryjczyk Emmanuel Olisadebe. Ale do Kotła i tak przy każdym meczu reprezentacji ciągnęły tłumy.

Gdy perspektywę rozgrywania w Polsce i na Ukrainie Euro ciągle traktowano jak mrzonkę, Śląski, po malutku modernizowany, działał w najlepsze. Odbywały się mecze i koncerty. We wrześniu 2006 r. ówczesne władze województwa, na czele z marszałkiem Michałem Czarskim, podjęły decyzję o dostosowaniu obiektu do finałów Euro.

Gdy wiosną 2007 r. Michel Platini ogłosił sensacyjną decyzję o wyborze polsko-ukraińskiej oferty, gospodarze Śląskiego uznali, że to tu będą się toczyć wielkie rozgrywki. Inne areny, poza modernizowanym stadionem Lecha w Poznaniu, były dopiero w planach. Śląski miał być pierwszym stadionem gotowym na turniej. Oddanie go do użytku zaplanowano na połowę 2011 r. – rok przed Euro. Piłkarska reprezentacja miała tutaj rozegrać większość spotkań przygotowawczych.

Jednak dość niespodziewanie pierwszy został ostatnim. UEFA wyeliminowała z gry Kraków i właśnie Chorzów. – Przez niemal rok żyliśmy jeszcze nadzieją, że ta decyzja, z powodu inwestycyjnych kłopotów Ukraińców, ulegnie zmianie – wspomina Adam Matusiewicz.

Tak się jednak nie stało. Dla śląskiej społeczności to był szok, ale bardziej wtajemniczeni spodziewali sie tego. Po pierwsze, zamiast o modernizacji należało mówić o budowie od podstaw, bo ze starego Śląskiego zostały tylko gdzieniegdzie dolne rzędy trybun. Po drugie, marne wrażenie na wizytatorach UEFA musiały zrobić ciągle zmieniające się plany dotyczące przebudowy, a nawet przeznaczenia obiektu.

Najpierw marszałek Janusz Moszyński wyrzucił do kosza projekt dachu (w związku z wątpliwościami dotyczącymi bezpieczeństwa) zostawiony mu w spadku przez poprzednika Michała Czarskiego i zlecił sporządzenie nowego, który okazał się niemal dwukrotnie droższy. Następca Moszyńskiego Bogusław Śmigielski postanowił, że na Śląskim powstanie lekkoatletyczna bieżnia. Ta decyzja z jednej strony czyniła obiekt bardziej uniwersalnym, z drugiej – komplikowała prace i mogła nie podobać się działaczom UEFA, którzy życzą sobie, by imprezy pod ich szyldem odbywały się na stadionach typowo piłkarskich. – Trzeba przyznać, że w UEFA mieli nosa. Po awarii podczas podnoszenia dachu nie było już szans, by zdążyć na Euro. Byłby wstyd na cały świat – uważa radny Michał Wójcik, członek Solidarnej Polski.

Imponująca wizualizacja

Według wstępnych szacunków modernizacja Śląskiego miała kosztować około 370 mln zł. Dziś oficjalnie podawane koszty to 465 mln zł, ale zmieszczenie się w kwocie pół miliarda będzie sukcesem. Razem z poprzednimi modernizacjami, rozpoczętymi w początkach lat 90., Śląski wessie około 800 mln. A finanse województwa śląskiego są w coraz gorszym stanie – zadłużenie wynosi pół miliarda złotych, z czego 187 mln to kredyt wzięty na przebudowę Śląskiego.

Zdaniem byłego marszałka Adama Matusiewicza decyzja o modernizacji była jednak słuszna. – Nawet gdyby mistrzostwa Europy się w Polsce nie odbyły, to przebudowa tego stadionu była konieczna. Przecież nie do pomyślenia jest, by 2,5-milionowa aglomeracja została odcięta od atrakcji, jakie oferuje nowoczesny stadion. Zwłaszcza że mniejsze od naszego ośrodki doczekały się tego typu obiektów – mówi Matusiewicz.

– Ale trzeba uczciwie przyznać, że ta inwestycja odbywa się kosztem innych – mówi marszałek. – Żeby na przykład doprowadzić do ładu lokalne drogi, potrzeba co najmniej miliarda złotych – informuje.

W budżecie województwa na 2013 r. obcięto m.in. wydatki na ochronę zdrowia i oświatę, ale nawet w tych dziedzinach, gdzie poziom finansowania został utrzymany albo nawet wzrósł, potrzeby są większe. – Polska to kraj na dorobku, a Śląsk jest zaniedbany, zniszczony i zanieczyszczony. Oczywiście Stadion Śląski jest potrzebny, ale czy najpierw? Mam wątpliwości. Gdy słyszę, że stadion będzie miał największy w Europie dach, to pytam: a nie dało się zrobić mniejszego? I może właśnie ta rekordowa konstrukcja jest źródłem dzisiejszych problemów? – pyta Irena Fugalewicz z fundacji Dla Śląska.

Zdaniem innego byłego marszałka, Janusza Moszyńskiego, wszyscy, którzy pomstują na przebudowę Kotła Czarownic, to hipokryci. Gdy zapadały decyzje o skali rozbudowy, to nikt (a zwłaszcza politycy, dla których kibice to ważny elektorat) nie zająknął się, że może lepiej te pieniądze wydać inaczej.

Na razie Śląski prezentuje się imponująco jedynie w wizualizacjach. Kto pamięta, jak wyglądał przed przebudową, mógłby go nie poznać – trybuny przybliżono, wewnątrz jest wytyczona bieżnia, widać zarys murawy, wokół konstrukcji rozciąga się metalowy pierścień dachu. – Gdyby prace ruszyły od zaraz, potrwałyby minimum półtora roku – ocenia inżynier Wojciech Jopkiewicz. Realny termin zakończenia inwestycji to 2015 r.

Dla Śląskiego to praktycznie nowe narodziny, i to w dużo trudniejszych warunkach, bo konkurentów do organizowania koncertów, meczów i innych sportowych wydarzeń przybyło. Operatorzy stadionów próbują odnaleźć się na niełatwym rynku. Jak się okazuje – z trudnościami, bo żaden z obiektów wzniesionych na Euro nie potrafi na siebie zarobić, a do utrzymania Stadionu Narodowego w Warszawie w ubiegłym roku trzeba było dołożyć 21 mln zł.

Ale dyrektor Stadionu Śląskiego Marek Szczerbowski, energiczny 42-latek, jest dobrej myśli. – Śląski będzie rentowny, jeżeli uda się na nim zorganizować rocznie ponad 20 imprez, a na każdej pojawi się minimum 30 tys. widzów. Konieczna jest również sprzedaż praw do nazwy, tak jak w Gdańsku, gdzie za ten przywilej PGE płaci rocznie 7 mln zł – uważa.

Dyrektor Szczerbowski jest optymistą, choć wie też, że w ostatnim roku funkcjonowania „starego” Śląskiego (2009 r.) dużo się działo, koszty utrzymania były niższe niż dzisiaj, a i tak bilans wyszedł na minus milion złotych. Na razie do gry na Śląskim próbuje namówić chorzowski Ruch. Mało prawdopodobne za to wydaje się organizowanie spotkań reprezentacji. Te, przynajmniej na razie, zarezerwowano dla tonącego w długach Stadionu Narodowego. Pozostają koncerty, ale konkurencja jest duża. Zanosi się więc na paradoks – Euro 2012 będzie najbardziej kosztowne dla stadionu, na którym nie odbyło się ani jedno turniejowe spotkanie.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Dlaczego książki dla młodzieży już nie uczą i nie wychowują

Ukazanie się „Księgi dla starych urwisów”, książki Krzysztofa Vargi o twórczości Edmunda Niziurskiego, to dobry powód, by zapytać, dlaczego nie ma już miejsca na literacki dydaktyzm.

Mirosław Pęczak
20.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną